czwartek, 28 lipca 2016

środa, 13 lipca 2016

Pechowa 13-stka

Trzynasty dzień miesiąca – kto nie zna tego przesądu? Wiele osób najchętniej nie ruszyło by się w ten dzień z domu. Po co kusić los? Gorzej, jak tego akurat dnia trzeba stawić się u lekarza weterynarii ze swoim zwierzakiem. Smutne rozpoznania sypią się jedno po drugim. Tak też było 13 lipca w THERIOSie. Rozpoznania złe, ale może właśnie dzięki tym smutnym diagnozom nasi pacjenci dostaną długie miesiące szczęśliwego, bezbolesnego życia? Albo łatwiej będzie podjąć decyzję o skróceniu cierpienia, gdy nie będzie się już dało opanować bólu...

Pierwsza pacjentka, o której opowiem, to kulejąca na tylne łapki 10-letnia rottweilerka. Pierwsze podejrzenie: dysplazja. Zdjęcie rtg rozwiało wątpliwości – nieoperacyjna liza kości, przypuszczalnie tła nowotworowego. Zastanawiamy się nad paliatywnym zastosowaniem chemioterapii. Niestety, najskuteczniejszej, chirurgicznej metody leczenia kostniakomięsaka nie jesteśmy w stanie zastosować...


Druga pacjentka została przez nas nazwana Baśką. Imię wprawdzie ma inne, ale przez pomyłkę określiłam ją Baśką, więc Baśką już dla mnie pozostanie :) Też sunia, 9-letnia cane corso. Ta ma więcej szczęścia, bo zmiana na łapie wygląda paskudnie, ale mamy wiele możliwości, żeby jej pomóc. Podejrzenie to samo – kostniakomięsak (osteosarcoma), wstępnie potwierdzony cytologicznie. Dla pewności pobraliśmy wycinek kości do badania histopatologicznego. Może pójdzie śladem Sziny i zostawi w tyle książkowe statystyki? W klatce piersiowej i brzuchu brak przerzutów, badania krwi w porządku, biodra zdrowe. 




Ostatnia pacjentka onkologiczna z pechowej „13-stki”, to roczna Kitka. Kilka dni temu źle się poczuła. Lekarka prowadząca stwierdziła płyn w klatce piersiowej i skierowała do THERIOSa na konsultację. Kotka jest ofiarą wirusowej białaczki kotów – choroby zakaźnej, która regularnie zbiera żniwo wśród kotów do piątego roku życia. Jedną z konsekwencji działania wirusa jest chłoniak – złośliwy nowotwór układu chłonnego. Już na zdjęciu rtg widać było charakterystyczny obraz dla postaci śródpiersiowej tego nowotworu. Pobraliśmy do badania płyn. Cytologia potwierdziła wstępne rozpoznanie... Przed wybudzeniem podaliśmy Kitce przez maskę sporą porcję tlenu, żeby poprawić jej komfort życia. Na ostatnim zdjęciu kocica nieświadoma choroby zwiedza stół, na którym oczekuje na pierwszą porcję leków przeciwnowotworowych... 




  Więcej informacji o białaczce kotów, chłoniaku i kostniakomięsaku znajdziesz TUTAJ >>> 

niedziela, 10 lipca 2016

Ciekawi pacjenci PW THERIOS ostatnich dni w zdjęciach rtg

Sesja fotograficzna za nami, ale pacjenci „fotograficzni inaczej” tłumnie odwiedzają Przychodnię Weterynaryjną THERIOS. Zdjęcia rentgenowskie, bo o nich mowa, są jedną z metod diagnostycznych „pierwszego rzutu”. Zmiany kostne, guzy, nieprawidłowy kształt i rozmieszczenie narządów, czy ciała obce, to tylko niewielki wycinek zastosowania rentgenodiagnostyki w weterynarii. Kluczem do sukcesu jest odpowiednie ułożenie pacjenta, dobranie odpowiednich parametrów naświetlenia, a następnie końcowa obróbka cyfrowa otrzymanego zdjęcia. Radiografia cyfrowa daje nam dodatkowo możliwość wykonania wielu pomiarów na poziomie komputera.

Ostatnie dni przyniosły kilka ciekawych radiologicznie przypadków:


1. 7-letnia labradorka Abi z zaawansowaną dysplazją stawów biodrowych. Co ciekawe, sunia nie wykazuje znacznego stopnia objawów klinicznych, a właściciele przyjechali z powodu widocznego usztywnienia zadu w trakcie chodzenia.


2. 3-letni Dżyngis z wrodzoną anomalią palców tylnej łapki


3. Ruda – kotka z poporodowym skrętem macicy. Skierowana na pilny zabieg przez lekarza pierwszego kontaktu. 


4. Rizo – nasz pacjent od ponad roku. Zapalenie trzustki, wodobrzusze, a ostatnio torbiele ślinianek. Na pierwszą wizytę przyjechał do nas jako obraz nędzy i rozpaczy. Skrajnie wychudzony, z zanikami mięśni skroniowych, można było uczyć się na nim anatomii układu kostnego. Od kwietnia 2015 roku odwiedzał nas wielokrotnie. W efekcie kondycyjnie wrócił do stanu sprzed choroby. Teraz dokuczają mu… ślinianki – uwidocznione na zdjęciu rtg. Obecnie ślinianki Riza mają się znacznie lepiej po zastosowaniu fizjoterapii (dostępna w PW THERIOS!).


5. Prywatna stopa – zmiażdżona przez końskie kopyto. Na szczęście kości ocalały...  


środa, 6 lipca 2016

Na czym polega bezpieczne znieczulenie? 

W związku z licznymi pytaniami właścicieli naszych pacjentów o bezpieczeństwo znieczulenia przedstawię pokrótce procedury, które obowiązują w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS.

W Przychodni Weterynaryjnej THERIOS od ponad 10 lat stosujemy u większości pacjentów znieczulenie wziewne izofluranowe. Jednak bezpieczne znieczulenie to nie tylko narkoza wziewna, ale kwalifikacja pacjenta do operacji, odpowiednia premedykacja (czyli tzw. "głupi jaś"), prawidłowe założenie rurki intubacyjnej i indukcja znieczulenia, dokładny monitoring śpiącego zwierzaka, a także opieka w trakcie procesu wybudzania. Dzięki odpowiedniej opiece w naszej przychodni wykonywane są nie tylko standardowe zabiegi sterylizacji, kastracji, czy usuwania niewielkich zmian skórnych, ale też skomplikowane operacje na jamie brzusznej i klatce piersiowej, operacje kostne oraz zabiegi u zwierząt starszych, chorych, czy z niewydolnością serca. Najstarsza pacjentka miała usuwaną śledzionę w wieku 20 lat! Suczka była pacjentką onkologiczną - przedłużyliśmy jej życie o wiele lat, a ostatni zabieg pozwolił jej przeżyć kolejne długie miesiące. Inny przykład, to dog niemiecki z zaawansowaną kardiomiopatią, który był w THERIOSie operowany 3 razy! Za każdym razem odpowiednio prowadzone znieczulenie zapewniło bezpieczeństwo operacji i szybkie wybudzenie. Narkoza wziewna jest również doskonałym rozwiązaniem dla pacjentek, które przyjeżdżają do nas na cesarskie cięcie. Dzięki nowoczesnym lekom i znieczuleniu gazowym bezpieczna jest nie tylko matka, ale też potomstwo, bez względu na to, czy są to szczenięta, kocięta, czy gryzonie.

Każdy pacjent po indukcji znieczulenia ma zakładaną do tchawicy rurkę intubacyjną, przez którą do dróg oddechowych podawana jest mieszanina tlenu i gazu znieczulającego (izofluranu). Asystent przymocowuje w odpowiednich miejscach pod pachami i w pachwinach końcówki z czujnikami, dzięki którym monitorowane jest tętno, podłącza odpowiedni płyn, który pomaga utrzymać prawidłowe ciśnienie krwi i w razie potrzeby uzupełnia elektrolity, a następnie zakłada mankiet potrzebny do ciągłego śródoperacyjnego pomiaru ciśnienia krwi.

Po operacji zamykany jest dopływ gazu znieczulającego, a przy wybudzającym się pacjencie czuwa anestezjolog i technik weterynarii. Wybudzanie następuje szybko – to jest jedna z wielu zalet izofluranu. Czasem jest to raptem kilka oddechów. Po pojawieniu się pierwszych oznak świadomości usuwana jest z dróg oddechowych rurka intubacyjna. Monitoring jest odłączany dopiero u całkowicie wybudzonych pacjentów.


Jakie są zalety znieczulenia wziewnego izofluranowego?
  • szybkie wybudzanie po zaprzestaniu podawania gazu
  • lepsza regulacja stężenia środka znieczulającego w organizmie w zależności od wymaganej głębokości znieczulenia
  • izofluran prawie nie podlega w organizmie biodegradacji, przez co nie są obciążane narządy wewnętrzne
  • może być stosowane jako jedyny składnik znieczulenia, ale można też łączyć z innymi metodami (znieczulenie miejscowe, czy pogłębienie efektu przeciwbólowego dodatkowymi lekami)
  • duże bezpieczeństwo stosowania
  • szeroki zakres zastosowanie, również dla pacjentów wymagających szczególnej opieki, np. z chorobami układu krążenia, z niewydolnością nerek i wątroby, w podeszłym wieku, bardzo młodych, bardzo małych, czy wymagającym cesarskiego cięcia


 
Fot. Maciej Ochman - "Weterynaria" 


czwartek, 30 czerwca 2016

Polowanie na koguta ;)

Jak co roku wyprawiliśmy się z wizytą do profesora Andrzeja Dubiela – z zawodu lekarza weterynarii, naukowca, rozrodowca, z powołania przyrodnika. Profesor po przejściu na emeryturę zaszył się na swoich włościach w Kocmyrzowie i otoczył tym, co kocha najbardziej: półdziką przyrodą i dużą liczbą zwierzaków. Za jego szefowania w Katedrze Rozrodu Zwierząt stajnie pękały w szwach. Sama miałam okazję jeździć po Wrocławiu na fiordzkim ogierku Łosiu i kucu szetlandzkim Kajtku, uciekałam przed szarżującymi dżersejkami i kozami, oraz zaprzyjaźniałam moje gończe ze świniodzikami. Dla chłonnych wiedzy studentów weterynarii zajęcia praktyczne na rozrodzie były niezapomnianą przygodą.

Obecnie na podwórku profesorskim królują kury – dziwolągi, perliczki i czerwone indyki, na dachach urzędują ozdobne gołębie, w wolierach mieszkają pawie i kilka gatunków bażantów, a na pastwiskach niespieszny żywot toczą kuce, muflony i jelenie. W zeszłym roku profesor obdarował nas małym stadkiem perlic z zastrzeżeniem, że oczekuje od nas powiększenia stada wysiedzianego samodzielnie z jajek. Z dumą oświadczyłam, że mamy przychówek. Profesor ucieszył się i... podarował nam kolejną porcję jajek do wysiadywania. Jęknęłam, bo z jednej strony fantastyczny prezent, dobre genetycznie perlice trudno dostać. Z drugiej obiecałam mężowi, że w tym roku koniec z wysiadywaniem... No cóż, mus to mus, a inkubator jak sobie trochę popracuje, to mu nie zaszkodzi.

Jak zwykle podziwialiśmy mieszkańców profesorskich włości. Pawie - koguty pilnowały swoich wysiadujących jajka żon, a kury czubatki przez swoje czupryny usiłowały dokładnie oglądnąć gości. Poznaliśmy muflona, który od jakiegoś czasu zmienił orientację i przyłączył się do stada kucyków udając, że jest jednym z nich. Muflon okazał się urodzonym modelem i na widok obiektywu zamierał bez ruchu w różnych pozycjach. Nasza Karolina, świetny zadatek na kolejnego przyrodnika w rodzinie, zaklinała profesorski zwierzyniec. Kucyki otoczyły ją jak członka stada, a młody gołąb odbył spacer po wyciągniętej ręce. 

Od lat wielką dumą profesora jest stado kruczoczarnych kur – minorek. To wysokie, spionizowane kury rodem z Hiszpanii. Nieufne, ale piękne. U kogutów przyciągają uwagę duże czerwone grzebienie i białe zausznice. Już na pierwszy rzut oka widać, że to świetni biegacze... Taki folblut wśród drobiu... Staliśmy tak sobie zauroczeni, nieświadomi niespodzianki, którą przygotował dla nas profesor.
  • Dostaniecie ode mnie koguta! - oświadczył entuzjastycznie.
  • Kooooguuuuta? - wyjąkałam. Minorki są piękne, ale ja właśnie przeciągam w czasie mord nadmiarowych kogutów, których namnożyło się nam zbyt wiele... Nowy kogut? Gdzie go schowam?
  • Co, nie chcecie? - zapytał profesor.
  • Ależ nie, to wspaniały prezent! - pisnęłam.

Prezent był piękny, zaobrączkowany i bardzo rozkrzyczany. Zapakowaliśmy go do worka i zabraliśmy do nowego (czyli naszego) domu. Minor miał zamieszkać w ogrodzie z kurkami zielononóżkami i appencelerkami. Odkręcamy worek, wysypujemy nieco oszołomionego hiszpana. A ten... w nogi. Biegiem wzdłuż ogrodzenia, a potem HOP! przez płot i pędem drogą w stronę lasu. Ja oczywiście za nim. Sił dodawał mi dudniący w głowie głos „co ja powiem profesorowi jak zgubię w lesie tego matołka???” Osiągnęłam prędkość światła pędząc za zgubą. A zguba nagle zawraca, śmiga mi między nogami i ziuuu! w las, taki ekstremalny, ze stromym zboczem, wiatrołomem i gąszczem pokrzyw. Co miałam robić, popędziłam za kogutem. Przez rów, wertepy i koszmarny wąwóz. Biegnąc zastanawiałam się, jak poradziliby sobie ci wszyscy zwariowani biegacze z Katorżnika, Masters'Killera i Runmaggedonu w tym terenie. A może zaproponuję nową konkurencję – polowanie na koguta? Przez łąki i pola, lasy, wąwozy, rzeki... Tak sobie rozmyślając i dysząc jak lokomotywa pędziłam za moim czarnym cudem. Minor to kura wysoka, a do tego z ogromnym grzebieniem i dzięki temu moim punktem orientacyjnym był czerwony czubek ledwo widoczny w gąszczu chaszczy. W pewnym momencie czubek zniknął po górą gałęzi. Dobiegłam, padłam na kolana i zaczęłam pełznąć za zgubą. Na szczęście zguba... utknęła. Złapałam Minora za ogon i przyciągnęłam do siebie. Trzymając kleszczowym uchwytem z triumfującą miną pomaszerowałam do domu. Minor rozdarł się przeraźliwie i darł się przez następnych kilkanaście minut. Aż sąsiedzi wylegli przed dom i z zainteresowaniem obserwowali przedstawienie, które zafundował wszystkim hiszpański przystojniak...


Po podcięciu lotek Minor zaprzestał prób ucieczki i pokornie przyjął to, co mu los zgotował. Potrzebował wprawdzie kilku dni na oswojenie się z nowymi koleżankami, ale przełomowe okazało się odkrycie ławki na tarasie, na której teraz dumnie wysiaduje obserwując nowe królestwo. Dzisiaj nawet zbudził nas swoim donośnym kukurykaniem, co przyjęłam za ostateczne objęcie władzy ;)  

Na końcu można posłuchać wrzasków naszego Minora. Bo koguty to nie tylko ko-ko-ko i kukuryku, ale też przeraźliwe pokrzykiwania ;) 

 
 





video

wtorek, 14 czerwca 2016

Łucznicy na koń!

Zabawę z łucznictwem konnym rozpoczęliśmy dwa lata temu, o czym już na blogu było TUTAJ>>>... Teraz przyszedł czas na kontynuację. Okazją były warsztaty zorganizowane w Stajni Sarmacja w Pisarach koło Krakowa. W zajęciach uczestniczyły dwie Ingardenówny, a reszta występowała w charakterze „przeszkadzajek”. Na szczęście organizatorzy byli wyrozumiali i przeszkadzajek nie ustrzelili, a wręcz służyli pomocą i radą, za co im cześć i chwała :)

Zajęcia prowadzili dwaj doświadczeni łucznicy konni: znany nam Andrzej Abratowski i mniej nam znany Leszek Lewandowski. Warsztaty były wprawdzie skierowane do początkujących, ale odświeżenie wiadomości łuczniczych wszystkim nam się przydało. Mała grupa dodatkowo umożliwiała indywidualne podejście instruktorów, dzięki czemu każdy, bez względu na stopień zaawansowania łuczniczego, mógł skorzystać z zajęć.

Kolejny plus: urozmaicony program. Było strzelanie z konia i z ziemi, w stój i w ruchu. Do dyspozycji uczestników i przeszkadzajek był tor łuczniczy, liczne tarcze i drewniany koń. Były cele nieruchome i ruchome, nieożywione i... ożywione. Była nawet latająca babeczka ;) A widząc oczami wyobraźni miny czytelników na widok „celów ożywionych” spieszę zdementować, że nie chodzi o pozbawianie życia, tylko o znaną i lubianą „bitwę łuczników”, czyli łuczniczy paintball, którym zostały zakończone warsztaty.

A skoro mowa o łucznictwie konnym, trzeba kilka słów poświęcić koniom, które bardziej lub mniej cierpliwie noszą na swoich plecach ludzkie cielska uzbrojone w kłujące narzędzia. Konie warsztatowe to prawdziwi mistrzowie cierpliwości i dobrego wychowania. Wprawdzie wielkoludowi Borysowi zdarzyło się wysadzić jedną amazonkę z siodła, ale to był na szczęście tylko jeden epizod i po swoim wyczynie tak się zawstydził, że do samego końca był potulny jak baranek. Poza Borysem w warsztatach uczestniczyła jeszcze srokata Alaska, może nieco nieproporcjonalna, ale za to z wielkim sercem, oraz Barcelona – akrobatka, która nawet w pełnym galopie raczyła się co wyższymi źdźbłami trawy. Przygotowanie koni do łucznictwa konnego to nie lada wyzwanie, czego mieliśmy okazję doświadczyć na naszych rumakach. Muszą stabilnie galopować, reagować na najlżejsze sygnały ciała jeźdźca (łucznik w czasie jazdy zajęty jest łukiem, a nie koniem!) i nie reagować na świst strzał.

Moje wrażenia na koniec: warsztaty prowadzone przez pozytywnie zakręconych ludzi są skazane na sukces. W Sarmacji warunek ten został spełniony. Jak do tego doda się jeszcze dobre przygotowanie merytoryczne i świetną atmosferę, to uczestnicy (i „przeszkadzajki”) mogą wyjechać wyłącznie zadowoleni i chętni na kolejne edycje szkolenia :)



Jeżeli jeździcie konno i chcielibyście spróbować łucznictwa konnego bieżących informacji szukajcie TUTAJ>>>




 



poniedziałek, 6 czerwca 2016

O Szinie walecznej...

Szina swoją walkę o życie zaczęła w październiku 2014 roku. Najważniejszy problem, z którym trafiła do THERIOSa to złośliwy nowotwór łapy, kostniakomięsak. Zapadła trudna decyzja o amputacji. Czy olbrzymi dog niemiecki poradzi sobie na trzech łapach? Czy warto walczyć o niecały rok życia? Dodatkowym problemem okazała się zaawansowana kardiomiopatia i padały kolejne pytania: czy sunia przeżyje operację? Czy po amputacji łapy chore serce da radę pracować na jeszcze większych obrotach? Wspólnie z właścicielem podjęliśmy decyzję: walczymy. Widać było u naszej pacjentki wielką wolę życia i nikt nie miał serca odmówić jej pomocy...

Operacja przebiegła bardzo dobrze i już następnego dnia właściciel zadzwonił z informacją, że Szina radośnie kica na trzech łapach. Potem chemia... sześć kroplówek, brak objawów ubocznych. W styczniu na skórze pojawiły się guzki. Z duszą na ramieniu zdecydowaliśmy o kolejnym zabiegu. Kolejne powodzenie. Jeden z guzków okazał się mastocytomą, groźnym nowotworem skórnym, brzegi cięcia chirurgicznego czyste. Kolejnych kilka miesięcy minęło bez przygód, aż do sierpnia. Usg wykazało guza śledziony. Znowu burzliwe dyskusje i kolejna decyzja – operujemy. Kolejny udany zabieg i szybka rehabilitacja, guz na szczęście nie przerzutowy. Szina mimo chorego serca świetnie znosiła każde znieczulenie. Oczywiście była traktowana wyjątkowo, leki były dobierane specjalnie dla jej chorego serduszka...

Niestety, nad naszą wyjątkową pacjentką zawisło fatum – kontrolne usg wykazało... ropomacicze. Początkowo leczyliśmy zachowawczo i na kolejne miesiące odnieśliśmy sukces. Ale po kolejnej cieczce ropomacicze wróciło i już nie można było odkładać kolejnej operacji. W styczniu 2016 roku, 15 miesięcy po pierwszej operacji, Szina znowu na stole operacyjnym... Zmieniona zapalnie macica usunięta, pacjentka po raz kolejny uratowana...

Tydzień temu nasza gwiazda trafiła do THERIOSa kolejny raz. Chudnie, jest słaba, ciężko oddycha. Podejrzenie przerzutów... Robimy zdjęcia i stwierdzamy płyn w klatce piersiowej. Płuca zatopione, ale płyn szybko ściągnięty. Oddech od razu się poprawił. Jeszcze badanie - zmodyfikowany wysięk charakterystyczny dla niewydolności krążenia, brak komórek nowotworowych. Dalsze badania potwierdziły, że problemem tym razem jest serce. Tyle wytrzymało, aż w końcu zaczęło się podawać. Tyle, że Szina wcale nie ma zamiaru odchodzić. Wygrać z rakiem, a przegrać z serduchem? Do dwóch lat brakuje nam jeszcze czterech miesięcy! Czy pobijemy kolejny rekord i wygramy kolejny kwartał życia? Walka trwa, pacjentka bardzo chce żyć, bo mimo wszystkich przygód życie Sziny jest radosne i beztroskie. Szina waleczna dalej walczy :)


Płyn z klatki piersiowej Sziny: przed odwirowaniem i po odwirowaniu.