piątek, 5 lutego 2016

Wysiadywania dzień 3... Pierwsza prezentacja

... czyli co powinno mieszkać w moich jajkach.

Wysiadywanie przebiega zgodnie z planem. Za 4 dni pierwsze prześwietlanie!
Czas na przedstawienie wybranych przez mnie ras.


Po pierwsze: APPENZELLER

Stara szwajcarska rasa czubatek, a do tego mają charakterystyczny grzebień, który nadaje im nieco diabli wygląd. Typowa rasa górska odporna na trudne warunki klimatyczne. Podobno są piękne i ruchliwe, stąd zaleca się dla nich dużą wolierę. Występują w kilku odmianach barwnych, z których najpopularniejsze to: czarna, niebieska, czarna srebrna nakrapiana i złota czarna nakrapiana. Maluchy mają po wykluciu takie śmieszne irokezki na głowach. Dorosłe mają małe główki z rosnącym do przodu czubem. Nie są duże (kura 1,2-1,5 kg, kogut 1,5-1,8 kg), jajka białe, ważą ok. 55g.


Po drugie: AUSTRALORP, zwany przez mnie australopitekiem.

Jak nazwa sugeruje, kura ta pochodzi z Australii, a wśród jej przodków wymienia się... czarnego orpingtona. Poza egzotyką nazw reszta jest jak najbardziej przyziemna. Australorpki są bardzo dobrymi nioskami (do 260-280 jaj rocznie). Są dość duże (kura do 2,0-2,5 kg, kogut do 3,0-3,5 kg). Niechętnie latają i mają przyjazne nastawienie do ludzi. Podobno są bardzo komunikatywne. Są hodowcy którzy twierdzą że "na ręce się nie garną, ale z ręki jedzą". Najczęściej występujący kolor to czarny, rzadziej biały i niebieski łuskowany.


Po trzecie: LEGHORN

Leghorn to jedna z najpopularniejszych niosek. Włoszka zmodyfikowana w USA, a więc aspekt patriotyczny leży... Mała kurka, ale baaardzo jajeczna. Zjada ok. 40% paszy mniej niż koleżanki z branży, a znosi nawet do 300 jaj rocznie. Jajka ważą ok. 63g (inne źródła podają 55g) i są białe. Niepokoi mnie stwierdzenie, że nadają się do chowu wielkotowarowego. A zielona trawka? Takie białe na zielonym byłoby niezwykle malownicze. Niektórzy hodowcy na różnych forach podkreślają wybitnie użytkowy walor, pomijając efekt wizualny. Ale popatrzcie sami, czy nie są to ładne kurki?


Po czwarte: ZIELONONÓŻKA
Ale to temat na osobny artykuł. Już wkrótce!


czwartek, 4 lutego 2016

Zamiast wysiadywania... pączki ;)

Pączki przed
Wysiadywania dzień drugi. W sumie to, co w dniu pierwszym, czyli obracanie jajek, kilka akcji obronnych przeciwko małym urwisom, kontrola temperatury i wilgotności i tyle. Za to działo się sporo w najbliższym sąsiedztwie jajecznego gniazda. Robiło się kilka eksperymentów, jedne bardziej udane, inne... mniej...

Eksperyment nr 1: sok z rzepy i jabłek. Nieudany. Najlepiej jak najszybciej o nim zapomnieć. Już wiem, dlaczego lepiej rzepą myć włosy, zamiast ją pić.

Eksperyment nr 2: domowa mozarella. Wszystko byłby o.k., ale w trakcie pierwszego podgrzewania mleka umarł termometr żywnościowy i temperatura była określana organoleptycznie. Jednak organoleptyczne rozpoznanie temperatury dokładnie 31oC, 42oC i 85oC jest trudne. Efekt eksperymentu ocenimy jutro ;)

Eksperyment nr 3: na pocieszenie po pierwszej porażce został wyciśnięty sok skazany na sukces, czyli ananas + gruszka + mięta + truskawki. Polecam! Bez względu na proporcje zawsze będzie pyszny.

Pączki w trakcie 
Eksperyment nr 4: domowe pączki. Obowiązkowe, bo dzisiaj jest Tłusty Czwartek. Ten eksperyment to nie do końca eksperyment, bo przepis został wielokrotnie sprawdzony (Mistrz Łebkowski - polecam!), ale zastosowałam nową konfiturę z róży. Niestety kupną, bo pracowicie produkowana w lecie domowo-ogródkowa została zneutralizowana. Pierwszy słoiczek pożarł mój mąż dnia pierwszego po zrobieniu, a drugi zginął tragicznie rozbity przez tegoż samego winnego. Trzeciego słoika nie było, bo krzaczki róży były zbyt młode, żeby urodzić więcej kwiecia. Konfitura kupna zaspokoiła moje oczekiwania i pączki zostały pochłonięte niezwykle szybko i do zera. Jutro kolejne podejście, tym razem dla myślenickich zuszków. Ma być przynajmniej 30 ;)

Pączki po


środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień 1

24 godziny minęły. Nadszedł czas nasadzania. Kurczęta nie będą miały szczęścia posiadać prawdziwej piórzastej mamy, tylko mamę zastępczą: plastikową. Przez najbliższe 3 tygodnie będą sobie mieszkać w swoich jajkach w wentylowanym, grzanym i nawilżanym plastikowym pudle. Wentylator śpiewać im będzie kołysanki, a ja... pewnie będę ratować im kilka razy dziennie życie przed małymi opiekunami w postaci Błażeja i Mikołaja. Mąż weterynarz wprawdzie pogodził się z myślą, że rodzina nam się znowu powiększy (po milionie dżdżownic to w sumie niewielka liczba), ale wyraził obawę, że przy tak ruchliwych i hałaśliwych niańkach jak chłopaki Ingarden, kurczaki urodzą się zestresowane, a może nawet wściekłe. I trzeba koniecznie znaleźć jakieś wyjątkowo ciche i spokojne miejsce. I znaleźliśmy - za najbezpieczniejszy został uznany blat kuchenny... Przynajmniej na widoku, z możliwością stałej kontroli całego towarzystwa ;)

Wysiadywania dzień zerowy

Weterynarz wpadł na pomysł, że samodzielnie będzie wysiadywać jajka. Wszystko ku zgrozie jednej części rodziny i radości drugiej. Mąż, też weterynarz, załamał ręce i próbował się oprotestować, jednak bezskutecznie. Uległ jak zawsze ;)
Wysiadywanie jajek składa się z kilku etapów i wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze, trzeba podjąć trudną decyzję, po co chcemy wysiadywać jajka. Czy chodzi o więcej kur, więcej tuszek, więcej jajek, czy po prostu więcej frajdy. Decyzja dla miłośnika zwierząt niezwykle trudna. Ale rodzina oprócz dóbr duchowych (czyli wysiadywanie dla frajdy) krzyczy jeść, a domowa kurka i domowe jajko są dla dzieci zdecydowanie zdrowsze niż plastikowe, nafaszerowane chemią produkty dostępne w sklepach. Na razie numerem jeden jest frajda, w drugiej kolejności jajka, a potem... zobaczymy.
Przygotowania rozpoczęły się już kilka miesięcy temu. Weterynarz nafaszerował się potężną dawką wiedzy i zrobił pierwszy krok: zamówił inkubator i owoskop. Inkubator, jak nazwa głosi służy do inkubacji, czyli wysiadywania jajek. Owoskop to odpowiednik usg u ludzi: kontrola rozwoju małej istotki, która mieszka wewnątrz.
Kolejna decyzja: kiedy i jak. Serce krzyczało, żeby jak najszybciej, rozsądek kazał czekać. Zwyciężył rozsądek. Do tematu wróciliśmy w styczniu. Najlepszym miejscem do poszukiwania jajek dla takiego ignoranta w temacie wysiadywania jak autorka tekstu zostało... allegro. Klik „jajka” w dziale Dom i Ogród > Żywe zwierzęta wykazał duże bogactwo ofert. Po długich rozmyślaniach wybór padł na jajka zielononóżek z certyfikatem pochodzenia. Zielononóżka była wyborem oczywistym, bo weterynarz ma ciągoty patriotyczne, a trudno o bardziej patriotyczną kurkę niż zielononóżka. Ale... Właśnie, najgorsze jest zawsze to nieszczęsne „ale”. Ale hodowca zażądał kontaktu telefonicznego przez zakupem. No to zadzwoniłam. Pan był bardzo miły i bardzo ekspresyjnie opowiadał o swoich kurkach, jajkach i wysiadywaniu. W efekcie zamiast 10 jajek kupiłam ponad 30, w tym nie tylko patriotyczne zielononóżki, ale też jakieś inne, bardziej egzotyczne. Są też takie, które mają wyglądać jak wcielone diabły, z grzebieniami w kształcie diablich rogów i rosochatą czupryną... Rasy będę przedstawiać stopniowo w kolejnych dniach, żeby wypełnić nudne oczekiwanie na wyklucie ;)

Jajka zostały przywiezione przez kuriera i odłożone na 24 godziny w temperaturze pokojowej, w spokojnym miejscu. W tym czasie uruchomiliśmy inkubator, żeby ustabilizować temperaturę i wilgotność. Jutro kolejny etap, czyli... dzień pierwszy wysiadywania :D 


  

czwartek, 28 stycznia 2016

"Czy to moja wina?"

Wielu właścicieli naszych pacjentów dowiadując się o poważnym stanie swoich pupili pyta, jak to możliwe, że przeoczyli tak zaawansowane zmiany... Wyrzucają sobie, że zawalili, nie sprawdzili się jako właściciele, zaniedbali... Owszem, wiele razy dochodzi do przeoczenia, czy zbagatelizowania pierwszych objawów. Ale często pierwsze objawy pojawiają się w bardzo zaawansowanym stadium choroby. Czasami dopiero pęknięcie guza śledziony daje objawy osłabienia i złego samopoczucia, a przerzuty do płuc wpływają na oddychanie jak już większa powierzchnia płuc jest chora. Można działać profilaktycznie, wykonując okresowe badania przeglądowe, szczególnie u dorosłych i starszych psów. Ale niektóre nowotwory mogą rozwinąć się w kilka tygodni i wcześniejsze badanie może ich nie wykazać.

Przypadkiem takiego "przeoczenia" jest nasz pacjent, którego historię chciałam przybliżyć. Jest to 9-letni golden retriever. Grzeczny, zakochany w swojej właścicielce, zadbany, dopieszczany, przeglądany regularnie kilka razy w tygodniu. Tydzień temu zaniepokoiła właścicielkę obecność krwi na jedzonych kulkach. Zaglądnęła do pyska psiakowi i... oniemiała. Zobaczyła paskudną zmianę obejmującą szczękę i podniebienie miękkie. Przerażona pojechała do swojej wetki, która odesłała ją na konsultację do onkologa, dr Mai Ingarden do Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Na podstawie badania klinicznego i cytologicznego pani Doktor postawiła wstępne rozpoznanie zmiany nowotworowej, przypuszczalnie włókniakomięsaka. Pobrane zostały wycinki do badania histopatologicznego. Ostateczne rozpoznanie pozwoli ustalić dalsze postępowanie: operacja, czy opieka paliatywna...


Zastanawiają się Państwo, jak to możliwe, że właścicielka wcześniej nie zauważyła taka dużej zmiany. Możliwe? Niestety, możliwe. Jako właścicielka psów wiem, że dobrze widać to, co jest na dole, a rzadko kiedy widzimy podniebienie twarde, szczególnie u ruchliwego i radosnego psa. Na pewno zaniepokoić nas powinien przykry zapach, mlaskanie, trudności z jedzeniem, czy kropelki krwi widoczne na języku. Wiele zmian w jamie ustnej zostaje zauważonych w trakcie czyszczenia zębów u naszych pupili, ale wielu właścicieli nie używa tradycyjnych psich szczoteczek, tylko stosuje preparaty czyszczące w postaci smakołyków, czy dodatków do wody. Jedynym rozwiązaniem jest dokładne planowe przeglądanie psa, na przykład raz w miesiącu. Skóra, jama ustna, uszy, łapy. Warto przyglądnąć się w trakcie jedzenia i spaceru. Czy nie ma problemu z kupą, czy oddaniem moczu? Czy szybciej się męczy? Utyka? Często odpoczywa? Nie bawi się tak chętnie jak wcześniej? Właściciel najlepiej zna swojego psa / kota i najłatwiej mu wyłapać niepokojące objawy, które w trakcie wizyty u weterynarza mogą być niezwykle istotne.  


wtorek, 19 stycznia 2016

Światówka... z przymrużeniem oka.

W weekend 16-17 stycznia 2016 roku mieliśmy z moim mężem przyjemność uczestniczyć w Światowej Wystawie Psów Ras Polskich, która odbyła się w Opolu. Zostaliśmy zaproszeni na nią z wykładami dotyczącymi weterynarii u gończaków (-> gończych polskich), które przez wiele lat hodowaliśmy. Tyle wstępu, teraz sprawozdanie:

Wykłady jak wykłady, było krwiście, rozrodowo i onkologicznie. Niestety, organizatorzy ostatni nasz wykład zaplanowali na przerwę obiadową. Po ogłoszeniu przerwy... rozpoczęliśmy wykład o nowotworach. Na szczęście ostała się grupa zdesperowanych, odpornych na głód, żądnych wiedzy słuchaczy. Dzięki tak zaplanowanemu programowi, jak już w końcu dotarliśmy do restauracji, mieliśmy do swojej wyłącznej dyspozycji wszystkie przygotowane dla gości stoliki i krzesła. Brakowało tylko sztućców, ale w końcu znalazły się i te. Przeżuliśmy zimne resztki pozostawione przez stołowników i poszliśmy pozwiedzać stoiska rozstawione w głównej sali. Utknęliśmy na pierwszym, poświęconym Stowarzyszeniu Miłośników Gończego Polskiego. Miło było spotkać grupę prawdziwych pasjonatów rasy. Po odbyciu weterynaryjno-hodowlano-politycznych dyskusji postanowiliśmy udać się do naszego hotelu, żeby odpocząć przed kolacją organizowaną dla VIPów. Jeszcze po drodze umówiliśmy się "na seksik" z zaprzyjaźnioną hodowczynią (dla niewtajemniczonych: sztuczne unasiennianie, które w pewnych okolicznościach jest stosowane w hodowli psów), krótki spacer z Grynią i już pędziliśmy w kierunku wymarzonego pokoju, w którym wygodnie mogliśmy wyciągnąć nogi po całodniowych trudach.

I tutaj zaczyna się prawdziwa przygoda, której nie spodziewałam się nigdy przeżyć. Pensjonat, który został wybrany dla nas przez organizatorów, zaskoczył nas swoją niespotykaną atmosferą. Był to przerobiony barak, pamiętający czasy zgniłej komuny, ale wyposażony w wiele nowoczesnych akcentów. Pierwsze wrażenie to zapach sterylności. Taki ostry, kojarzący się z dawnymi szaletami. Nie pozostawiał żadnych złudzeń odnośnie obecności chorobotwórczych mikrobów. Wąskie schody i korytarze zaprowadziły nas na drugie piętro, do pokoju numer 44. Wygoda była rodem z pamiętników Alberta Speera, który zachwycał się architekturą więzienną jako doskonałą pod względem praktycznym: wszędzie blisko, wszystko na wyciągnięcie ręki. Zostaliśmy ulokowani w pobliżu łazienki i kuchenki, miejsce uprzywilejowane, szczególnie biorąc pod uwagę, że do naszego kąta przypisani byli też mieszkańcy pozostałych pokoi na piętrze. Wylanie wody do zlewu wymagało tylko otwarcia drzwi i wyciągnięcia niezbyt daleko ręki. Z czajnika nie odważyłam się skorzystać. Myślę, że wszyscy mieszkańcy piętra byli selekcjonowani pod względem obwodu, ponieważ osoba przekraczająca w pasie 100 centymetrów miałaby duży problem, żeby dostać się do toalety, nawet bokiem.

W pierwszym odruchu przyszło mi na myśl dużo niecenzuralnych określeń. Ale z mężem pocieszyliśmy się myślą, że złe wrażenie zostanie zatarte uroczystą kolacją, na którą zostały zaproszone wszystkie VIPy Wystawy. No, prawie wszystkie. Wybrane osoby, które jednocześnie były wystawcami psów, musiały być nocą izolowane. W dzień nie, ale noc jest w pewnych kręgach kojarzona z tajemnicą i nieczystym knowaniem, więc izolacja była konieczna. Na kolację przegryźliśmy rollsy w niedalekiej knajpce i wróciliśmy do naszego przybytku.

Drugie podejście już nie było tak zaskakujące jak pierwsze. Nadeszły refleksje. Przypomniały mi się opowieści mojej Mamy o hotelach robotniczych z lat 70-tych. Prosty styl, same praktyczne rozwiązania. Praktyczna była nie tylko bliskość ważnych pomieszczeń. Grubość ścian zapewniała pełną integrację z pozostałymi mieszkańcami. Wystarczyło, że jedna osoba włączyła telewizorek (takie zabawne małe monitorki przypominające obrazki), a wszyscy mieszkańcy mogli śledzić bieżące wydarzenia w Polsce i na Świecie. Jedna osoba kichnęła, a wszyscy życzyli jej sto-lat. W nocy całe piętro kibicowało lokatorowi, któremu zapewne zaszkodziła kolacja. Jak w końcu wydusił co miał do wyduszenia, to brawa nie rozległy się zapewne tylko dlatego, żeby nie krępować ofiary którejś z opolskich restauracji. W nocy typowałam płeć osób korzystających z toalety i stan prostaty u panów na podstawie odgłosów wydawanych przez strumień moczu. Nad ranem, zanim odważyłam się wytrzeć nos, zakopałam się głęboko w pościeli, żeby nie prowokować okrzyków współczucia. W końcu zasnęłam, ale nie na długo, bo Gryni, towarzyszącej nam gończej, zebrało się na pieszczoty i postanowiła... wylizać mi stopy, a potem twarz. Jak tylko poczułam zimny jęzor na moich nogach i zobaczyłam wlepione we mnie smutne ślepia, westchnęłam i powlokłam się z suką na spacer. Po drodze spotkałam jeszcze wielkie gołe brzuszysko, na końcu którego przyczepiony był jakiś mocno owłosiony facet. Łypnął na mnie groźnie, więc tylko przyspieszyłam kroku. Gwoli uzupełnienia: nie, nie było to na naszym piętrze, tylko piętro niżej, gdzie korytarz był nieco szerszy. U nas nie miałby szans...

Niedziela była pełna emocji wystawowych i sprawozdawczych. Wielu znajomych pozazdrościło nam tej pełnej przygód nocy, choć znaleźli się tacy, którzy przebili nasz "pensjonat" domkiem z dziurą w ścianie, przez którą można było stukać się kieliszkami przy wznoszeniu toastów.

Na ringu udało się nam nie wygrać, dzięki czemu mogliśmy nie czekając na koniec Wystawy ruszyć w stronę domu. Po drodze zajechaliśmy do starego przyjaciela Stasia, który uraczył nas wspaniałym domowym obiadem. Hitem była sałatka z czarnej rzepy, warzywa nieco zapomnianego, ale jednego z ulubionych z czasów mojego dzieciństwa.

W drodze powrotnej przeglądając katalog wystawowy wspominaliśmy weekendowe atrakcje.
Na pewno Światowa Wystawa Psów Ras Polskich w Opolu 2016 na długo pozostanie w naszych sercach ;) 




poniedziałek, 18 stycznia 2016

Weterynarz po godzinach... wyciska ;)

Aniołek w tym roku był hojny i zostawił pod choinką... wyciskarkę. Pewnie usłyszał o próbach wprowadzenia na dużą skalę zdrowej żywności. Prawdziwe jajka od prawdziwych kur, zielenina na parapecie, domowe pieczywo z wymyślnych zbóż, kiełki, domowe przetwory mleczne, domowy majonez... Brakowało domowej surowizny, tak ważnej w zimie. Aniołek pokombinował, pokombinował i... dostarczył prosto pod pachnącą bożonarodzeniową choinkę najprawdziwszą wyciskarkę soków. Od tego pamiętnego dnia w naszym domu zapanowała istna sokomania. Codziennie wyciskany jest inny sok. W wyciskarce ląduje spontanicznie komponowana aktualna zawartość lodówki i spiżarki. Jednego dnia dominują warzywa, a drugiego owoce. Czasem sok przybiera postać koktajlu, a czasem mlecznego deseru. Mleko też wyciskamy: z migdałów i orzechów. Szczególną miłością do wyciskarki zapałały najmłodsze latorośle weterynaryjne, Błażej i Mikołaj. To oni codziennie niecierpliwie czekają na swoje pięć minut przy wyciskarce.

Genialną inspiracją składu soków są cztery książki: "Wielka księga soków", Terapia sokowa", "Koktajle" i "Zsokowani". To dzięki nim dowiedziałam się, że soki to nie tylko marchewka, jabłko i pomarańcza. To również buraki, kiełki, pataty i... trawa pszeniczna. Stoisko warzywne w naszym lokalnym supermarkecie stało się moim obowiązkowym przystankiem w czasie zakupów.

Ze względu na nową pasję czytelnicy bloga będą mieli okazję poznać moje co ciekawsze eksperymenty sokowe. Na przykład dzisiaj:

5 pomarańczy
5 małych jabłek (polskich!)
1 dość duży patat
1/2 pęczka natki pietruszki
1 ogórek
kawałek czerwonej kapusty


Brzmi dziwnie, prawda? Ale zapewniam szanownych Czytelników, że końcowy efekt smakowy jest zaskakujący. Orzeźwiający, słodkawy, pełen wyrazu, jednym słowem: niebo-w-gębie. Na pewno jeszcze nie raz skorzystam z tej konfiguracji :) Polecam wszystkim obecnym i przyszłym sokomaniakom!  
 

p.s. Dla zainteresowanych: za naszym pośrednictwem można kupić jedną z super wyciskarek Kuvings dostępnych na stronie. Wystarczy w PW THERIOS wypełnić formularz, który przesyłamy do firmy Med-life.