środa, 18 stycznia 2017

Czy skręt żołądka jest groźny? Historia Nestora.

Nestor jest 12-letnim wyżłem niemieckim. Mieszka w ogrodzie, a w chłodniejsze dni nocuje w ogrzewanym garażu. Jest szczęśliwym przedstawicielem swojej rasy. Rozpieszczany przez właścicieli, którzy dogadzają mu różnymi przysmakami. Pewnego dnia postanowili wypróbować nową karmę. Nestor dostał swoją codzienną porcję jedzenia, wzbogaconą nowymi chrupkami. Zjadł i poszedł spać. Rano właściciel wypuścił psa do ogrodu, ale jakiś mu się Nestor wydał dziwny. Bez życia, z dużym brzuchem. A do tego na ziemi widać było liczne pieniste ślady, jakby wymioty bez wymiotów. Po konsultacji z lekarzem weterynarii postanowił przyjechać do THERIOSa.
Już po rozmowie telefonicznej podejrzewaliśmy skręt żołądka, więc potrzebny sprzęt już czekał w pogotowiu. Na pierwszy rzut oka widać było, że sytuacja jest poważna. Przyspieszony oddech, galopujące tętno, wydłużony czas kapilarny, a do tego twardy jak kamień, powiększony brzuch. Potem nieudana próba założenia sondy do żołądka, szybkie zdjęcie rtg, morfologia i decyzja: trzeba otwierać. W ryzyku, bo stary, trwający kilka godzin skręt żołądka zawsze jest zagrożeniem życia. Właściciel – lekarz ludzki doskonale rozumiał powagę sytuacji. 

Żołądek wypełniał całą jamę brzuszną i był tak mocno wypełniony gazem i jedzeniem, że nie było możliwości odkręcenia i upuszczenia zawartości przez sondę. Konieczne było nacięcie ściany żołądka. Dopiero potem doktor Jacek umieścił żołądek we właściwej pozycji i dodatkowo przymocował go do ściany brzucha. Niestety, ściana była wyraźnie zmieniona. Po intensywnych kroplówkach zaczęła powoli wracać do stanu prawidłowego, ale dopiero czas pokaże, czy uda się całkowicie zregenerować krążenie.
Po operacji Nestor szybko się wybudził, a pod wieczór nawet sam wyszedł na spacer. Widać, że staruszek ma wielką wolę życia. Pierwszy etap leczenia ma za sobą. Teraz przed nim kilka decydujących dni...


Komentarz lekarza weterynarii:
Skręt żołądka jest niezwykle groźną chorobą dużych psów. Przyczyny mogą być różne, ale najczęściej jest to zbyt intensywny ruch po dużym posiłku lub zmiana karmy. Są różne teorie na temat wyżej lub niżej umieszczonych misek, ale ja osobiście nie widzę żadnego związku wysokości misek z występowaniem skrętów. Większość przypadków skrętów, które trafiły do THERIOSa to zbyt szybkie wprowadzenie nowej karmy lub właśnie nadmierna aktywność, dotycząca szczególnie psów, które na co dzień nie są zbyt aktywne.

Przy ratowaniu psów ze skrętem kluczowy jest czas. Największa przeżywalność jest u psów operowanych do 2 godzin od przemieszczenia żołądka. Nieźle wygląda sytuacja do 4 godzin. Gdy skręt nastąpił przed ponad czterema godzinami, to szanse na przeżycie gwałtownie spadają.

Jak rozpoznać skręt żołądka? 
Pies staje się początkowo niespokojny, próbuje zwymiotować, ale udaje mu się wyrzucić z siebie tylko pienistą ślinę. Są to tak zwane „puste wymioty”. Dodatkowo rzuca się w oczy powiększony brzuch. Najczęściej zdarza się, że najpierw dochodzi do rozszerzenia żołądka, a dopiero później do skrętu. Jednak przy samym rozszerzeniu możliwe jest założenie sondy i upuszczenie zalegającej karmy i gazu. Do żołądka skręconego nie jesteśmy w stanie wprowadzić sondy, przez co fermentacja karmy postępuje, gazu jest coraz więcej, a do tego zaczynają namnażać się bakterie, które przez uszkodzoną, napiętą do granic możliwości ścianę dostają się do krwi i zatruwają cały organizm.

Jak pomóc psu z podejrzeniem skrętu?
Jedyna możliwość uratowania psa ze skrętem żołądka to JAK NAJSZYBSZA WIZYTA U LEKARZA WETERYNARII!!! Żołądek w miarę możliwości trzeba odbarczyć (sonda lub nakłucie ściany), potem podstawowe badania i operacja. Odkręcony żołądek chirurg przymocowuje do ściany brzucha w celu zapobiegania ponownemu przemieszczeniu. Zabieg ten nazywany jest gastropeksją. Dla pacjentów, którzy pomyślnie przeżyli operację ważna jest dalsza opieka i leczenie: ciągle są to pacjenci wysokiego ryzyka, wymagający intensywnej opieki lekarskiej.


Pamiętaj! Jeżeli u swojego psa podejrzewasz skręt żołądka, to przez wyjazdem zadzwoń do lekarza, żeby był przygotowany do działania. Czasami wystarczy przygotować sprzęt, a czasem konieczne jest zorganizowanie zespołu do pomocy, bo w pojedynkę ratowanie psów ze skrętem żołądka jest niemożliwe!  

niedziela, 15 stycznia 2017

O tym, jak weterynarz został górnikiem w Kopalni Soli ;)

Weterynarz na ogół zajmuje się leczeniem kudłatych milusińskich. Ale czasem w ramach różnych pomysłów zbiera też inne doświadczenia. Tym razem inspiracją była wizyta gości z Francji – Asi i Thibaulta, czyli [Cibo]. Poprzestaniemy na [Cibo], bo imię pisane w pięknym, aczkolwiek trudnym dla przeciętnego Polaka języku zupełnie nie odpowiada rzeczywistości, czyli imieniu słyszanemu. Goście zapragnęli zwiedzić kopalnię soli w Wieliczce. Zaglądnęłam na stronę i poczułam pewien niedosyt. Trasa turystyczna wydaje się ciekawa, ale jakoś tak trochę tchnie nudą. Szukam dalej – mój wzrok przyciągnęła trasa górnicza. Zaglądam i widzę stadko uśmiechniętych szarych ludków w pomarańczowych hełmach. Taaak, to wygląda znacznie lepiej. Aktywne zwiedzanie, niezapomniana przygoda, fascynujące spotkanie z górniczymi tradycjami i obrzędami. Jedziemy!

Naszym przewodnikiem był Przodowy Rysiek. Jak większość znanych mi Ryśków to osoba tryskająca humorem... momentami bardzo czarnym, ale taki lubię najbardziej :) Uzbrojony w górniczą laskę zarzucał nas górniczą terminologią i wprowadzał w tajniki zawodu. Nauczyliśmy się, co to jest spong, strop, ocios i sztreka. [Cibo] zaś poznał nowe polskie słowo – pierdyknąć, w znaczeniu „wysadzić w powietrze” (ścianę), „uderzyć” (kilofem) i „przybić” (pieczątkę), w zależności od potrzeby. Weterynarze zostali górniczymi cieślami i dostali za zadanie przepiłowanie kłody drewna z pominięciem palców, co proste nie było. W grupie pracował też śleper mierzący poziom metanu, dwóch tragarzy, napełniających solą zardzewiałe wagoniki i maperzy, którzy próbowali wyprowadzić nas z labiryntu korytarzy. Część trasy trzeba było pokonywać na czworakach, a część po drabinie. Zwiedziliśmy podziemną kaplicę, wsłuchiwaliśmy się w stukot końskich kopyt i ciszę kopalni oraz pozyskiwaliśmy sól. Wszystko ubarwione niesamowitymi opowieściami Przodowego Ryśka, anegdotami kopalnianymi i okolicznościowymi wierszykami. Na końcu trasy każdy z nas wykonał skok przez fartuch i złożył górniczą przysięgę. Obładowani solnym urobkiem i uśmiechnięci od ucha do ucha wyjechaliśmy na powierzchnię.


Wszystkim, których ciągnie do Wieliczki, polecam zwiedzanie aktywne, czyli trasę górniczą w szybie Regis <3






poniedziałek, 12 grudnia 2016

Leniwa sobota... czyli psy, konie, czekolada i Jasińscy

Plan na sobotę był prosty: najpierw Jasińska (Kasia), potem Jasiński (Jacek). Kasia – wykłady w Krakowie o psychologii koni, Jacek – opowieść o podróżach. Plan wydawał się dość ciasny, ale jak najbardziej realny. Tyle, że w weterynaryjnych planach zawsze coś musi pójść pod górkę. Pierwsze sygnały pojawiły się w piątek wieczorem – umówiona na wizytę rhodezjanka z podejrzeniem chłoniaka jelitowego utknęła w korku i spóźniła się o godzinę, przez co wizyta przeciągnęła się ponad plan. Potem niewinne pytanie zaprzyjaźnionej hodowczyni: czy jakby coś na randce poszło nie tak, to mogę na was liczyć?

Sobota rano. W domu góra aktualizacji na stronie internetowej, w pracy najpierw laparotomia, a potem oczywiście randka (bo oczywiście poszło nie tak...). U suni – Setki nowotwór okazał się fragmentem kanapy, który łakoma pacjentka pożarła kilka dni wcześniej. To pierwszy nowotwór, który można wyprać i wykorzystać ponownie ;) Właścicielka szczęśliwa doniosła nam dzień później, że pacjentka wróciła do świata żywych i dziękuje za pomoc.

Setka wypoczywa po zabiegu - fot. z archiwum właścicieli. 
Sobota godzina 13.00. Błyskawiczny obiad i z całą ferajną wyjazd na wykład Kasi Jasińskiej. To pierwsza część z cyklu pięciu wykładów z praktycznej psychologii koni. Wybraliśmy się na pewniaka, bo już wcześniej mieliśmy okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez Kasię. W tą sobotę zastanawialiśmy się Jak widzą nas konie? Kolejne tematy spotkań: Jak uczą się konie? Zachowania prawo- i lewopółkulowe. Koniobowości. Partnerstwo. Dużo ciekawej i praktycznej wiedzy podanej w przystępny sposób.

Sobota godzina 16.00. Wyjęczana przez dzieci wizyta w pijalni czekolady Karmello. Niewyobrażalnie zasłodzeni pognaliśmy do samochodu i potem do domu.


Sobota godzina 17.30. Karmienie zwierzyńca i znowu w drogę! Tym razem kierunek: Zaczarowane Wzgórze. Spotkanie wigilijne i wspaniała opowieść podróżnika, Jacka Jasińskiego, o wyprawach na końskim grzbiecie. Na swojej stronie tak pisze o swoim projekcie: 

Projekt „Cztery Pory Roku w Siodle” trudno opisać jednym zdaniem – jest to po prostu swobodna opowieść o narodzinach i realizacji marzenia, które pojawiło się w dzieciństwie, przetrwało w uśpieniu przez kilkanaście lat i nagle eksplodowało. Konie i podróże intrygowały mnie od zawsze. Niestety przez wiele lat nie miałem możliwości realizowania mojej pasji – do czasu, do dnia kiedy porzuciłem wygodną pozorną stabilizację i zacząłem spełniać własne pomysły. Wędruję z końmi po Polsce, Europie, Azji, niezależnie od pory roku i pogody. Wędruję sam, z Rodziną, z Przyjaciółmi i grupami Przypadkowych Ludzi (którzy często staja się Moimi Przyjaciółmi). Jura, Pustynia Błędowska, Karpaty, Gruzja, Azerbejdżan, Iran, Azja Centralna itd… Kolejne destynacje w planach – spokojnie, wystarczy do późnej starości…
Chętnie opowiem o moich podróżach, przygodach, doświadczeniach, odwiedzonych krajach, spotkanych ludziach i o planach na przyszłość – serdecznie zapraszam.

fot. www.nomadiclife.eu
Nic dodać nic ująć. Było niezwykle, bo i miejsce niezwykłe i opowieść niezwykła. I skończyło się na postanowieniu: nie wiem kiedy, ale na pewno MUSZĘ zwiedzić gruzińskie bezdroża...

fot. www.nomadiclife.eu

Dzień zakończył się w sobotę ok. 23.00, kiedy po tak leniwie spędzonym dniu można było przytulić głowę do poduszki i zasnąć...

Dziękuję Jackowi Jasińskiemu za zgodę na wykorzystanie zdjęć z jego strony www.nomadiclife.eu
O zajęciach z Kasią Jasińską czytajcie TUTAJ >>>
Strona Zaczarowanego Wzgórza TUTAJ >>>
A relację z naturalnego szkolenia na Zaczarowanym Wzgórzu znajdziesz TUTAJ >>>



wtorek, 6 grudnia 2016

Mikołajkowe wspomnienie

Historia DJa jest smutna. Ale wspomnienie bardzo aktualne. Jeden z najdzielniejszych naszych pacjentów, cierpliwy i pod każdym względem wyjątkowy. 11-letni berneński pies pasterski.
Przyjechał do nas ponad 6 miesięcy temu z historią choroby sięgającą kilka miesięcy wstecz. Krwawienia z nosa, duszność, infekcje. Leki pomagały tylko na chwilę, więc lekarz prowadzący skierował DJa do THERIOSa. Dokładne badanie wykazało kalafiorowaty guz migdałka, podejrzenie raka. Zmieniony migdałek został usunięty przez dr Jacka Ingardena. Histopatologia bezlitośnie potwierdziła podejrzenie – rak płaskonabłonkowy migdałka. Paskudny, źle rokujący. Ale pacjent czuł się dobrze, więc właściciele podjęli walkę. DJ przeszedł leczenie chemią, potem dodatkowe zabiegi i elektrochemioterapię. Przez cały czas czuł się stabilnie, więc nie było mowy o zakończeniu leczenia. Walkę przegrał pod koniec listopada, po pół roku od pierwszej u nas wizyty, a prawie rok od pojawienia się pierwszych objawów. 


Kilka dni temu w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS pojawili się właściciele z mikołajkowym podziękowaniem za opiekę. Z jednej strony wrócił smutek, bo do tej pory zawsze zjawiali się u nas ze swoim bernisiem. Z drugiej miły gest, bo dla nas, weterynarzy, to ważne, że wiemy, że nasza praca, nawet taka ze smutnym zakończeniem, ma sens... 

DJ w psim raju <3 Fot. z archiwum właścicieli.

środa, 16 listopada 2016

Mirusia – kotka, która bardzo chce żyć...

Mirusię poznaliśmy ponad pół roku temu, dokładnie 4 maja. Przyjechała ze sporej wielkości guzem żuchwy, który w ciągu dwóch ostatnich tygodni szybko się powiększał. Lekarze prowadzący rozłożyli ręce i dali kotce tylko jedną szansę – wizytę w THERIOSie. Doktor Maja nakłuła guza, żeby pobrać materiał do badania cytologicznego. Rozpoznanie było fatalne: rak płaskonabłonkowy o wysokim stopniu złośliwości. Jakby nie to, że kotka czuła się nieźle, to pewnie podpisalibyśmy się pod złym rokowaniem, o którym mówili nasi poprzednicy. Ale Mirusia od pierwszej wizyty pokazała ducha wojownika. Widać było, że bardzo chce żyć i nie ma zamiaru się poddać. Dostała szansę – wprowadziliśmy paliatywną chemioterapię.

Od tego czasu mięły już długie miesiące. Większość leczenia przejęli wspaniali lekarze miejscowi. Codziennie podają Mirusi zastrzyki, pobierają krew do badań i wreszcie podają zaleconą karboplatynę. Przed każdym podaniem wyniki są przesyłane mailem do THERIOSa, a telefonicznie właścicielka omawia z dr Mają szczegóły leczenia i spisuje zalecenia.

Po 3 tygodniach od pierwszej wizyty dostaliśmy od właścicielki wiadomość: 
W rozmowie telefonicznej zobowiązałam się do skreślenia paru słów na temat stosowania chemioterapii u zwierząt celem wskazania innym właścicielom czworonogów by nie bali się podejmować decyzji na temat tego typu leczenia. Mam nadzieję, że uda mi się namówić czy przekonać choć parę osób.
Cały list TUTAJ>>> 


Fragmenty kolejnych maili:

Mirusia i tak wie, że jest najpiękniejszym kocurkiem na świecie, nie mówiąc już o jej dzielności i potężnej woli życia. Po przejściowym złym samopoczuciu widać że wraca znowu do formy, z czego bardzo się cieszymy. Mamy nadzieję, że niebawem można będzie podać kolejną chemię. Każdorazowo guz "źle" znosi chemioterapię i na jakiś czas ogranicza przyrost, zbawienne działanie karboplatyny widać po około tygodniu od jej podania. Robimy wszystko by Mirusia miała jak najlepszy i jak najdłuższy komfort życia. Walczymy dalej i jesteśmy dobrej myśli :-)

Niestety od kilkunastu już dni buziunia nie domyka się . Przesyłam zdjęcie śpiącej kici - to jej ulubiona pozycja od zawsze, ale zobaczcie, że ma otwartą buźkę i tak ma cały czas, również na drugiej foteczce doskonale to widać. Mirusia jest jednak tak nieprzeciętna, że i tym się nie przeraża i doskonale sobie radzi :-)

Niepokoimy się tym, że koteczka miewa dni ze słabszym łaknieniem. Podchodzi do miseczek, prosi nas o pokarm, a kiedy dochodzi do karmienia to otrząsa się i odchodzi. Nie mamy pojęcia co może być przyczyną , nie dotyczy to konkretnej karmy, ani faktu podawanych leków. Od wczoraj, nie zapeszając, nadrabia kicia ostatnie dwa dni i je przecudnie :-) 
Mamy też i drugi problem. Oprócz wybarwiania się futerka na kolor brązowy to na łapeczkach i pod pyszczkiem robią się takie twarde zlepienia futerka. Walczymy z tym jak możemy, ale wiecie Państwo, że Mirusia jest oporną pacjentką i z nami też nie współpracuje, toteż nie dajemy rady do końca pozbywać się tych "upiornych ozdób".
Poza tym bawimy się, broimy (złapanie myszy mówi samo za siebie), mruczymy radośnie :-)
Ściskam i pozdrawiam cieplutko całą Załogę Theriosa

Wszystko szło bardzo dobrze. Aż do feralnego dnia pod koniec października:
Stała nam się tragedia po pobraniu krwi... Wróciłam z Mirusią z lecznicy, od razu kotka zaczęła być dziwie niespokojna, biegała, chowała się, spojrzałam w oczka i zobaczyłam coś strasznego. Oba oczątka były zasłonięte taką wydzieliną, jakby "firanką". Prawdopodobnie z wysiłku i przeżycia coś nam się uszkodziło w oczątkach. Co my mamy zrobić moi kochani??? Było teraz tak stabilnie, z pobieraniem karmy wszystko się unormowało, apetyt dopisywał, energią Mirunia tryskała, chemia miała być podana w czwartek, a teraz... Czekamy na wszelkie wsparcie.

Dzisiaj mija 7 dni od kiedy pojawił się u Mirusi problem z oczkami. Mirusia oczywiście pokazuje, że nic takiego się nie wydarzyło, ma apatyt, wita się z nami, mruczy; muszę tylko czasem pomagać jej łapeczki ukierunkować na drapaczkę - dotychczas moje wracanie z pracy było sankcjonowane radosnym drapaniem pazurek i nadal rytuał jest zachowany.

Chyba już moi kochani wiecie, że my walczymy do końca, byleby tylko nie kosztem bólu i cierpienia. Wiem i rozumiem co Pani Doktor mogła odczuwać patrząc na oczka Mirusi, doskonale rozumiem również sugestię rozpatrzenia kwestii pożegnania. Proszę mi wierzyć żadne z naszych zwierzątek nie było poddawane choćby najmniejszej próbie cierpienia i nigdy nie doprowadzimy do sytuacji by Mirusia miała cierpieć, a my na siłę będziemy przedłużać jej życie. Ale kotka naprawdę jest niesamowita... Radzi sobie doskonale, jedynie nie biega, bo boi się by o coś nie uderzyć. Ma apetyt, robi toaletę i znowu "chrupie" suchą karmę. Ile tego jedzonka wpada jej do pyszczka to inna historia, ale zawsze coś tam połknie.
Szkoda, że nie udało nam się pokonać nowotworu (wiemy, że jest to bardzo nierówna walka), ale dopóki koteczka sama pokazuje, że nadal chce mu stawić czoła i natrzeć nosa to przemy do przodu.
Pozdrawiam cieplutko cały personel Theriosa...


Dzisiejsza rozmowa przyniosła wielką dawkę optymizmu – Mirusia czuje się bardzo dobrze. Najnowszych zdjęć nie pokażemy, bo Mirusia od przygody z oczami jest po prostu brzydka. Ale zupełnie jej to nie przeszkadza. Żyje sobie szczęśliwie, poddając się rytuałom dnia. I po raz kolejny podjęliśmy decyzję, że kontynuujemy leczenie :) I w imieniu Mirusi i jej właścicielek prosimy o całą masę dobrych myśli dla naszej wyjątkowej pacjentki <3 

  

czwartek, 10 listopada 2016

Ptyś

O cudownym Ptysiu było już w poprzednim poście. Tym razem tylko załącznik: Ptyś-który-kocha-wszystko-co-żyje, a szczególnie jedzenie, popisuje się na stole w gabinecie. Co ciekawe, do zejścia na ziemię też trzeba go było namawiać. Ustawiliśmy krzesło, obiecaliśmy nagrodę (ulubione ciasteczko czekoladowe) i dopiero wtedy jaśnie pan zszedł na ziemię.

Główny bohater: Ptyś
Drugi plan: Agnieszka
Filmik pojawił się na stronie dzięki Adamowi :)

video

sobota, 5 listopada 2016

Taki sobie listopadowy piątek...

Weterynarz leczy połamaną łapkę, ale trudno usiedzieć w miejscu, jak tyle się dzieje w THERIOSie. Nareszcie jest okazja przyglądnięcia się pracy innych i pogawędzenia z właścicielami pacjentów i... samymi pacjentami.

Dzień zaczęliśmy od sterylizacji 6-miesięcznej szylkretowej kotki Julietty. W międzyczasie do Przychodni przyjechał młodziutki pinczerek z podejrzeniem parwowirozy. Parwo jest groźną chorobą zakaźną, więc maluch od razu został umieszczony w osobnym pomieszczeniu. Na szczęście wynik testu był ujemny. Maluszek został nawodniony i od razu lepiej się poczuł.

Trudne przypadki hematologiczne reprezentowała 8-letnia Sari. Przyjechała do nas aż z Lublina. Od sierpnia ma bardzo podwyższone płytki krwi. Przyczyna nieznana. Skierowana przez Doktor Anię Kot z Lubelskiego Centrum MałychZwierząt (naszą dawną stażystkę!) na biopsję szpiku, z podejrzeniem białaczki. Pierwsza, wstępna ocena pobranego szpiku wykluczyła nowotwór. Szkiełka pojechały jeszcze na konsultację do patologa z laboratorium Idexx, ale Sari i jej właściciele pojechali do domu pełni optymizmu :) A przy wybudzaniu suni asystował Pedro – najlepszy wybudzacz pod słońcem. Sari leniwie podniosła jedną powiekę i zobaczyła... kota przytulającego się do ukochanej właścicielki. Działanie leków zostało zneutralizowane przez adrenalinę i pacjentka w sekundę gotowa była do polowania na futrzastego intruza ;)




Kolejną trudną pacjentką była 13-letnia yorczyca. Trudną i niestety nie tak optymistyczną jak Sari. Główną przyczyną wizyty był ogromy guz sutka. Niestety sunia nie zakwalifikowała się do zabiegu z powodu jednoczesnego ostrego zapalenia trzustki, niewydolności nerek i niewydolności wątroby. Dodatkowo badanie usg wykazało początkowe stadium ropomacicza. Podjęliśmy próbę leczenia, ale rokowanie dla tej pacjentki jest nie najlepsze...



Piątkowym pacjentem był też nasz ulubiony Ptyś – biegające szczęście. Na moje pytanie: „Gdzie jest Ptysiek?” Kasia ze śmiechem pokazała na drzwi i stwierdziła: „Już ciągnie do nas swojego pana”. I faktycznie, sekundę później zobaczyłam w drzwiach roześmiany pysk Ptysia i lekko zdyszanego właściciela, który dosłownie został wciągnięty do przychodni. Jak zawsze. Ptyś kocha nas nad życie, zresztą chyba nie ma rzeczy, której nie kocha. Objawia swoją miłość całym sobą, bez względu na to, czy ma pobieraną krew, zmieniane opatrunki, czy usuwane kolejne guzki, na podłodze i na stole operacyjnym, zawsze i wszędzie. Ptysia kochają wszyscy. Tym razem popisywał się swoimi umiejętnościami siedząc na stole w gabinecie, w miejscu, które inne psy często paraliżuje ze strach.

Filmik z Ptysiem w roli głównej oglądniesz TUTAJ >>>

O pozostałych pacjentach tylko wspomnę, bo popołudniu w THERIOSie rządziła Doktor Krysia. Na brak pracy nie narzekała. Był m.in. weimar z niedoczynnością tarczycy, labrador z ostrym zapaleniem gardła i drożdżycą uszu oraz 6-miesięczny Misiek z biegunką.

To był pracowity dzień – trudne przypadki przeplatały się ze szczepieniami i odrobaczaniem, strzyżenie ze zdjęciami rentgenowskimi i badaniem usg. Były chwile smutne i radosne, był śmiech i były łzy. Bo to nie jest łatwy zawód. Dużo w nim emocji, często skrajnych. Jako specjaliści od spraw beznadziejnych musimy często stawiać czoła tematom trudnym. Ale tym większa jest radość, jak uda się naszym pacjentom pomóc...