niedziela, 24 maja 2015

Kurs usg dla średniozaawansowanych - edycja wiosenna 5-dniowa

W dniach 18-22 maja 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS odbył się kurs ultrasonograficzny dla lekarzy weterynarii, prowadzony przez dr Jacka Ingardena. To już 41 kurs usg (licząc echo serca 43), który zorganizowaliśmy. Szkolenia w ramach THERIOSa prowadzimy od 15 lat! Nasze "ulubione" tematy to opisywana ultrasonografia jamy brzusznej i hematologia, a ostatnio na listę cyklicznie organizowanych kursów wprowadziliśmy też cytologię. Organizujemy też szkolenia z innych dziedzin weterynarii, zapraszając różne weterynaryjne sławy. Więcej o naszych szkoleniach TUTAJ >>>

Ja na każdym z organizowanych w PW THERIOS kursów, gościliśmy lekarzy z różnych stron Polski, od Krakowa, przez Katowice, Lublin, Wrocław, Łomżę, aż po Gdańsk. Kursantom udało się przebadać 37 psów. Pierwszego dnia, oprócz teorii i przypadków prezentacyjnych, uczestnikom została zaprezentowana thorakocenteza u 6-letniego berneńczyka z mięsakiem histiocytarnym, abdominocenteza oraz zastosowanie terapii IRAP w leczeniu zwyrodnień stawów. Dzień zakończył się operacją skrętu żołądka u rocznego doga niemieckiego. 


Pobieranie materiału do IRAP
Kolejne dni minęły nieco spokojniej. Kursanci szlifowali swoje umiejętności badając psy zdrowe i chore. Rozpoznanych zostało kilka ciąż, w tym jedna ciąża - niespodzianka, mukometra, torbiel jajnika, zapalenie, osad i polip w pęcherzu moczowym. Były nowotwory: wątroby (wykonano biopsję), wznowa chłoniaka, chłoniak nerkowy i guz śledziony. Doktor Jacek zaprezentował echo serca u sznaucera olbrzyma. 

Był to kolejny intensywny kurs bogaty w ciekawe przypadki, nie tylko "ultrasonograficzne". Na tym polega urok kursów w naszej przychodni - nigdy nie jest nudno, a badania usg są wzbogacone analizą kliniczną pacjentów. 

Więcej informacji na temat 5-dniowych kursów usg dla średniozainteresowanych znajdziesz TUTAJ >>> 

Biopsja pod kontrolą usg - ćwiczenia
 


wtorek, 19 maja 2015

Dieta kury domowej jawornickiej

Decydując się na kury postanowiłam rzetelnie się do nowego zakupu przygotować. Kupiłam książki, pytałam "specjalistów" (takich okolicznych, wiejskich) i specjalistów (prawdziwych). Większość źródeł proponowała super-mieszankę dla kur niosek. Bo zdrowa, smaczna i pełnowartościowa. Tyle, że oprócz składników, których znaczenie było dla mnie zrozumiałe (cel: dużo jajek), było sporo składników, które budziły mój niepokój. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście tego oczekuję. Przecież taką karmę dostają też kury w kurnikach. A ja po to zdecydowałam się na hodowlę przydomową, żeby tego wszystkiego "pozostałego" uniknąć... Decyzja została podjęta: pal licho wydajność, stawiamy na ekologię i jakość. I tak rozpoczęła się era naturalnego żywienia kur. Przyznać muszę, że czasami to chyba przesadzam. Moje kury mają gotowane obiadki (łupiny z ziemniaków, marchewki, pietruszki), codziennie dostają skorupki z jajek, mieszankę ziaren, rozdrobniony chleb, witaminy z muszlami ostryg i suszone pokrzywy. Oprócz tego prawie codziennie wybieramy się na polowanie na dżdżownice, których całkiem sporą hodowlę mamy w oborniku koło stajni. Kalifornijskie. Kupione kilka lat temu jak prezent dla naszych dzieci, 2x po 500. Dziewczyny robiły im domki i namawiały, żeby w nich zamieszkały. Dżdżownice dały się namówić, a ich ilość zwiększyła się do... miliardów. Teraz są świetnym uzupełnieniem diety kurzej. 

video

Uzupełnieniem są też końskie bobki i naręcza chwastów i skoszonej trawy. Najbardziej ekskluzywnym dodatkiem jest... kwiatowy pyłek, zakupiony na jakichś targach jako cud natury i samo zdrowie. W rzeczywistości okazał się paskudny. Kury za to są zachwycone.
Mieszanka ziaren też jest niczego sobie. W jej skład wchodzi:
- śruta pszenna
- siemię lniane (suchy i okresowo w postaci meszu)
- kasza jaglana
- kasza gryczana (okresowo)
- ziarno słonecznika
- śrutowana kukurydza
- okresowo otręby pszenne.
Czy wyobrażacie sobie smak takich prawdziwych jajek? Teraz, jak już muszę kupić jajka w sklepie, to aż się krzywię z obrzydzenia. Plastikowe i niedobre. A chemia w nich zawarta aż mi się osadza na zębach. Jajka od moich kur są smaczne i zdrowe, a do tego pochodzą od szczęśliwych kur. Polecam wszystkim niezdecydowanym! 




niedziela, 17 maja 2015

If Du Reverdy

If du Reverdy
Czy to zaklęcie? Nie! If du Reverdy to imię kawalera dla naszych klaczy. Starszy już pan, bo 19-letni, ale wysportowany i utytułowany. Nie mieliśmy przyjemności osobiście go poznać, bo mieszka w Stadzie Ogierów w Gnieznie, ale słuchy chodzą, że jest piękny, grzeczny, chętny do współpracy i niesie dobre geny, jego ojciec to sam Le Tot de Semilly, utytułowany i utalentowany skoczek. Oglądałam film z zawodów - fruwa na wysokościach trudnych do ogarnięcia... 

Tak piszą o naszym wybrańcu: 
International show jumping stallion If Du Reverdy was competed by Thomas Velin at major events across Europe winning many prizes along the way. If Du Reverdy pedigree is exceptional, sired by one of the all time great selle francais stallions Le Tot de Semilly who either won or placed in 22 international grand prix`s as well as 63 national grand prix classes. He represented France in many international championships and nation cup teams. As a breeding stallion If Du Reverdy continued to excel and his offspring has earned him a big reputation as a sire of performance horses , progeny of Le Tot de Semilly include Dollar de Semilly, Ultimée du Chemin, Baccara du Tot, Dandy du Marais II, Diamant de Semilly and the list goes on. 
Żródło: http://www.highoffleystud.co.uk/horseinfo.asp?id=14891

Słynny dziadek - Le Tot de Semilly 
Nasienie przyjechało w piątek. Już 2 miesiące wcześniej zaczęliśmy przygotowania klaczy. Trzeba je było zsynchronizować. Po co? Po pierwsze, żeby unasiennić je za jednym zamachem, z jednego transportu nasienia. Po drugie, żeby ewentualne źrebaki urodziły się w jednym czasie. Udało się, chociaż nie idealnie, bo różnica między owulacjami wyniosła kilka godzin. Za to obie dziewczyny owulowały z lewego jajnika. Inna była reakcja na unasiennianie: Urania, jako pierworódka trochę się kręciła i żeby wycelować idealnie do szyjki macicy, trzeba było zastosować tak nielubianą przez nas dutkę. Daglezja na widok pipety zaczęła aż mruczeć i cichutko rżeć z radości. 

W zapładnianiu klaczy brała udział cała rodzina. W końcu to nie lada atrakcja uczestniczyć w "produkcji" tak długo wyczekiwanych źrebaczków. Podawania strzykawek, trzymanie klaczy i opowiadanie im o wspaniałym If du Reverdy, a na deser oglądanie nasienia pod mikroskopem. Oczywiście nie obyło się bez małego wykładu na temat iksów i igreków... W takiej rodzinie nie dało się tego uniknąć. Iksy i igreki tak się spodobały, że jednogłośnie wybrane zostały imiona dla maluchów: Iks i Igrek. 


Teraz przed nami dłuuugie 2 tygodnie oczekiwania na badanie usg... Z niecierpliwością czekamy na pozytywne badanie i na źrebaczki...  






poniedziałek, 11 maja 2015

W poszukiwaniu salamandry...

Maj to miesiąc kwiatów i... salamander. W jawornickim lesie jest ich zatrzęsienie. Wystarczy trochę deszczu, a już trzeba patrzeć pod nogi, żeby jakiejś nie rozdeptać. Co roku wybieramy się na spotkanie z jaszczurami ognistymi. W 2013 roku też poświęciłam im trochę uwagi na blogu. W tym roku też wybraliśmy się na spacer. Niestety, po spotkaniu pierwszej salamandry najmłodszy Ingarden zanurkował w leśnym strumyku i zmusił nas do powrotu do domu. Wynegocjowałam kilka minut na sesję fotograficzną i filmik z salamandrą w roli głównej...
Wygląd salamander i piękne wzory na ich grzbietach zawsze mnie zadziwiają. Są niepowtarzalne; każda salamandra jest jedyna w swoim rodzaju i ma swój prywatny wzór z żółtych plam. Ta obfotografowana może jakąś oryginalnością nie porażała, ale całkiem jest jej do twarzy z tymi żółtymi plamkami :)
Więcej szczęścia miały nasze córki, które zrezygnowały z kąpieli w strumieniu i spotkały całkiem sporo tych oryginalnie ubarwionych płazów... Pewnie Karolina pochwali się sesją fotograficzną na swoim blogu :)





video

środa, 6 maja 2015

Niełatwo być pacjentem... Świeże refleksje w temacie służby zdrowia...

Jestem wściekła. Dzisiaj na moje żale jedna pani doktor stwierdziła: Niełatwo być pacjentem... Nie dość, że mnie to nie uspokoiło, to jeszcze bardziej rozdrażniło. Wczoraj po 3 godzinach spędzonych w poradni chirurgicznej zrezygnowałam z wizyty. Dzisiaj po 3 godzinach koczowania pod drzwiami gabinetu z 4-letnim Błażejem wprawdzie doczekałam się wizyty, ale moja opinia na temat służby zdrowia jest fatalna. Co z tego, że mamy dobrych lekarzy (bo mamy!), jak organizacja szpitali woła o pomstę do nieba? Nawet nie tyle chodzi o oddziały szpitalne, bo to są małe państewka, które często są naprawdę dobrze zorganizowane, ale o przyszpitalne przychodnie i pogotowie. Dzisiaj wędrując korytarzami Uniwersyteckiego Szpitala dziecięcego w Krakowie patrzyłam na obwieszone znaczkami WOŚP korytarze, telewizory z reklamą WOŚP non-stop, lampy z reklamami, informacje o przyjaznym szpitalu, sklepiki, automaty ze słodyczami (nafaszerowane chemią świństwa) i... z przerażeniem myślałam o nadchodzącym przedpołudniu. Bo co z tego, że przed gabinetami są placyki zabaw dla dzieci, skoro po kilku godzinach koczowania na takim placyku dzieci są wymęczone i zapłakane? Przyjeżdżam na 8.00 (bo tak trzeba). Ustawiam się w kolejce do rejestracji. Jestem trzecia. Cała nasza kolejkowa trójka przez pół godziny słucha o problemach urlopowych dwóch pań - jednej z rejestracji, drugiej jakiejś pielęgniarki. Jak gadają, to pani w rejestracji się zawiesza. Pisać też nie może, bo zawzięcie gestykuluje. Dobrze, że sobie długopisu do oka nie wbiła. A może szkoda... W końcu wyciąga naszą kartę. W trakcie jej rozmowy pani doktor przyjęła pięciu pacjentów... Ustawiamy się w kolejce do pani doktor. Po 1,5 godzinie wreszcie wchodzimy. Nie, żeby były tłumy. Po prostu pani doktor miała przerwę (pewnie na zabiegi). Wizyta trwa kilka minut. Dostajemy skierowanie na badanie słuchu (wiadomo, że wyjdzie kiepsko, bo przy zapaleniu ucha wszystkie dzieci źle słyszą). Ustawiamy się w kolejce nr 2. Potem znowu wracamy do kolejki przed gabinetem. Po 3 godzinach jesteśmy wolni! To i tak sukces, bo poprzednio zabawa trwała 4 godziny... Nie mówiąc o tym, że miesiąc temu minął rok od pierwszego telefonu. W związku z bezdechami (zagrożenie życia...) Błażej dostał dobry termin - na 1 października... Zabieg (głupie migdałki!) mamy w czerwcu. I prikaz, żeby nie było infekcji, bo następne terminy są na rok 2016... I po co te bajery na ścianach? Szpital przyjazny to taki, gdzie dzieci nie czekają kilka godzin w kolejce na 5-minutową wizytę! Po co mi kolorowy dywanik - żeby dzieciak miał się po czym higienicznie tarzać ze znudzenia?

A jak było z moją ręką? Pierwszy zonk był na lodowisku. Ja z trójką dzieci, ręka połamana na kawałki. Dzwonię na pogotowie: O, ręka? - ucieszyła się pani odbierająca telefon - do ręki nie jedziemy, musi pani sama przyjść, bo nogi są zdrowe... Zatkało mnie i zamiast zrobić awanturę grzecznie organizowałam transport. Na SORze idę do rejestracji i mówię: Mam złamaną rękę. A skąd pani wie? - zapytała zdziwiona pani w kolorowym fartuszku. Mój mąż stwierdził później: Trzeba było powiedzieć, że u wróżki byłaś... Po 3 godzinach kierują mnie na zdjęcie. Złamana! Wieloodłamowo. Ale operacji i tak nie zrobią, mogę pojechać do domu. Trzeba usztywnić. Panie pielęgniarki (jakieś wygłodniałe wampirzyce podrywające młodego doktora) zakładają szynę - krawędź gipsu przechodzi dokładnie przez złamanie. Zwróciłam uwagę. Panie prychnęły i zignorowały. Idziemy do doktora. Mówię, że tak założony gips, to nie dość, że nie będzie chronił, to jeszcze odetnie. Odesłał do pielęgniarek. Wściekłe zdjęły (oj, bolało jak diabli!) i założyły nowy. Dobrze nie było (o usztywnieniu dwóch przylegających stawów to chyba nigdy nie słyszały), ale przynajmniej usztywnienie niemalże dochodziło do stawu ramiennego. Sam zabieg i opieka pooperacyjna jak dla mnie bomba. Miłe zaskoczenie. Kompetentnie, sympatycznie. Wychodząc do domu stwierdziłam, że jakby nie okoliczności, to chętnie zostałabym dłużej. Schody zaczęły się przy kontrolach. Kolejki, odsyłania, rejestracje. Snujące się po korytarzach znudzone pielęgniarki i techniczki. Wczoraj: ponad godzina w kolejce do chirurga. Okazało się, że i tak muszę przyjść jeszcze za 3 dni, bo tak mi się kończy zwolnienie. Uprosiłam, że skoro miało być kontrolne rtg, to może zróbmy od razu? Dostałam skierowanie. Przede mną w kolejce czekają jeszcze 3 panie. Pierwsza godzina - ani jedno zdjęcie nie zrobione, przychodzi z zakupami jedna z pań z tzw. służby zdrowia. Idę do rejestracji, a tam wszystkie karty jak leżały, tak leżą. Co jest grane? - pytam. Jest urografia, a ona trwa pół godziny - odpowiada pani w okienku. Ale minęła już godzina! - mówię. Pani wzrusza ramionami obojętnie. Wracam do kolejki. Po kolejnej godzinie wściekła idę znowu do okienka. Tym razem jako delegacja wszystkich pań z kolejki (kolejka w międzyczasie się wydłużyła). Okazuje się, że wszystkie panie z rentgena robią właśnie zdjęcia na oddziałach nieprzytomnym pacjentom. Jak długo to będzie trwało? - pytam. A skąd mam wiedzieć? - słyszę odpowiedź - jedni są grubi, drudzy chudzi, może zaraz, a może nie wiadomo kiedy... I znowu wzruszenie ramion. Zagotowana odebrałam skierowanie i stwierdziłam, że skoro i tak mam przyjść w piątek, to rtg może poczekać... Idealnie byłoby, gdybym sama sobie zrobiła zdjęcie. Byłoby lepiej ułożone i lepszej jakości... Tylko czy szpitalom wolno oceniać zdjęcia od weterynarza??? Czasami (a nawet dość często ) myślę, że wolałabym być swoją własną pacjentką niż biegać na te na siłę wymyślone wizyty. Przyjeżdża pacjent z długim podniebieniem, badanie, badania krwi, zabieg. Po 10 dniach kontrola, wyjęcie szwów. I tyle. Wprawdzie koszt niemały, ale i tak nie przekracza miesięcznej składki na ZUS od jednej osoby... 

Ech, kto się wreszcie odważy wprowadzić jakąś normalną reformę służby zdrowia, która stanie za pacjentem i lekarzami, a nie przeciwko??? Jeden dzień zwłoki w płaceniu ZUS i od razu jest wielka awantura. I do tego poniżające kontrolowanie, czy moja ręka jest faktycznie złamana, czy nie. Czy rzeczywiście jestem praworęczna (bo jakbym była leworęczna, to przecież mogę przyjmować pacjentów - w razie czego pomogę sobie kolanem). Czy blizna odpowiada zdjęciom rtg. Czy rzeczywiście po 2 miesiącach od operacji łokcia ręka jest niesprawna. Ja, potencjalna oszustka i wyzyskiwacz polskiej służby zdrowia... Oczekują cudownego wyzdrowienia - tylko jak to zrobić, skoro dopisek "pilne!!!" na skierowaniu na rehabilitację skraca czas oczekiwania z 12 miesięcy do 12 tygodni... Oczywiście jak mi zależy, żeby odzyskać sprawność, to płacę z własnej kieszeni... Ech, szkoda słów... Jeszcze tylko jedna wizyta jutro i ostatnia w tym tygodniu (w sumie czwarta) w piątek... 

Niełatwo być pacjentem...  

sobota, 25 kwietnia 2015

Przyrodnik z Kocmyrzowa...














  Wiosenne wizyty u profesora Andrzeja Dubiela, emerytowanego kierownika Katedry Rozrodu Zwierząt wrocławskiej weterynarii, stały się już tradycją. Profesor po zakończeniu pracy naukowej całym sobą poświęcił się pracy ze swoimi ukochanymi zwierzętami - ozdobnym drobiem, jeleniami milu, muflonami i kucami szetlandzkimi. Zaprzyjaźnił się z okolicznym ptactwem śpiewającym i wiewiórkami, które licznie zasiedliły jego unikatowy starodrzew. Jedną z jego ostatnich misji jest tworzenie kolejnych oczek wodnych dla ginących żab. Mówi o sobie: "przyrodnik", bo też do tego przez cały czas swojej pracy na uczelni dążył: żeby studenci weterynarii byli przede wszystkim przyrodnikami, znającymi i mi
łującymi swoją przyrodę ojczystą, a nie przyszłymi maszynkami do zarabiania pieniędzy. W trakcie swojej pracy na uczelni walczył o zasiedlenie klinicznych pomieszczeń jak największą liczbą zwierząt, z którymi mogliby pracować studenci. Na strychu Kliniki Rozrodu zorganizował imponujący gołębnik, pełen egzotycznych gołębi ozdobnych. Jako studentka miałam wielokrotnie przyjemność rozmawiać z Profesorem Dubielem na tematy przyrodnicze. Jego ulubionym tematem była i nadal jest Czerwona Księga zagrożonych gatunków zwierząt.


   Tegoroczna wizyta tradycyjnie pełna była ciekawych gawęd o ptakach, drzewach i zwierzakach. Groźne przygody kucyków, problemy techniczne związane ze stadem jeleni, walki kogutów, wystawy ptaków ozdobnych, relacja z upowszechniania polskiej kury zielononóżki, a to wszystko w oprawie pełnej pasji gestykulacji, jest zawsze niezapomnianym wrażeniem. Oczywiście nie obyło się bez edukacyjnego spaceru po włościach. Dzieci nie mogły się oderwać od żądnych pieszczot kucyków, a potem próbowały swoich sił w rozpoznawaniu po śpiewie gatunków ptaków. Tym razem bez zająknięcia odpowiedziały na pytanie o polskie drzewo (modrzew...). Podziwialiśmy też kolorowe bażanty, małe przepiórki, hiszpańskie kury minorki i wielkiego czerwonego indora, który swoim groźnym gulgotem przypominał stale o swojej obecności.

  W czasie, gdy dorośli wspominali przy herbatce czasy wrocławskie i rozprawiali o polityce, dzieci biegały z aparatem fotograficznym po profesorskich włościach dokumentując kolorowy zwierzyniec i pięknie kwitnące magnolie. Szczególnie ich uwagę przykuwał nowy nabytek Profesora - biały paw, który nawet zaprezentował nam swój imponujący ogon. "Tak muszą wyglądać anioły" - stwierdził Profesor.

  Wspominając więzienie, jakim było dla nim duże miasto mówi: "z piekła trafiłem do nieba". Bo też stworzył na swojej działce swoje własne Niebo - pełne z jednej strony żywej, dzikiej przyrody, a z drugiej dziwacznych ras ptactwa hodowlanego... W tym roku planujemy trochę zmienić tradycję i nie poprzestaniemy na jednej wizycie na profesorskim ranczu, ale wybierzemy się tam niebawem ponownie :)


 


  O innych wyprawach rodziny weterynaryjnej, w temacie harcersko-historycznym poczytasz TUTAJ >>> 

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Okiem Praktyka 2015

18 kwietnia 2015 studenci wrocławskiej weterynarii zorganizowali drugą edycję Konferencji "Okiem Praktyka". Wyzwanie było nie lada, ponieważ zaplanowanie i realizacja wykładów dla kilkuset osób wymaga naprawdę dużego nakładu pracy i talentu organizatorskiego. W tym roku mieliśmy przyjemność poprowadzić wykłady z zapalenia trzustki i chorób nowotworowych u berneńskich psów pasterskich. Oprócz nas posłuchać można było prof. Niżańskiego, dr Hildebranda, dr Mederskiego, dr Wąsiatycza i dr Niedzielskiego. Było trochę rozrodowo, trochę ortopedycznie i trochę neurologicznie. Urazy u kotów, kulawizny i porażenia od wielu lat spędzają sen z oczu lekarzy weterynarii. Podobnie zapalenie trzustki: choroba - widmo, o której wszyscy słyszeli, ale mało kto potrafi prawidłowo diagnozować i leczyć. Tym bardziej, że objawy mogą być niespecyficzne, a i leczenie jest byle-jakie. O trzustce mówił dr Jacek Ingarden. Autorka bloga, Maja Ingarden, zajęła się berneńczykami, strasząc wszystkich potencjalnych właścicieli i przyszłych lekarzy listą problemów nowotworowych, z którymi mogą się w przyszłości spotkać.

Organizacja Konferencji, mimo pewnych problemów technicznych, zrobiła na nas duże wrażenie. I trzymamy kciuki za kolejne edycje, bo inicjatywa jest warta kontynuacji :)

W trakcie konferencji mieliśmy przyjemność poznać przyszłego weterynarza - Paulinę Jasińską, która dodatkowo jest studentką... filozofii. Wydawałoby się, że to dziwne połączenie zainteresowań, ale poczytajcie sami, co z takiej krzyżówki wynika na blogu Pauliny.

Maja i Jacek Ingarden z Pauliną Jasińską.