wtorek, 3 kwietnia 2018

Sok z brzozy – dobry na wszystko


Podobno na dobrego męża i złą żonę również ;)

A tak na serio – do soku z brzozy przymierzałam się od kilku lat. To jeden z tych ambitnych planów, o których najlepiej pamięta się wtedy, kiedy nie ma możliwości ich realizacji. W przypadku soku z brzozy to zima, lato lub jesień. Czasu na pozyskanie soku z brzozy dużo nie ma, a do tego brzoza lubi robić psikusy i dostosowaywać się do pogody na swoim terenie. Z moich tegorocznych obserwacji nawet na terenie o średnicy max 100 metrów brzozy moga oddawać różną ilość soku. Z jednej gałązki sok leci niemalże ciurkiem, a z innej kapie jak krew z nosa, albo i jeszcze rzadziej.

Tegoroczne postanowienie zostało znacznie wzmocnione wizytą na Wołyniu, w czasie której ksiądz Kwiczala z Maniewicz raczył nas sokiem z brzozy w ilościach hurtowych. Kolejne 5-litrowe butle wyjeżdżały na gościnny stół parafialnego domu, a my opróżnialiśmy je do ostatniej kropli.

Nadeszła wiosna. Pierwszy alarm podniósł kolega – Abrat. "Sok już płynie!" - napisał mi na fb. No to ja podbijając się piętami pogoniłam do pobliskiego lasku. Niestety – sok płynął, ale nie u nas. Potem jeszcze kilka razy wizytowałam okoliczne brzozy. W końcu nadszedł niezbyt ciepły, ale luźniejszy okres świąteczny. Tym razem na rekonesans wysłałam córki. Przybiegły rozentuzjazmowane: PŁYNIE!!! I tym sposobem przez całe Święta Wielkanocne zarówno my, jak i nasi goście, mieli okazję raczyć się tym cudownym eliksirem dobrym na wszelkie przypadłości ciała i duszy. Z dodatkiem soku z cytryny i miodu smakował wybornie i tylko nasze dwie brzozy ledwo nadążały z napełnianiem 5-litrowych butli. Ze względu na spore zapotrzebowanie tegoroczny plan na przygotowanie kilku butelek soku na zimę musze odłożyć... na kolejną wiosnę. Ale już wiem, że sok z brzozy to kolejny stały punkt na liście zdrowych projektów rodzinnych.

Napisałam już, że sok z brzozy to eliksir dobry na wszystko. A na co konkretnie? Poniżej garść zebranych z internetu cudownych działań:
  • źródło wielu witamin, składników odżywczych i mikroelementów: wit. C, wit. B, potesu, żelaza, wapnia, magnezu, fosforu, miedzi oraz kwasu jabłkowego i cytrynowego.
  • sok z brzozy to fantastyczny płyn izotoniczny, lepszy od wielu kupowanych w sklepach kolorowych wynalazków dla biegaczy
  • podnosi odporność
  • jest polecany osobom z dolegliwościami układu moczowego – wspomaga pracę nerek, pomaga usuwać złogi w moczowodach, zapobiega powstawaniu kamieni w nerkach
  • wspiera usuwanie z organizmu szkodliwych substancji
  • pozytywnie wpływa na układ krążenia – zapobiega powstawaniu zatorów i zakrzepów w naczyniach krwionośnych
  • pomaga w walce z niedokrwistością
  • jest wskazany przy chorobach tarczycy i wszelkich problemach pulmonologicznych
  • stosowany zewnętrznie wspomaga walkę z trądzikiem i zaskórnikami, zmniejsza przetłuszczanie się włosów, zapobiega też ich wypadaniu i działa przeciwłupieżowo.

Właściwości lecznicze ma również sok z pączków brzozy, który stosowany bywa jako lek przeciwgorączkowy i przeciwzapalny. Z kolei sok z młodych listków łagodzi bóle reumatyczne.

W przypadku naszego soku najlepiej sprawdziła się metoda obcięcia kawałka gałązki i umocowanie do niej plastikowej butelki. Niestety, gałęzie brzozy mają tę właściwość, że rosną do góry, a grawitacja potrzebna do pozyskania soku działa w dół. Na szczęście weterynarz ma córki – harcerki, które pobiegły do domu po śledzie do namioty i zrobiły piękne i skuteczne odciągi. Teraz dwa razy dziennie wystarczy zlać zebrany sok i w postaci lemoniady podawać rodzinie :) 



niedziela, 4 marca 2018

Takie mydła, że chciałoby się je zjeść...



Wszyscy, którzy mieli okazję robić i potem używać samodzielnie wyprodukowanych mydeł zrozumieją. A ci, którzy jeszcze nie zaznali satysfakcji umycia się własnoręcznie zrobioną kolorową, pachnącą kostką, powinni jak najszybciej spróbować. Można oczywiście kupić taką „hand-made”, w mydlarni lub na stoisku z eko-wyrobami. Będzie idealna, nawet ładniejsza od własnej, równiutko pokrojona, bez nalotu, pięknie zapakowana, z pięknie odbitą pieczątką. Tyle, że to ciągle będzie namiastka. Dopóki nie zrobi się mydła całkiem samemu, będzie brakowało tego niecierpliwego liczenia dni, czy dreszczyku biegającego po plecach przed pierwszym użyciem. A jak już mydło powstanie, to szuka się kolejnych pomysłów, żeby jak najszybciej zabrać się za kolejne domowe mydło. A potem poszukiwania delikwentów do obdarowania, bo w końcu po co nam tyle tego mydła? Zapas na kilka lat, nawet, jak będzie używane przez klientów w THERIOSowej łazience. 

W sobotę 4 marca wybrałam się na drugie już warsztaty mydlarskie do Kasi Maliny-Gajewskiej. Pierwsze, na których byłam, odbyły się u Kingi w Domu pod Aniołami. Drugie miały miejsce w Wieliczce, w pracowni Kasi. Po pierwszych wzbogaciłam się o 4 kostki wspaniałego mydła lawendowego. Tym razem mój zapas mydła powiększył się wielokrotnie, szczególnie, że w warsztatach uczestniczyłam razem z córką Julką. 5 godzin intensywnej pracy, z małą przerwą na poczęstunek. Kasia jest mistrzynią przekazywania wiedzy, a przy tym doskonałym praktykiem. Jest do bólu szczera w swoich ocenach i wyrażaniu opinii, posiada wszechstronną wiedzę, a przy tym potrafi zarazić uczestników szkoleń swoją pasją.

Na warsztatach zrobiłyśmy 5 mydeł:
  1. Mydło nagietkowe z masłem shea, płatkami nagietka i płatkami owsianymi
  2. Mydło borowinowo-sosnowe o cudownym leśnym zapachu powstałym z mieszaniny olejku sosnowego, jodłowego i pichtowego
  3. Kolorowe mydło z masłem kakaowym i olejem rycynowym, z dodatkiem naturalnych barwników
  4. Mydło lawendowe dwukolorowe (fioletowo-białe), z nawilżającym mleczanem sodu
  5. Pielęgnujące mydło potasowe – przypominające z wyglądu konfiturę morelową, po myciu pozostawiające skórę miękką i natłuszczoną.

W sumie do domu przywiozłyśmy prawie 5 kg mydła zapakowanego w oryginalne formy oraz słoiki. Za kilka tygodni pierwsze testy! A w międzyczasie pojawiło się kolejne zapotrzebowanie – tym razem na mydło do golenia w kostce dla męża ;) 

Więcej o mydłach Kasi na jej BLOGU >>>   






wtorek, 13 lutego 2018

Weterynarz sadzi... lasy w słoiku

Weterynarz lubi nowe wyzwania. Wydawałoby się, że trudno znaleźć dziedziny, w których nie maczałam palców. Ale muszę przyznać, że mam od lat poważną piętę achillesową – kwiatki. Regularnie podejmuję próby założenia ogródka i hodowania roślin. Najlepiej mi poszło z cebulą w doniczce – na jej szczęście została zjedzona, zanim zdążyła zwiędnąć. Chęci są, a ręki do zielonego niestety brak. 

Pomna mojej słabości postanowiłam, że czas na kolejne podejście do zielonego. Na stronie myślenickiego MOKiSu znalazłam informację o warsztatach hodowania... lasu w słoiku. Miało być łatwo, efektownie i bezproblemowo. Do tego wizja pięknego słoja z kolorową zawartością, który podbije serca klientów Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Hmmm... kuszący pomysł. Zapisałam się na warsztaty razem z córkami. Córki początkowo protestowały, bo w tym wieku myśli się o chłopakach, imprezach, strzelaniu i wspinaczce, a nie o grzebaniu w ziemi, ale wydawszy z siebie kilka głębokich westchnień łaskawie się zgodziły na towarzyszenie nawiedzonej matce.

Warsztaty prowadził sympatyczny pan Piotr Szewczyk. Na sali czekały na nas rzędy pięciolitrowych słoików, worki z kamykami i ziemią oraz niezliczona ilość zielono-kolorowych roślin. Nasza trójeczka pilnie wykonywała kolejne etapy leśnych prac w miniaturze podsypując, sadząc i upychając. Na końcu z radością usłyszałam instrukcję dalszej pielęgnacji mojego lasu: raz w miesiącu wlać dwie łyżki wody. I od czasu do czasu pogadać ze słoikiem.


Podsumowując: polecam lasy w słoikach! Na razie, po 24 godzinach, nasze rośliny żyją i nadal pięknie się prezentują. Efektowne, nadają się na prezent i ozdobę, a przy tym bardzo proste w produkcji i obsłudze. Będąc w THERIOSie zapytajcie, jak się mają nasze słoiki i może zaprzyjaźnicie się z ich mieszkańcami?  

 

piątek, 12 stycznia 2018

Jeden przypadek, dużo zdjęć rtg. Czy to potrzebne?

Przedstawiam Państwu Korę - prawie 10-letnią bernardynkę, która przestała opierać się na przedniej łapie. Dostawała różne leki, ale efektu nie było. Przyjechała do PW THERIOS na konsultację, bo kość w okolicy nadgarstka zaczęła się podejrzanie rozrastać i lekarz prowadzący zaczął podejrzewać proces nowotworowy.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że trzeba brać pod uwagę najgorszy scenariusz: nowotwór kości, tak zwany kostniako-mięsak (osteosarcoma). Ale to tylko mocne podejrzenie, konieczne jest potwierdzenie - najlepiej histopatologiczne, a przynajmniej cytologiczne. I trzeba ustalić dalszy plan. Co dalej? Czy leczenie ma sens? Co możemy zyskać decydując się na leczenie?

Po pierwsze: zrobiliśmy zdjęcia rtg nadgarstka. Radiologicznie obraz odpowiada kostniako-mięsakowi. Decyzja o biopsji kości. Dzięki zdjęciu wiemy, że liza kości dotyczy dalszej nasady kości łokciowej - cenna wskazówka lokalizacyjna. Okolica jest mocno spuchnięta i nakłuwanie "na ślepo" może skutkować nietrafionym bioptatem. 



Materiał pobrany - kostny walec najpierw ląduje na szkiełkach, gdzie po odciśnięciu do badania cytologicznego przenoszę go do formaliny, w której powędruje do Wrocławia do patomorfologa. Cytologia potwierdza podejrzenie, można wstępnie porozmawiać z właścicielami o propozycjach leczenia. A propozycje nie są optymistyczne: Korę czeka amputacja łapy i potem chemioterapia. Od razu nasuwa się pytanie: czy 75-kilogramowy pies będzie w stanie biegać na 3 łapach? Do tego potrzebne jest kolejne zdjęcie rtg, dzięki któremu ocenimy stan stawów biodrowych naszej pacjentki. Uffff, na szczęście jest nieźle. Jak na prawie 10 letnią bernardynkę jest nawet doskonale. 




Kolejne pytanie: co zyskujemy wykonując tak okaleczający zabieg? Czy leczenie będzie skuteczne i jak wiele życia podarujemy Korze? Tą odpowiedź, przynajmniej częściowo, da nam kolejne zdjęcie - klatki piersiowej. Obecność przerzutów rokuje źle, "czyste" radiologicznie płuca dają szansę na rok, a może nawet na 2 lata szczęśliwego życia. I tutaj mamy kolejny powód do radości – płuca są czyste! 


Teraz musimy poczekać na potwierdzenie histopatologiczne i właściciele staną przed trudną decyzją o dalszym postępowaniu. Tak, czy inaczej czeka ich "burza mózgów", ale jakże będzie łatwiejsza, gdy mają pełen obraz sytuacji, niż gdyby musieli decyzje podejmować na oślep...


Kora prosi o dużo dobrych myśli, bo ważą się jej losy <3 

czwartek, 5 października 2017

Uzależnieni od szkoleń... Kwalifikowany kurs pierwszej pomocy.

Są ludzie, którzy ciągle muszą się szkolić i nabywać nowe umiejętności. Lubią to, ale też ciągle czują niedosyt wiedzy. Jestem jedną z takich osób. Człowiek uczy się przez całe życie. Najgorzej, jak powie: wiem wszystko, mogę się zatrzymać, sięgnąłem szczytu. Moim zdaniem to najgłupsza rzecz, jaką można powiedzieć. Nawet w okrojonym zakresie: jestem dobry w jeździe konnej, umiem już gotować, znam się dobrze na onkologii / nauczaniu / motoryzacji, wiem wszystko o dzieciach. Jak słyszę takie stwierdzenie, to więcej słyszeć nie muszę, kończę rozmowę. Chyba, że mam zły dzień i mam ochotę dać takiemu komuś prztyczka w nos. Wtedy drżyjcie zarozumialcy! W najlepszym wypadku będzie to krótki docinek, którego być może nawet nie zauważycie. W najgorszym przydługawy monolog z elementami moralno-filozoficznymi.

Tyle wstępu. Teraz czas na konkret. W dniach 27.09. - 1.10.2017 miałam przyjemność uczestniczyć w zorganizowanym przez Fundację Byłych Żołnierzy i FunkcjonariuszySił Specjalnych SZTURMAN szkoleniu z kwalifikowanej pierwszej pomocy. Dzięki współpracy z firmą REMEX Michała van der Coghena szkolenie prowadzone było w najwyższych standardach – nie tylko merytorycznych, ale też dydaktycznych. Uczestnikami była głównie młodzież z organizacji proobronnych. Osoby z wyższym numerem PESEL mogły się szkolić jako opiekunowie grup. I w takim charakterze autorka tekstu występowała.

Dzień pierwszy.
Teoria. Góra wiedzy podana z prędkością karabinu maszynowego. Pierwsze wrażenie: olaboga! Toż to nie do opanowania! Te wszystkie zagrożenia, objawy, procedury postępowania przyprawiły nas o zawrót głowy. Spać poszłam pełna obaw, czy jestem w stanie ten kurs zaliczyć...

Dzień drugi.
Praktyka. Podbierak, nosze, pozycje bezpieczne, opatrunki podciśnieniowe, udrażnianie dróg oddechowych, tlenoterapia, zakładanie kołnierza usztywniającego. A na deser psycholog. Spotkanie z panią psycholog było z pozoru niepotrzebną stratą czasu. W praktyce przyniosło sporą dawkę refleksji. Tam zaliczyłam pierwszą dużą porażkę. Miałam zająć się dziewczyną ze złamaną nogą. Przeciwko sobie miałam grupę gapiów, których zadaniem było zachowywanie się jak na gapiów przystało, czyli przeszkadzanie, dobre rady, zdjęcia z połamańcem i zero pomocy. Mimo tego, że była to zabawa, nie byłam w stanie zebrać myśli, żeby zaproponować mojej poszkodowanej coś logicznego. To był ważny i niezwykle cenny element szkolenia ratowniczego.

Dzień trzeci.
Praktyka. Transport rannego, wyciąganie rannego z samochodu, resuscytacja w różnych konfiguracjach, m.in. resuscytacja pod kontrola komputera: ocena prawidłowości ucisku na klatkę piersiową (łącznie z ustawieniem dłoni!) i sztucznego oddychania (częstotliwość, głębokość wdechów i drożność dróg oddechowych), badanie podstawowe poszkodowanego z urazem i nieurazowego, „szybka piątka”, wywiad SAMPLE, resuscytacja dzieci i niemowląt, sprzętowe udrażnianie dróg oddechowych, kwalifikacja i obsługa defibrylatora oraz kolejne elementy bezpiecznego transportu. Niewątpliwą atrakcją były zadławienia – dzięki sprzętowi dydaktycznemu uczestnicy nie tylko ćwiczyli, ale też dobrze się bawili ;) Popołudniu triage i próbne testy. Kolejna porażka – 22 punkty na 30 możliwych. Jakbym pisała test tego dnia, to egzamin byłby w plecy... 

Zerknijcie na film na końcu - jedna ze scenek ze szkolenia :) 

Dzień czwarty.
Stopniowe zbieranie nabytych umiejętności w całość. Przygotowane przez instruktorów scenki (z udziałem samych uczestników) wprawiły mnie w sporą depresję. To, co wydawało się początkowo proste, w pośpiechu i stresie okazało się niewykonalne. Tym sposobem nie dość, że zaliczyłam jedną swoją śmierć, to jeszcze umarła dwójka moich fikcyjnych dzieci. Przykre było to, że i tak należało mnie na śmierć skazać, ale przynajmniej moje geny w postaci potomstwa by ocalały... A tak ocalał tylko mój mąż, który w zasadzie nie wymagał jakiejś szczególnej pomocy. Sytuacja pokazała, że wiedza to nie wszystko, ważne jest również korzystanie z własnego mózgu. Kolejne akcje zakończyły się większym sukcesem i ofiar śmiertelnych udało się uniknąć.
Po obiedzie wałkowaliśmy zakładanie opatruków i hipotermię.
Nocka co poniektórym minęła na powtórce materiału przed niedzielnymi egzaminami.


Dzień piąty.
Przed obiadem szkolenie, szkolenie, szkolenie... Postępowanie z poszkodowanym na motorze (jako fantom, któremu zdejmowano kask po wypadku zrozumiałam określenie „przeszczep” dotyczący wariatów na motorach szalejących po naszych drogach), tamowanie krwotoków i zawsze na czasie resyscytacja z AED.
Popołudnie minęło pod znakiem egzaminów. Osobiście była tak wyczerpana, że stres uleciał i już mi było wszystko jedno, czy zdam, czy nie. Ciężar wiedzy i doświadczeń był potężny i jedno, czego byłam świadoma to fakt, że ten kurs to dopiero początek. Trzeba to wszystko jeszcze raz przemyśleć, przećwiczyć i używać ile się da. Oby nie było potrzebne, ale z drugiej strony, jak coś gdzieś się wydarzy, to wiem co robić.
Egzamin zaliczylam w tempie ekspresowym. To był mój najszybszy w życiu egzamin, bo też ratownik musi działać szybko. Pytania o udar mózgu, wstrząs i resuscytację kobiety w ciąży, potem stanowisko z fantomem, który dostał zawału, szybka segregacja poszkodowanych w wypadku masowym i założenie opaski uciskowej na kwawiącą nogę. Zanim się zorientowałam, już byłam po egzaminie. Ufff...


Jak widać szkolenie było bardzo intensywne i wręcz naszpikowane sytuacjami, w którymi każdy z nas może się na co dzień spotkać. Ile razy przejeżdżaliśmy koło wypadku i z obawy przed swoją niewiedzą nie zatrzymaliśmy się, żeby pomóc poszkodowanym? Ile razy z daleka zarejestrowaliśmy gdzieś na horyzoncie nieprzytomną osobę, wokół której gromadzili się gapie? Moi koledzy kiedyś zaaranżowali udawaną akcję kradzieży torebki starszej pani. Ciekawi byli reakcji ludzi. Niestety... reakcji nie było. Cudza torebka, cudzy problem. Złamane ręce i nogi, zasłabnięcia, pogryzienia przez psy, upadki z roweru, podtopienia, stłuczki samochodowe, obite głowy, czy popularne krwawienie z nosa. Nie ma osoby, która nie miała z jakimś mniejszym lub większym wypadkiem do czynienia. Czy wiesz, co w takich sytuacjach robić? W mojej pracy jako lekarza weterynarii dość regularnie zdarzają się omdlenia, czy pogryzienia. Kurs uświadomił mi, jak mało na temat pierwszej pomocy wiedziałam. Moje roczniki nie miały okazji uczyć się podstaw ratownictwa w szkole. Ale z moich obserwacji młodzież, która brała udział w szkoleniu też w niektórych sytuacjach była bezsilna. Moim zdaniem taki kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy powinien być obowiązkowy (łącznie z egzaminem państwowym!) dla każdego pełnoletniego Polaka. Zakres wiedzy nie jest aż tak duży, a potencjalne korzyści – dla nas, dla naszych najbliższych i dla każdego, kto w pobliżu nas ulegnie kontuzji bezcenne.  

A w tle... Piękne jezioro Posmyk, świniodziki, jelenie, kaczki, gęsi, śpiące na drzewach pawie i kot Kebab... To był dobry czas :D 
  


piątek, 15 września 2017

Czy pies może chorować na celiakię i jak to jest z tym glutenem?

Didi trafiła do Przychodni THERIOS na początku maja tego roku. Jest uroczą 11-letnia sunią rasy pekińczyk. W marcu straciła wzrok. Konsultacje u okulisty i neurologa nie wykazały nieprawidłowości. A pacjentka nadal nie widziała… Do tego doszły kolejne objawy: osłabienie i dziwne ataki, w czasie których sunia traciła przytomność i leżała nienaturalnie wygięta. Wykonano szereg badań, które właścicielom i lekarzom podniosły włosy na głowie: skrajna niedoczynność tarczycy, niewydolność wątroby, silna niedokrwistość. Wszyscy rozłożyli ręce i stwierdzili, że pozostaje tylko jedno: wyjazd do Myślenic. W THERIOSie usg wykazało rzadki problem – hiposplenizm, czyli zmniejszoną śledzionę, lekkie zapalenie trzustki, niedobór żelaza i kwasu foliowego i kamicę pęcherza moczowego. Lekarze Przychodni Weterynaryjnej THERIOS stanęli przed trudnym zadaniem: jak połączyć te wszystkie objawy? Przeczucie mówiło, że musi być jakiś wspólny mianownik. To była prawdziwa burza mózgów, zupełnie jak w serialu Dr House – wykluczanie, analizowanie, dopasowywanie. W końcu ostał się jeden potencjalny winowajca: gluten. Doktor Maja jako główne leczenie zaleciła dietę bezglutenową. Dodatkowo stopniowo ograniczona została dawka sterydu.

Po 5 miesiącach od pierwszej wizyty Didi czuje się bardzo dobrze. Ataki ustały, czerwone krwinki ustabilizowały się. Niestety wzroku nie odzyskała, ale przyzwyczaiła się do swojej ślepoty i przy każdej wizycie aktywnie wizytuje wszystkie kąty w THERIOSie. Przyzwyczaiła się też do nowej diety, chociaż czasami zdarza się jej jakieś małe „przestępstwo” w postaci niedozwolonej przegryzki. I wtedy choroba przypomina o sobie, ale już nie w takiej formie jak na początku.

Nietolerancja glutenu jest rzadką przypadłością u dorosłych psów, częściej natomiast spotyka się ją u psów młodych, szczególnie wybranych ras (np. seter irlandzki, samojed, irlandzki terier pszeniczny). U ludzi mówi się o celiakii, która jest szeroko opisywana. Są nawet specjalne sklepy z żywnością bezglutenową. 


Czym jest zatem gluten? Jest to białko, które występuje w pszenicy, jęczmieniu, życie i owsie. Powoduje różnego rodzaju rekcje alergiczne, problemy żołądkowo-jelitowe i zaburza wchłanianie innych składników z pokarmu. Niestety nie ma żadnego specyficznego testu, który może potwierdzić lub wykluczyć nietolerancję glutenu. Diagnostyka polega na dokładnym wywiadzie oraz badaniach dodatkowych, które mają na celu wykluczenie innych potencjalnych przyczyn. Najlepszym potwierdzeniem trafnej diagnozy jest poprawa po wprowadzeniu diety bezglutenowej, jednak na efekt trzeba poczekać nawet kilka tygodni.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Bo psy są wszędzie...

 Weterynaryjna córka ostatnio stwierdziła: Mamo, czy ty, jak widzisz na ulicy psa, to musisz do niego gadać? Zastanowiłam się przez chwilę. No tak... to nie jest normalne. Zaczepianie psów i ich właścicieli znacznie ograniczyłam, ale nadal mi się to zdarza. A w związku z ostatnią pasją strzelecką widuję zdziwione spojrzenia ludzi, jak widzą starszą panią ubraną w mundur, która w przerwie między elementami musztry, czy jakiegoś szkolenia zagaduje: Ooo, jaki fajny foksik, w jakim jest wieku? Czy zachowuje się jak PRAWDZIWY foks? Bo ja mam takiego pacjenta, też foksterietr, ma 14 lat i do tej pory nie wydoroślał... Taki mniej-więcej dialog prowadziłam ostatnio pod Pomnikiem Cichociemnych w Warszawie, przed postawieniem posterunku honorowego przez Strzelców Rzeczypospolitej i złożeniem znicza. Córka wywróciła oczami i skomentowała moje zaczepki.

Będąc z kolei z dzieciakami na wakacyjnym obozie wojskowym w garnizonie w Bolesławcu przez moje życie przewinęły się dwa psy: jedna owczarzyca (niestety nie pamiętam imienia...) należąca do Komendanta Jednostki Poszukiwawczo-Ratowniczej „Baryt”, która zawojowała serca wielu uczestników szkolenia strzeleckiego. 


Druga to sunia o militarnym imieniu Beryl, mała sznaucerka, która przeszła ze Strzelcami całe szkolenie, niejednokrotnie dając się wszystkim we znaki. Beryl, jak to mały psiak, miała zwyczaj straszenia swoimi zębiskami, więc dużej sympatii nie zdobyła, jednak na pewno pozostanie na długo w pamięci obozowiczów. Została nawet uwieczniona w jednej z piosenek, którymi młodzież umilała sobie sobie codzienną poranną 3-kilometrową zaprawę. Niestety, ze względu na niezbyt cenzuralne słownictwo nie przytoczę słów piosenki...