Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w myślenicach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w myślenicach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lutego 2016

Wysiadywania dzień 3... Pierwsza prezentacja

... czyli co powinno mieszkać w moich jajkach.

Wysiadywanie przebiega zgodnie z planem. Za 4 dni pierwsze prześwietlanie!
Czas na przedstawienie wybranych przez mnie ras.


Po pierwsze: APPENZELLER

Stara szwajcarska rasa czubatek, a do tego mają charakterystyczny grzebień, który nadaje im nieco diabli wygląd. Typowa rasa górska odporna na trudne warunki klimatyczne. Podobno są piękne i ruchliwe, stąd zaleca się dla nich dużą wolierę. Występują w kilku odmianach barwnych, z których najpopularniejsze to: czarna, niebieska, czarna srebrna nakrapiana i złota czarna nakrapiana. Maluchy mają po wykluciu takie śmieszne irokezki na głowach. Dorosłe mają małe główki z rosnącym do przodu czubem. Nie są duże (kura 1,2-1,5 kg, kogut 1,5-1,8 kg), jajka białe, ważą ok. 55g.


Po drugie: AUSTRALORP, zwany przez mnie australopitekiem.

Jak nazwa sugeruje, kura ta pochodzi z Australii, a wśród jej przodków wymienia się... czarnego orpingtona. Poza egzotyką nazw reszta jest jak najbardziej przyziemna. Australorpki są bardzo dobrymi nioskami (do 260-280 jaj rocznie). Są dość duże (kura do 2,0-2,5 kg, kogut do 3,0-3,5 kg). Niechętnie latają i mają przyjazne nastawienie do ludzi. Podobno są bardzo komunikatywne. Są hodowcy którzy twierdzą że "na ręce się nie garną, ale z ręki jedzą". Najczęściej występujący kolor to czarny, rzadziej biały i niebieski łuskowany.


Po trzecie: LEGHORN

Leghorn to jedna z najpopularniejszych niosek. Włoszka zmodyfikowana w USA, a więc aspekt patriotyczny leży... Mała kurka, ale baaardzo jajeczna. Zjada ok. 40% paszy mniej niż koleżanki z branży, a znosi nawet do 300 jaj rocznie. Jajka ważą ok. 63g (inne źródła podają 55g) i są białe. Niepokoi mnie stwierdzenie, że nadają się do chowu wielkotowarowego. A zielona trawka? Takie białe na zielonym byłoby niezwykle malownicze. Niektórzy hodowcy na różnych forach podkreślają wybitnie użytkowy walor, pomijając efekt wizualny. Ale popatrzcie sami, czy nie są to ładne kurki?


Po czwarte: ZIELONONÓŻKA
Ale to temat na osobny artykuł. Już wkrótce!


środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień zerowy

Weterynarz wpadł na pomysł, że samodzielnie będzie wysiadywać jajka. Wszystko ku zgrozie jednej części rodziny i radości drugiej. Mąż, też weterynarz, załamał ręce i próbował się oprotestować, jednak bezskutecznie. Uległ jak zawsze ;)
Wysiadywanie jajek składa się z kilku etapów i wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze, trzeba podjąć trudną decyzję, po co chcemy wysiadywać jajka. Czy chodzi o więcej kur, więcej tuszek, więcej jajek, czy po prostu więcej frajdy. Decyzja dla miłośnika zwierząt niezwykle trudna. Ale rodzina oprócz dóbr duchowych (czyli wysiadywanie dla frajdy) krzyczy jeść, a domowa kurka i domowe jajko są dla dzieci zdecydowanie zdrowsze niż plastikowe, nafaszerowane chemią produkty dostępne w sklepach. Na razie numerem jeden jest frajda, w drugiej kolejności jajka, a potem... zobaczymy.
Przygotowania rozpoczęły się już kilka miesięcy temu. Weterynarz nafaszerował się potężną dawką wiedzy i zrobił pierwszy krok: zamówił inkubator i owoskop. Inkubator, jak nazwa głosi służy do inkubacji, czyli wysiadywania jajek. Owoskop to odpowiednik usg u ludzi: kontrola rozwoju małej istotki, która mieszka wewnątrz.
Kolejna decyzja: kiedy i jak. Serce krzyczało, żeby jak najszybciej, rozsądek kazał czekać. Zwyciężył rozsądek. Do tematu wróciliśmy w styczniu. Najlepszym miejscem do poszukiwania jajek dla takiego ignoranta w temacie wysiadywania jak autorka tekstu zostało... allegro. Klik „jajka” w dziale Dom i Ogród > Żywe zwierzęta wykazał duże bogactwo ofert. Po długich rozmyślaniach wybór padł na jajka zielononóżek z certyfikatem pochodzenia. Zielononóżka była wyborem oczywistym, bo weterynarz ma ciągoty patriotyczne, a trudno o bardziej patriotyczną kurkę niż zielononóżka. Ale... Właśnie, najgorsze jest zawsze to nieszczęsne „ale”. Ale hodowca zażądał kontaktu telefonicznego przez zakupem. No to zadzwoniłam. Pan był bardzo miły i bardzo ekspresyjnie opowiadał o swoich kurkach, jajkach i wysiadywaniu. W efekcie zamiast 10 jajek kupiłam ponad 30, w tym nie tylko patriotyczne zielononóżki, ale też jakieś inne, bardziej egzotyczne. Są też takie, które mają wyglądać jak wcielone diabły, z grzebieniami w kształcie diablich rogów i rosochatą czupryną... Rasy będę przedstawiać stopniowo w kolejnych dniach, żeby wypełnić nudne oczekiwanie na wyklucie ;)

Jajka zostały przywiezione przez kuriera i odłożone na 24 godziny w temperaturze pokojowej, w spokojnym miejscu. W tym czasie uruchomiliśmy inkubator, żeby ustabilizować temperaturę i wilgotność. Jutro kolejny etap, czyli... dzień pierwszy wysiadywania :D 


  

wtorek, 19 stycznia 2016

Światówka... z przymrużeniem oka.

W weekend 16-17 stycznia 2016 roku mieliśmy z moim mężem przyjemność uczestniczyć w Światowej Wystawie Psów Ras Polskich, która odbyła się w Opolu. Zostaliśmy zaproszeni na nią z wykładami dotyczącymi weterynarii u gończaków (-> gończych polskich), które przez wiele lat hodowaliśmy. Tyle wstępu, teraz sprawozdanie:

Wykłady jak wykłady, było krwiście, rozrodowo i onkologicznie. Niestety, organizatorzy ostatni nasz wykład zaplanowali na przerwę obiadową. Po ogłoszeniu przerwy... rozpoczęliśmy wykład o nowotworach. Na szczęście ostała się grupa zdesperowanych, odpornych na głód, żądnych wiedzy słuchaczy. Dzięki tak zaplanowanemu programowi, jak już w końcu dotarliśmy do restauracji, mieliśmy do swojej wyłącznej dyspozycji wszystkie przygotowane dla gości stoliki i krzesła. Brakowało tylko sztućców, ale w końcu znalazły się i te. Przeżuliśmy zimne resztki pozostawione przez stołowników i poszliśmy pozwiedzać stoiska rozstawione w głównej sali. Utknęliśmy na pierwszym, poświęconym Stowarzyszeniu Miłośników Gończego Polskiego. Miło było spotkać grupę prawdziwych pasjonatów rasy. Po odbyciu weterynaryjno-hodowlano-politycznych dyskusji postanowiliśmy udać się do naszego hotelu, żeby odpocząć przed kolacją organizowaną dla VIPów. Jeszcze po drodze umówiliśmy się "na seksik" z zaprzyjaźnioną hodowczynią (dla niewtajemniczonych: sztuczne unasiennianie, które w pewnych okolicznościach jest stosowane w hodowli psów), krótki spacer z Grynią i już pędziliśmy w kierunku wymarzonego pokoju, w którym wygodnie mogliśmy wyciągnąć nogi po całodniowych trudach.

I tutaj zaczyna się prawdziwa przygoda, której nie spodziewałam się nigdy przeżyć. Pensjonat, który został wybrany dla nas przez organizatorów, zaskoczył nas swoją niespotykaną atmosferą. Był to przerobiony barak, pamiętający czasy zgniłej komuny, ale wyposażony w wiele nowoczesnych akcentów. Pierwsze wrażenie to zapach sterylności. Taki ostry, kojarzący się z dawnymi szaletami. Nie pozostawiał żadnych złudzeń odnośnie obecności chorobotwórczych mikrobów. Wąskie schody i korytarze zaprowadziły nas na drugie piętro, do pokoju numer 44. Wygoda była rodem z pamiętników Alberta Speera, który zachwycał się architekturą więzienną jako doskonałą pod względem praktycznym: wszędzie blisko, wszystko na wyciągnięcie ręki. Zostaliśmy ulokowani w pobliżu łazienki i kuchenki, miejsce uprzywilejowane, szczególnie biorąc pod uwagę, że do naszego kąta przypisani byli też mieszkańcy pozostałych pokoi na piętrze. Wylanie wody do zlewu wymagało tylko otwarcia drzwi i wyciągnięcia niezbyt daleko ręki. Z czajnika nie odważyłam się skorzystać. Myślę, że wszyscy mieszkańcy piętra byli selekcjonowani pod względem obwodu, ponieważ osoba przekraczająca w pasie 100 centymetrów miałaby duży problem, żeby dostać się do toalety, nawet bokiem.

W pierwszym odruchu przyszło mi na myśl dużo niecenzuralnych określeń. Ale z mężem pocieszyliśmy się myślą, że złe wrażenie zostanie zatarte uroczystą kolacją, na którą zostały zaproszone wszystkie VIPy Wystawy. No, prawie wszystkie. Wybrane osoby, które jednocześnie były wystawcami psów, musiały być nocą izolowane. W dzień nie, ale noc jest w pewnych kręgach kojarzona z tajemnicą i nieczystym knowaniem, więc izolacja była konieczna. Na kolację przegryźliśmy rollsy w niedalekiej knajpce i wróciliśmy do naszego przybytku.

Drugie podejście już nie było tak zaskakujące jak pierwsze. Nadeszły refleksje. Przypomniały mi się opowieści mojej Mamy o hotelach robotniczych z lat 70-tych. Prosty styl, same praktyczne rozwiązania. Praktyczna była nie tylko bliskość ważnych pomieszczeń. Grubość ścian zapewniała pełną integrację z pozostałymi mieszkańcami. Wystarczyło, że jedna osoba włączyła telewizorek (takie zabawne małe monitorki przypominające obrazki), a wszyscy mieszkańcy mogli śledzić bieżące wydarzenia w Polsce i na Świecie. Jedna osoba kichnęła, a wszyscy życzyli jej sto-lat. W nocy całe piętro kibicowało lokatorowi, któremu zapewne zaszkodziła kolacja. Jak w końcu wydusił co miał do wyduszenia, to brawa nie rozległy się zapewne tylko dlatego, żeby nie krępować ofiary którejś z opolskich restauracji. W nocy typowałam płeć osób korzystających z toalety i stan prostaty u panów na podstawie odgłosów wydawanych przez strumień moczu. Nad ranem, zanim odważyłam się wytrzeć nos, zakopałam się głęboko w pościeli, żeby nie prowokować okrzyków współczucia. W końcu zasnęłam, ale nie na długo, bo Gryni, towarzyszącej nam gończej, zebrało się na pieszczoty i postanowiła... wylizać mi stopy, a potem twarz. Jak tylko poczułam zimny jęzor na moich nogach i zobaczyłam wlepione we mnie smutne ślepia, westchnęłam i powlokłam się z suką na spacer. Po drodze spotkałam jeszcze wielkie gołe brzuszysko, na końcu którego przyczepiony był jakiś mocno owłosiony facet. Łypnął na mnie groźnie, więc tylko przyspieszyłam kroku. Gwoli uzupełnienia: nie, nie było to na naszym piętrze, tylko piętro niżej, gdzie korytarz był nieco szerszy. U nas nie miałby szans...

Niedziela była pełna emocji wystawowych i sprawozdawczych. Wielu znajomych pozazdrościło nam tej pełnej przygód nocy, choć znaleźli się tacy, którzy przebili nasz "pensjonat" domkiem z dziurą w ścianie, przez którą można było stukać się kieliszkami przy wznoszeniu toastów.

Na ringu udało się nam nie wygrać, dzięki czemu mogliśmy nie czekając na koniec Wystawy ruszyć w stronę domu. Po drodze zajechaliśmy do starego przyjaciela Stasia, który uraczył nas wspaniałym domowym obiadem. Hitem była sałatka z czarnej rzepy, warzywa nieco zapomnianego, ale jednego z ulubionych z czasów mojego dzieciństwa.

W drodze powrotnej przeglądając katalog wystawowy wspominaliśmy weekendowe atrakcje.
Na pewno Światowa Wystawa Psów Ras Polskich w Opolu 2016 na długo pozostanie w naszych sercach ;) 




poniedziałek, 28 grudnia 2015

Czy szynszylę można wykastrować?

Zacznę od przypomnienia, co oznacza pojęcie "kastracja". Zazwyczaj jest on kojarzona z osobnikiem płci męskiej. Ale tak naprawdę kastracja może dotyczyć zarówno samca, jak i samicy. Jest to chirurgiczne usunięcie gonad: jajników lub jąder. Drugim, często używanym pojęciem jest sterylizacja, czyli ubezpłodnienie. Definicje są różne, ale większość źródeł podaje, że jest to nieodwracalne pozbawienie płodności, z zachowaniem funkcji hormonalnej. Wikipedia z kolei podaje, że pojęcie kastracji i sterylizacji można używać zamiennie, jako synonimów.
Jako ciekawostkę dodam, że pojęcie kastracji pochodzi od... bobrów (łac. castor). Otóż starożytni Rzymianie wierzyli, że w obliczu niebezpieczeństwa bobry odgryzały sobie jądra, żeby zmylić przeciwnika... Wróg zajmował się porzuconymi klejnotami, dzięki czemu pan bóbr miał czas na ucieczkę.

Przygotowanie do operacji
Bohaterką dzisiejszego artykułu będzie samica szynszyli i zabieg kastracji, czyli usunięcia gonad. Na rozmaitych stronach internetowych różni hodowcy i właściciele straszą ogromnym ryzykiem takich operacji, starając się zniechęcić wszystkich, którzy z różnych przyczyn o takim zabiegu u swojej szynszyli myślą. Poniekąd mają rację: zwierzątko jest niewielkie, macica średnicy nici, jajniki jak główki od szpilek. Przy nieodpowiednim postępowaniu łatwo takiego pacjenta stracić. Ryzyko przedawkowania leków, wychłodzenia, utrudniona opieka pooperacyjna. Jednak są sytuacje, w których kastracja samicy szynszyli jest koniecznością, na przykład nowotwory macicy i jajników, czy względy organizacyjne (łączenie nie przeznaczonych do rozrodu szynszyli różnej płci). Co wtedy? Nie ma co się bać. Zastosowanie narkozy wziewnej znacznie zmniejsza ryzyko operacji, do tego szybkie wykonanie zabiegu i utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała szynszyli w trakcie i po zabiegu ogranicza niebezpieczeństwo niemalże do zera.

Nasza pacjentka za zdjęć to Szyszka - młoda szynszylica, która z fermy szynszyli trafiła do nowego domu, w którym mieszkała już druga, starsza trochę szynszyla płci męskiej. Nowi właściciele nie byli zainteresowani rozmnażaniem swoich futrzastych domowników, więc zadecydowali o kastracji Szyszki. Szyszka została znieczulona, wygolona, umyta i przyplastrowana do termofora z ciepłą wodą. W czasie zabiegu znieczulana była izofluranem, gazem znieczulającym. Doktor Jacek usunął jajniki i macicę, potem zaszył brzuszek. Dwie godziny później pacjentka trochę zdziwiona biegała po klatce. Dzisiaj w pełni już zdrowa Szyszka po raz pierwszy zostanie przedstawiona swojemu towarzyszowi, Szynkowi. Powodzenia! 

Przed operacją
Dr Jacek operuje Szyszkę
Usuwanie jajników i macicy
Szyszka w domu! (fot. Sabina Treffler)

piątek, 11 grudnia 2015

Co słychać w THERIOSie?

U nas ciągle dzieje się dużo. Niestety, nie zawsze jest czas i możliwość dokumentacji fotograficznej. Ciekawe przypadki tradycyjnie spędzają nam sen z powiek. Chcielibyśmy pomóc wszystkim naszym pacjentom, ale niestety, choroby dręczące naszych pacjentów nie zawsze są uleczalne. Najczęściej zaawansowanie ich jest tak duże, że wprawdzie podejmujemy próbę leczenia, ale licząc się z potencjalną porażką. Całe szczęście, że czasami pacjenci wykorzystują tą niewielką szansę którą od nas dostają i odpowiadają na tę "ostatnią deskę ratunku".
Jedną z takich pacjentek jest Sangria, 12-letnia bokserka. Przyjechała do THERIOSa z ogromną liczbą leukocytów (ponad 100 000 w mikrolitrze!). Większość z nich to były małe limfocyty, ale było też sporo paskudnie wyglądających "blastów", czyli nowotworowo zmienionych komórek limfoidalnych. Rozpoznanie: przewlekła białaczka limfocytarna, ale z ryzykiem białaczki pośredniej, przechodzącej w ostrą limfoblastyczną. Leczenie u starszego psiaka nie może być zbyt agresywne. zaryzykowaliśmy i potraktowaliśmy ten złośliwy nowotwór jako stan przewlekły. Efekt: zobaczcie sami. Kontrolne badania z piątku są niezwykle optymistyczne, a sunia czuje się fantastycznie :)

Na sali operacyjnej też praca wre. Codziennie wykonywanych jest po kilka zabiegów, w większości dużych operacji onkologicznych. Przykładem jest 12-letni wilczak z guzem na łokciu i guzem gruczołów okołoodbytowych, czy starszy bokser z odrastającym włókniakomięsakiem.


Na deser kilka słów o kursie hematologicznym dla średniozaawansowanych, który odbył się 4 i 5 grudnia 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. To już kolejna edycja kursu z certyfikatem kuratoryjnym. Uczestnicy oprócz wysłuchania wykładów, przygotowywania preparatów krwi i oglądaniem stosu szkiełek archiwalnych doktor Mai Ingarden, na końcu muszą się wykazać nabytymi umiejętnościami i samodzielnie "zaliczają" opisy rozmazów. Bohaterką sprawdzianu tej edycji kursu była Białaska - 2-letnia kotka z wirusową białaczką kotów (FeLV) i niedokrwistością immunohemolityczną. Kursanci poradzili sobie doskonale i wszyscy z powodzeniem zaliczyli szkolenie. Wśród ciekawych pacjentów hematologicznych pojawiła się Kicia - 10-letnia kotka z silną anemią, w której w erytrocytach widoczne były niezwykle rzadko występujące u zwierząt pierścienie Cabota, czyli pozostałości wrzeciona podziałowego. Stan kotki był bardzo zły, ale jak wielu naszych pacjentów, ona też dostała swoją szansę. Liczymy, że i u Kici uda się przełamać chorobę i kotka przeżyje szczęśliwie kolejne miesiące, a może lata...  





czwartek, 10 grudnia 2015

Jesienne kongresy...

Najważniejsze jesienne imprezy weterynaryjne za nami: Kongres Rozrodu oraz Kongres Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt. PrzychodnięWeterynaryjną THERIOS na obu reprezentował doktor Jacek Ingarden. Pierwsza z imprez odbyła się w październiku we Wrocławiu i był to XI Kongres „Problemy Rozrodu Małych Zwierząt”. Wśród wykładowców znaleźli się wybitni specjaliści europejscy, a w tym gronie oczywiście też Polacy. Poza wykładami odbyła się sesja plakatowa. Dr Jacek Ingarden, wraz z panią prof. dr hab. Anną Chełmońską i prof. dr hab. Adamem Okólskim stanowili komisję, która oceniła najlepsze postery. Wysoki poziom merytoryczny i sympatyczna atmosfera była zasługą organizatora, Katedry Rozrodu Zwierząt Wydziału Medycyny Weterynaryjnej UP we Wrocławiu, a głównie kierownika prof. dr hab. Wojciecha Niżańskiego.

Kolejną duża imprezą weterynaryjną był odbywający się w połowie listopada XXIII Kongres PSLWMZ. W tym roku zmieniono hotel kongresowy, podnosząc prestiż imprezy. Blok chirurgiczny, który wybrał z racji swoich zainteresowań klinicznych dr Jacek Ingarden, był niezwykle ciekawy ze względu na zaproszenie chirurgów ukraińskich. Dr Pavlo Pulniashenko zaproponował wagotomię z plastyką odźwiernika w profilaktyce skrętu żołądka u psów oraz kapsulektomię w kompresyjnych chorobach nerek. Doktor Pavlo wprowadził do współczesnej chirurgii weterynaryjnej odrobinę „świeżego oddechu”, co zostało „przypieczętowane” przez zawsze doskonałe wykłady prof. Ross'a Palmera (USA). Utrwaliło to bardzo pozytywną ocenę merytoryczną kongresu. Kongres był również okazją do spotkania Sekcji Rozrodu PSLWMZ.

Po raz kolejny przewodniczącym Sekcji Rozrodu został dr Jacek Ingarden z THERIOSa, a wiceprzewodniczącym prof. dr hab. Wojciech Niżański. Sekcja zaproponowała cykl szkoleniowy na 2016 rok, co zaowocuje certyfikacjami rozrodu małych zwierząt dla członków sekcji.
Więcej o cyklu szkoleń "Rozród łatwy i przyjemny" TUTAJ>>>

poniedziałek, 23 listopada 2015

Po co nakłuwamy klatkę piersiowa przy wodopiersiu?

Wodopiersie oznacza płyn w klatce piersiowej. Zdarza się zarówno u psów, jak i u kotów. Co w takiej sytuacji należy zrobić? Po pierwsze, pozbyć się płynu, bo pacjent z zalaną klatką piersiową często się dusi. Po drugie: zbadać płyn, ocenić jego pochodzenie i w miarę możliwości przyczynę powstawania.

Dzisiejsza pacjentka, 10-letnia Tola, przyjechała z poważnym problemem. Oprócz silnej duszności i osłabienia pojawiły się wymioty. Sunia przestała jeść i pić, a spojrzenie jej smutnych oczu mówiło samo za siebie - dajcie mi spokój, nie chcę tak żyć... Podjęliśmy decyzję o upuszczeniu płynu w celu odciążenia płuc i serca. Udało się uzyskać około 300 mililitrów krwistej cieczy. Oczywiście płyn należało poddać badaniu. Ciężar właściwy, stężenie białka, liczba komórek jądrzastych, badanie cytologiczne. Wszystko to w THERIOSie wykonujemy sami, oceną cytologiczną zajęła się dr Maja Ingarden. Okazało się, że mamy do czynienia z bogatokomórkowym wysiękiem. Większość komórek stanowiły zmienione komórki mezotelium, czyli nabłonka wyścielającego wnętrze klatki piersiowej. Na podstawie objawów i przebiegu choroby postawiliśmy podejrzenie międzybłoniaka, czyli nowotworu wywodzącego się z błony surowiczej. Ze względu na częste upodabnianie się komórek pobudzonego mesothelium do komórek nowotworowych rozpoznanie nie jest na 100% pewne, ale podejrzenie niestety nie jest zbyt optymistyczne... Po usunięciu większości płynu sunia poczuła się znacznie lepiej, ożywił się jej wzrok, zaczęła się z ciekawością rozglądać... Na razie konieczne jest wzmocnienie pacjentki i wyciszenie stanu zapalnego, jak się uda, to przejdziemy do dalszych działań...
Rtg Toli przed i po upuszczeniu płynu 

sobota, 10 października 2015

Z życia THERIOSa...

Telegraficznie, bo pisane (wyjątkowo!) męską ręką ;) 

Śródoperacyjnie... Widoczne duże naczynie krwionośne. 
"11-letni westik - kilka miesięcy temu doszło do powiększenia podżuchwowego węzła chłonnego, od niedawna pojawienie się i szybki wzrost guza po stronie przeciwnej. Skierowany do Przychodni WeterynaryjnejTHERIOS z podejrzeniem chłoniaka. Biopsja cienkoigłowa wykluczyła chłoniaka, padło podejrzenie nowotworu nabłonkowego. Ze względu na fatalne samopoczucie pacjenta, problemy z oddychaniem i praktycznie brak snu od kilku dni, zadecydowaliśmy o interwencji chirurgicznej. Było ciężko, bo jeden z guzów był otoczony dużymi naczyniami, ale daliśmy radę się ;). Zdjęcie podczas zabiegu i na kontroli, kilka dni później. HP wykazało raka o dużym stopniu złośliwości. Jak tylko rana się wygoi wchodzimy z chemioterapią.

Na wizycie kontrolnej kilka dni później...
Drugi pacjent to 11-letnia bokserka, przywieziona w bardzo złym stanie. Suczka straciła władzę w kończynach miednicznych i miała silną niedokrwistość. Lekarz prowadzący rozłożył ręce i wysłał pacjentkę „na sygnale” do Therios'a. Pozapadane żyły uniemożliwiły założenie wenflonu. Płyny zostały podane doszpikowo. Jest to rzadko wykorzystywana, ale bardzo dobra metoda podawania płynów u pacjentów wstrząsowych.

Przyczyną tak złego stanu zdrowia był rozsiany nieoperacyjny nowotwór zajmujący prawie całą jamę brzuszną. W takich sytuacjach nie walczymy, tylko namawiamy na eutanazję..." 

Nawadnianie doszpikowe

poniedziałek, 5 października 2015

Kto jest sową? Czyli weterynarz na szkoleniu marketingowym...

4 października 2015 zostaliśmy zaproszeni przez firmę Zoetis na konferencję marketingową. Bo leczenie pacjenta to jedno, a umiejętność komunikacji z właścicielem to zupełnie co innego. Jak rozmawiać z klientami, żeby dowiedzieć się tego, co nas interesuje i jak przekazać to, co mamy do powiedzenia? Przy okazji tematu przypomniała mi się pewna scenka.

Do THERIOSa wchodzi małżeństwo z psem.
- Pani doktor, nasz psiak chyba się zatruł...
- Czy ma biegunkę? - pytam. I słyszę w tej samej chwili dwie odpowiedzi:
- Tak! - mówi z przekonaniem pani.
- Nie! - kręci głową pan.

Tak to właśnie z komunikacją jest. Nasi pacjenci niestety nie mówią i weterynarz musi oprzeć się na opinii właściciela i wnikliwej obserwacji. Co robić? Na szkoleniu było o tym sporo. Był też ulubiony element prawdziwych "coacherów" (jedno z tych mało polskich określeń, których nie znoszę, ale używam tutaj, żeby podkreślić swoją niechęć ;)) - TEST OSOBOWOŚCI. Otóż oboje z mężem zostaliśmy... sowami. Drzemie w nas też trochę lisa i odrobina żółwia, ale dominuje zdecydowanie sowa.

Czytelnicy pewnie się zastanawiają, co z tego wynika? Według autorów testu sowa = współpraca. Tyle ogólnie, gorzej w szczegółach. W szczegółach sowa jest upierdliwa do granic możliwości, a do tego uwielbia schematy. Szuka, drąży, analizuje i... kocha tabelki. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak lubię wszystko planować i wbijać w ramki. Mój słynny segregator z papugą pełen różnych schematów postępowania, czy kartoteki wszystkich zakupów z regularną analizą cen i sprzedaży. A remanent to już sam miód na zbolałą duszę. Klienci, właściciele pacjentów onkologicznych, również dostają tabelki i plan na przyszłość rozpisany w podpunktach. Opcja A, B, a czasem też C. I rozmowa o tym, co możemy zyskać przy stosowaniu pewnych leków u danego psa / kota i z jakim się to wiąże kosztem (przede wszystkim zdrowotnym, ale również finansowym). 

Sowa to podobno bardzo trudna osobowość, a dwie sowy pod jednym dachem to prawdziwe wyzwanie ;) Na szczęście jakoś dajemy radę. Dyskusje są zawsze burzliwe, ale zawsze twórcze ;)


Dziękujemy firmie Zoetis za spotkanie i czekamy na kolejne :)  


wtorek, 29 września 2015

Artykuł o cytologii pochwy u psów

Zeszłorocznego rekordu publikacyjnego raczej już nie pobijemy, ale w tym roku postawiliśmy na duże artykuły. W najnowszym numerze "Weterynarii w Praktyce" ukazał się czwarty z kolei z cyklu artykułów cytologicznych autorstwa Mai i Jacka Ingardenów z Przychodni Weterynaryjnej THERIOS, dotyczący  zastosowania cytologii pochwy u suk. Jak zwykle praktycznie i kolorowo. Zdjęcia autorstwa dr Mai Ingarden ilustrują wszystkie artykuły cyklu. Patronem całej serii artykułów jest firma Vetlab, z którą podjęliśmy niedawno współpracę. 
A na okładce nasz ulubiony okulista, doktor Paweł Stefanowicz, dzięki któremu wielu z naszych onkologicznych pacjentów odzyskało wzrok. 

p.s. wiadomość z ostatniej chwili: w najnowszej "Weterynarii" można przeczytać nasz artykuł pt "Bakteryjne zapalenie otrzewnej w badaniu cytologicznym płynu z jamy brzusznej u psa". 





środa, 23 września 2015

Osteopatia przerostowa u pacjenta onkologicznego

Pacjentka ma, a raczej miała 9 lat i była niegdyś wesołym i szczęśliwym owczarkiem niemieckim. Około 2 miesięcy temu właściciele zauważyli puchnięcie łap. W zaprzyjaźnionej lecznicy stwierdzona została anaplazmoza. Niestety, leczenie nie przyniosło oczekiwanego efektu. Sunia przyjechała do nas na konsultację.

Już na podstawie wywiadu oporna anaplazmoza od razu wydała nam się podejrzana. Jakiś czas temu sunia miała usuniętego guza gruczołu sutkowego. Chirurg zostawił małe guzki, z jednego sutka stale wydostawała się ropa z krwią. Nie zostało zrobione badanie histopatologiczne. Sunia czuła się bardzo dobrze, aż do wakacji... To wtedy pojawiły się dziwne obrzęki. Sunia nie była w stanie funkcjonować bez silnych leków przeciwbólowych, które niestety też nie były obojętne. Do problemów z chodzeniem dołączyły się wymioty i złe samopoczucie...

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam pacjentkę. Już po jej spojrzeniu widać było, jak bardzo cierpi. Już się nauczyłam rozpoznawać wzrok psa, który prosi, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Bo dla naszych zwierzaków priorytetem nie jest długie życie, ale życie bez cierpienia. One nauczyły się radzić z bólem, ale do pewnej granicy. Po jej przekroczeniu liczy się tylko brak bólu...



Badania rentgenowskie potwierdziły pierwsze podejrzenie. To nie anaplazma jest przyczyną cierpienia suni, tylko nowotwór. Guzy w płucach, które utrudniały oddychanie i liczne guzy w brzuchu. Do tego sztywne, bolesne wszystkie cztery łapy, na których okostnej pojawiły się paskudne rozrosty, zespół paranowotworowy, osteopatia przerostowa (ang. hypertrophic osteopathy). To była patowa sytuacja. Brak możliwości pomocy. Właściciele usłyszeli to, co w takiej sytuacji mówię: "jedyne, co możemy zrobić, to pozwolić jej odejść"... Sunia odeszła spokojnie, wyglądała, jakby z ulgą zasnęła...




Więcej o osteopatii przerostowej na stronie Przychodni Weterynaryjnej THERIOS >>>  



sobota, 29 sierpnia 2015

O nosach i chrapaniu po raz kolejny...

Jak co roku przedstawiam jednego z naszych wielu chrapiących pacjentów. Niespełna roczny buldożek. Chrapie odkąd zamieszkał z nowymi właścicielami. Ale chrapanie to pół biedy. Niedotlenienia związanego z wąskimi szparami nosowymi i długim podniebieniem nie widać, a radosne "chrumkanie" dla wielu właścicieli jest urocze i nie chcą się tego tak charakterystycznego i sympatycznego odgłosu pozbywać. Nasz pacjent poszedł o krok dalej: zdarzyło mu się zasłabnąć i stracić przytomność, a upały zmieniły jego szczenięce życie w prawdziwy koszmar. Właściciele zasięgnęli języka u zaprzyjaźnionych wetów i... przyjechali do nas, mimo dużej odległości, którą musieli przebyć.

Jak wyglądało podniebienie zobaczcie na filmie:

Zabieg przebiegł bez powikłań, a komfort życia naszego pacjenta poprawił się już dwa dni po zabiegu. Właściciele widzą kolosalną różnicę, co nas bardzo cieszy, bo jeszcze kilka upalnych dni przed nami...

Plastyka nosa: przed i po zabiegu. 
Skrócone podniebienie miękkie u opisywanego pacjenta. 
Więcej o "chrapiących" psach na stronie Przychodni Weterynaryjnej THERIOS >>>

piątek, 21 sierpnia 2015

Na niebiesko...

Dwóch porannych pacjentów w kolorze… niebieskim. Przyszli jednocześnie, szkoda, że nie było możliwości zrobienia im razem zdjęć, bo kolorystycznie dobrani byliby idealnie. Niebieski nr 1 to piękny Brytyjczyk, starszy pan z niewydolnością nerek. Trafił do nas z polecenia naszego kolegi - weterynarza. Kot czuł się źle, wyniki nerkowe rokowały też nie najlepiej (kreatynina 5,15 mg/dl, mocznik 124 mg/dl), do tego niski potas. Zostaliśmy jego ostatnią szansą i… wyrocznią. „Jak uznacie, że nie ma sensu dalsza walka, to trzeba będzie go uśpić”. Nie uśpiliśmy. Po kilku dniach kreatynina spadła o prawie 1, mocznik o 20 i kocisko zaczęło jeść. Elektrolity stabilne. Walka jeszcze się nie skończyła i nie wiemy, czy ją wygramy, ale dobre samopoczucie pacjenta jest najlepszym dowodem, że decyzja była dobra i warto było spróbować


Drugi „niebieski” do nasza stara dobra znajoma Szina. 11 miesięcy temu przyjechała do nas z kostniako-mięsakiem kości (osteosarcoma). Dodatkowym stresem była choroba serca, którą zdiagnozowaliśmy przed zabiegiem. Doktor Jacek Ingarden podjął wyzwanie anestezjologiczno-chirurgiczne i zoperował pacjentkę. Potem przyszedł czas na chemioterapię, którą Szina zniosła bardzo dobrze. Mimo obaw o sprawność po amputacji łapy sunia radzi sobie doskonale. Jest aktywna, bawi się, chętnie spaceruje. Tylko podczas ponadtrzydziestostopniowych upałów nie chciała wychodzić z domu, ale jest to zrozumiałe W najbliższym czasie czeka ją jeszcze jeden zabieg, ale liczymy na kolejne miesiące szczęśliwego życia…  

Tradycyjnie prosimy, ślijcie duuużo dobrych myśli dla tych wyjątkowych "niebieskich" pacjentów!

piątek, 24 lipca 2015

Specjaliści od spraw trudnych i nietypowych? Z życia THERIOSa...

Nie każdy pacjent z zapaleniem skóry i uszu ma w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS robione badania krwi i serię badań obrazowych. Ale na pewno każdego "trudnego" pacjenta traktujemy indywidualnie, pamiętając, że skóra i oczy są odzwierciedleniem zdrowia organizmu. Dzisiaj miałam dwóch ciekawych pacjentów, którzy w mistrzowski sposób oszukali swoich lekarzy. Na szczęście oba psiaki zostały do nas przysłane na konsultację, jako do specjalistów od spraw trudnych i nietypowych ;)

Pacjent nr 1: 3-letni owczarek niemiecki mix. Urocza, chociaż bardzo szczekliwa dziewczyna. Skierowana do PW THERIOS z powodu wybroczyn na skórze i podejrzenia chłoniaka. Na skórze suni pojawiły się wybroczyny, doszło do zapalenia mięśni skroniowych. Lekarz prowadzący zastosował steryd, który doprowadził do wycofania się większości objawów, ale ze względu na postępujący zanik mięśni zalecił konsultację. Charakterystyczne zmiany we krwi skłoniły nas do wykonania testu "trzustkowego", który wykazał silne zapalenie trzustki. A trzustka często bywa przyczyną problemów immunologicznych. Tylko skąd zapalenie trzustki u psa w świetnej kondycji, dobrze odżywianego, zadbanego? Dopiero pod koniec wizyty właściciele przypomnieli sobie, że kilka tygodni wcześniej ich psisko zjadło 0,5 kilograma cukru trzcinowego, który jest dla psów silną toksyną. Dzisiejsza kontrola wykazała znaczną poprawę parametrów biochemicznych i morfologicznych krwi. Kolejna kontrola za miesiąc...

Pacjent nr 2: 12-letni beagle. Przyjechał z powodu zapalenie uszu i skóry na głowie. Skóra na głowie w zasadzie już się goi, gorzej z uszami, które nie odpowiadają na podawane leki. Problem z uszami pojawił się 2-3 lata temu, problem skórny jest świeży, zaledwie kilkutygodniowy. Były kilkakrotnie robione badania krwi, które wykazały wyłącznie wzrost fosfatazy zasadowej. Co zrobiłam? Oglądnęłam psiaka od stóp do głów. Zaniepokoił mnie twardy brzuch i przetłuszczona skóra w miejscach zapalenia. Równolegle z badaniami cytologicznymi zarządziłam badania krwi, usg i rtg. I co się okazało? W uszach swierdziłam bakterie, na które rzadko stosowane wcześniej leki działają (do potwierdzenia bakteriologią), we krwi niedokrwistość, a w usg i rtg... smutna niespodzianka: ogromny guz, wypałniający całą lewą stronę brzucha, spychający jelita i pozostałe narządy... 17 centymetrów guza, który nie dawał żadnych objawów! Na razie... Do guza w brzucha dołączył niewielki guz w jądrze. I tym sposobem pacjent dermatologiczny stał się pacjentem onkologicznym. Dalszy plan: podleczyć uszy i usunąć guzy. Skóra stała się problemem drugorzędowym.

Umiejętność oceny całego pacjenta to zasada, którą jeszcze jako studentce wpajał mi mój mąż. "Macica nie wisi na płocie" powtarzał (i powtarza) wielokrotnie. Nie ma leczenia jednego narządu. Problem skórny nie zwalnia nas od omacania brzucha, czy osłuchania pacjenta. Tym się kierujemy i dzięki temu od czasu do czasu wyłapujemy takie biologiczne "zmyłki".





środa, 22 lipca 2015

"Chodź, pomaluj mój świat..."

Dodaj napis
Świat oszalał na punkcie kolorowanek. Oczywiste, że dzieci zawsze lubiły kolorować. A co z dorosłymi? Szczególnie zestresowanymi dorosłymi? Kolorowanie stało się jedną z popularnych metod psychoterapii. Masz stresa, łap za kolorowankę i wyżywaj się twórczo. Na stronach internetowych jednym z argumentów jest... cena. Zestaw kilkudziesięciu kolorowanek kosztuje znacznie mniej niż wizyta u psychologa, a efekt jest ten sam. Ciekawe, co na to zestresowane psy i koty? Szkoda, że nie możemy skuteczności kolorowanek przetestować na naszych pacjentach. Na pewno możemy przeprowadzić testy na właścicielach naszych pacjentów. Wielokrotnie widzę w poczekalni zaciskających ze zdenerwowania palce właścicieli, czekających na koniec zabiegu swojego pupila. Albo znudzonych, oczekujących na zakończenie kroplówki z chemią. Mogą oglądnąć telewizję, mogą poczytać książki z naszej klinicznej biblioteczki, jak jakaś książka szczególnie ich zainteresuje, mogą ją zabrać do domu i przy okazji wymienić na inną.

Kolorowanki dla małych i dużych - dzieło 4-latka :) 
Ale co zrobić, jak trudno ze zdenerwowania zebrać myśli? Nie za bardzo dociera to, co mówią w TV, litery też nie układają się tak jak byśmy sobie życzyli. Stres to stres. Co wtedy? Wtedy do akcji może wkroczyć kolorowanka. Kwiatki, listki, koty, ryby. Mogą to być dowolne esy-floresy. Można je tworzyć samemu, a można też wykorzystać dostępne w THERIOSie arkusze z gotowymi pomysłami. Na zainteresowanych czeka również zestaw kredek i w razie potrzeby zestaw podkładek. 

Jeżeli masz dosyć niszczącego psychikę stresu związanego z chorobą swojego zwierzaka, możesz sięgnąć po kolorowankę. Oczywiście dzieci też mogą w naszej przychodni kolorować; kolorowanki odstresowujące są dość skomplikowane, ale młodzi rysownicy również sobie z nimi doskonale poradzą :) 


Kolorowanki odstresowujące są dostępne w recepcji Przychodni Weterynaryjnej THERIOS - zapraszamy do kolorowania dzieci i dorosłych!