sobota, 27 lutego 2016

Walczyć, czy nie walczyć? O walce rozsądku z sercem...

Będzie o kurkach, chociaż temat jest zdecydowanie szerszy. Nasze kurki są doskonałym przykładem, że czasami warto wyjść poza utarte szlaki i pójść za głosem serca. Bo przyznaję, że w dziedzinie wysiadywania jajek poniosłam porażkę. Wszystko wydawało się przebiegać zgodnie z planem: temperatura, wilgotność, obracanie. Wszystko przygotowane czekało na wielki dzień klucia: odchowalnik, karma, poidełka. Niestety, nie przewidziałam jednego: śnieżycy i mokrego śniegu, który przewróci drzewo prosto na linię elektryczną... Brak prądu w nocy i potem przez prawie cały dzień był dla jajek wyrokiem. Próby utrzymania odpowiedniej temperatury i wilgotności przy pomocy słoików z gorącą wodą były rozpaczliwe i okazały się niewystarczające. Z 38 jajek JEDEN pisklak wykluł się samodzielnie. Większość pozostałych albo nie miała siły przebić skorupki, albo robiły małą dziurkę, przez którą rozpaczliwie wołały o pomoc. Poprosiłam o pomoc internet. Niestety, wszyscy doświadczeni hodowcy mówili jednoznacznie: nie pomagać, bo pisklęta i tak nie przeżyją. Jak nie da rady sam się wykluć, to jest bezpowrotnie stracony. W pierwszej chwili postanowiłam posłuchać tych słów rozsądku. Ale chwilę później znowu usłyszałam rozpaczliwe kwilenie uwięzionych maluszków. 
Machnęłam ręką na rozsądek. Skoro i tak umrą, to co mi szkodzi spróbować? Jak nie dostaną szansy, to nigdy się nie dowiem, czy wykorzystałyby ją, czy nie. Każde jajko z żywym pisklęciem w środku (podglądnięte owoskopem) zostało rozbite i maluszek wyciągnięty. Część nie przeżyła – umarły zaraz po wyjęciu z jajka. Miały niepozarastane powłoki i różne inne wady. Te, które przeżyły były nienaturalnie poskręcane, z popodwijanymi lub zupełnie wiotkimi główkami i niezbornymi łapkami. Tylko dwa lub trzy zachowywały się normalnie. Te po wyschnięciu od razu poszły do małego Kozaka - jedynaka, który już zdążył opanować swoje nowe królestwo, czyli odchowalnik. Pozostałe przez wiele godzin kwiliły leżąc w inkubatorze dziobiąc bezlitośnie moje sumienie. Skrócić cierpienie, czy jeszcze poczekać? Poczekałam. Efekt? Jedenaście uratowanych ruchliwych kurzych istotek plus Kozak z numerem jeden. Uratowane pisklęta nie wykazują obecnie ŻADNYCH objawów niepokojących, jedzą, piją i łobuzują. To była dobra decyzja. A my dzięki temu mamy najlepszy telewizor, jaki można sobie wyobrazić.


Podsumowanie: przeżyły dwie nasze „krzyżóweczki”, jeden leghorn, sześć zielononóżek i trzy appenzellery. Z punktu hodowlanego porażka. Ale po ludzku: sukces :)




piątek, 26 lutego 2016

Po co wykonywać zdjęcie rtg u ciężarnej suczki?

Spotykamy się czasami ze stwierdzeniem, że zdjęcia rtg u ciężarnej suczki są niezasadne, a nawet szkodliwe. Osoby tak twierdzące często porównują suczki i kotki do kobiet, co oczywiście jest absolutną bzdurą. Ludzie należą do zupełnie innego gatunku. Trudno porównać kobietę do psa, kota, konia, czy chomika. Inny cykl płciowy, inny przebieg ciąży, inne zagrożenia. Dla kobiety ciąże jednopłodowe są standardem, u suk - rzadkością. Pojedyncze szczenię najczęściej nie jest w stanie wywołać akcji porodowej i często jest zbyt duże, żeby przedostać się przez drogi rodne. Również bardzo liczne mioty mogą stanowić zagrożenie dla matki. A liczenie szczeniąt najbardziej wiarygodne jest po 45 dniu ciąży właśnie na zdjęciu rtg. Badanie usg w drugiej połowie ciąży jest do oceny liczebności miotu zupełnie nieprzydatne. Na zdjęciu widoczne są też dysproporcje wielkości, czy nieprawidłowe ułożenia. Szczeniak z podwiniętą główką wciśniętą w drogi rodne nie ma szans na urodzenie i należy jak najszybciej wykonać cesarskie cięcie, bo każda godzina niepotrzebnego oczekiwania może skończyć się dla pacjentki i jej dzieci tragicznie.

Rtg Mikusi pacjentki przed decyzją o cesarce. 
Oczywiście, robienie zdjęć rtg bez wskazań lekarskich nie jest potrzebne. Ale są sytuacje, w których jedno zdjęcie może uratować życie szczeniąt i często też matki.

Przykładem dobrze ilustrującym zasadność wykonywania zdjęć rtg u ciężarnych suczek jest nasza dzisiejsza pacjentka. Mikusia jest maleńką suczką, która miała w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS wykonywane już dwa cesarskie cięcia. Trzecia ciąża przebiegała bezproblemowo i właściciele mieli nadzieję, że tym razem obędzie się bez powikłań. Akcja porodowa rozpoczęła się, ale szczeniąt ciągle nie było. Po założeniu wenflonu i pobraniu krwi do badań wykonaliśmy zdjęcie rtg. No tak, jeden duży płód, w dodatku dziwnie powykręcany. Decyzja: cesarka. Szczeniak wydawał się nie mieć wielkich szans na przeżycie, ale w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS walczymy o każdego pacjenta, nawet takiego maleńkiego, źle rokującego. Efekt: zadowolona psia mama i całkiem żywy, głodny maluszek :)


Nowourodzony maluszek pozdrawia! 


niedziela, 21 lutego 2016

Wysiadywania dzień 19 - końcowe odliczanie

Ostatnie dni pełne były mrożących krew w żyłach przygód. Pisklaki zamieszkujące w naszych jajach przeżyły dwie awarie prądu i związane z tym spadki temperatury i skoki wilgotności. Przeżyły, albo nie przeżyły... Na pewno przynajmniej jedno pisklę nie przeżyło. Owoskop powiedział, że maluch przestał się rozwijać. A pozostałe? Sprawdziłam tylko kilka jajek. W pozostałych nie było widać prawie nic, czyli duża szansa, że w środku siedziały już całkiem pokaźne ptaszyska. I to "prawie nic" wyraźnie się ruszało! Niesamowite wrażenie, jak się widzi kręcącą się wewnątrz jaja małą kurkę.

Utrzymanie temperatury w okolicy 38oC było prawdziwym wyzwaniem. Zawijanie inkubatora w koc na niewiele się zdało. Słoik z gorącą wodą mógł poparzyć jajka. Z kolei niższa temperatura wody nie była w stanie utrzymać minimalnych 32oC. Dlatego trzeba było zastosować wszystko, koce, dwa słoiki osłonięte kawałkiem materiału i regularną wymianę stygnącej wody na cieplejszą. A awaria prądu została usunięta po kilkunastu godzinach...

Testowanie odchowalnika ;) 
Cała rodzina z niecierpliwością czeka na wtorek, kiedy, według planu, wykluwać się będą nasze kurki. Jak wszystko dobrze pójdzie, to pochwalę się na blogu

filmikami :) Na razie w planie mam ostatnią kontrolę, która powinna pokazać trójkątne dzioby w komorze powietrznej, czyli pisklęta przygotowane do opuszczenia skorupki. Jajek od wczoraj nie obracamy, tak każą podręczniki.


Na stadko piskląt czeka już ich pierwszy domek: piękny, duży odchowalnik z promiennikiem ciepła. Jeszcze tylko poidełko, karmidełko, pasza dla bejbi-kurek i pierwsze jajka mogą pękać.    

środa, 17 lutego 2016

Szkolenie - onkologia i hematologia 2016

Szkolenia są różne: takie, na których koniecznie trzeba być i takie, na które wypada pojechać. Onkologia i hematologia zorganizowana przez dr Marcina Suszyńskiego i jego współpracowników z firmy VetCo to jedno z tych szkoleń, na które czekaliśmy niecierpliwie od wielu miesięcy. Po pierwsze: ze względu na tematykę, po drugie: gwiazdorską obsadę. Prof. C.Guillermo Couto to mój idol od wielu lat. Ciekawe i praktyczne publikacje, pełne życia prezentacje. Hematologia w jego wydaniu to miód dla uszu i umysłu. Tym razem, przynajmniej dla mnie, była to powtórka i podsumowanie posiadanej już wiedzy, ale mimo to z zainteresowaniem wysłuchałam wykładów.
Drugi z wykładowców, dr Gerald Post, przedstawił niezwykle interesujące wykłady onkologiczne. Trochę wiedzy ogólnej i dużo nowości. Szczególnie interesujące wydają się być informacje o nowych możliwościach diagnostycznych u pacjentów onkologicznych. Personalizacja biomarkerów, bo tego dotyczył ostatni z wygłoszonych przez doktora Posta wykładów, daje nie tylko dokładną informację o rodzaju nowotworu, ale też wskazówki dotyczące wyboru najskuteczniejszych leków. Czekamy z niecierpliwością na ofertę firmy Innogenics w Polsce, bo to będzie dla naszych pacjentów prawdziwy przełom!


Jak zawsze na takich konferencjach najwięcej przepływu informacji ma miejsce w kuluarach. Tym razem też nawiązaliśmy ciekawe kontakty, pojawiły się nowe pomysły sprzętowe, które jeszcze zwiększą skuteczność leczenia pacjentów nowotworowych Przychodni Weterynaryjnej THERIOS, a także ciekawe propozycje publicystyczne.  
Maja i Jacek Ingarden z dr Geraldem Postem w trakcie dyskusji w kuluarach
 



środa, 10 lutego 2016

Wysiadywania dzień 8

Ekspresowe podsumowanie pierwszego etapu wysiadywania: 


Leghorn: 4 jajka zalężone na 6 inkubowanych
Zielononóżka: 13 jaj zalężonych na 15 inkubowanych
Appenzeller: 6 jaj zalężonych na 6 inkubowanych
Australorp: 5 jaj zalężonych na 6 inkubowanych
I uwaga, nasze czarnule, czyli towarowa krzyżówka zielononóżki: 2 jaja zalężone na 5 inkubowanych.

Tylko dwie czarnule to niby fatalnie, ale po pierwszej kontroli wydawało się, że będzie 0 na 5, a teraz to niewielka rehabilitacja naszego Tysona. Braw Tyson!

Białaczka, czy nie białaczka? Historia Soni.

Powiększenie brzuszka przed zabiegiem
Sonia jest 8-letnim yorczkiem. Wyjątkowo grzeczna, pokornie znosi wszystkie badania i zabiegi. Pół roku temu właściciele zauważyli małe guzki na gruczole sutkowym. Markery nowotworowe nie wykazały złośliwości, ale i tak lekarz prowadzący zalecił usunięcie guzków i sterylizację. Jednak ze względu na optymistyczny wynik badania i ryzyko zaburzeń kardiologicznych właściciele odstąpili od operacji.
2 tygodnie temu Sonia poczuła się źle, pojawiły się wymioty, brak apetytu i silne osłabienie. Wykonano badania, które wykazały duże prawdopodobieństwo białaczki. Do tego bardzo powiększony brzuszek. Suczka została skierowana na konsultację onkologiczną do dr Mai Ingarden.

Doktor Maja podrapała się po głowie i stwierdziła, że… coś tu nie gra. Rasa, wiek, objawy. A jak już na etapie wywiadu kupy się wszystko nie trzyma, to trzeba zrobić badania. Po pierwsze: badania krwi. Absolutne minimum to morfologia z rozmazem i biochemia. Po drugie: diagnostyka obrazowa, usg i przeglądowe zdjęcia rtg. W międzyczasie rozmowa o potencjalnym zagrożeniu leczenia białaczki przy guzach sutka. Taka rozmowa zawsze coś ciekawego wnosi. Wprawdzie pacjentka była kilkakrotnie badana, m. in. było wykonywane usg, które wykazało powiększoną wątrobę i śledzionę, a do nas trafiła na konsultację onkologiczną, ale pewne pytania zawsze powinny być zadane. Do takich pytań należy cieczka. Kiedy była ostatnia i jaki miała przebieg? Okazało się, że cieczkę Sonia miała 2 miesiące temu i prawie nie było krwawienia. Właścicielka przyznała, że nie miała typowego przebiegu. 
Powiększona macica na zdjęciu rtg
Zdjęcia rtg i usg wykazały powiększoną znacznie macicę, a badania krwi silne zapalenie i silne zatrucie. A białaczka? Białaczki nie było! Uszkodzony szpik produkował nieprawidłowe komórki, które „zwykły” analizator rozpoznał jako limfocyty. Cytometr (Lasercyte) nie dał się oszukać i pokazał prawdziwy wynik: neutrofilię z monocytozą.
Właściciele dostali dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra: nie ma białaczki, znamy przyczynę choroby i jest szansa na wyleczenie. Zła: stan Soni jest bardzo poważny i bez operacji nie ma szans na przeżycie.
Decyzja: w pierwszej kolejności usunięcie macicy, a jak dojdzie do siebie gruczołu sutkowego.
Zabieg pacjentka zniosła doskonale, już godzinę po zabiegu pomaszerowała na spacer. Po kilkutygodniowej rehabilitacji czekają ją kolejne zabiegi, tym razem usunięcia guzów sutka. 

Badanie usg: widoczna macica wypełniona ropą 

Pierwszy wynik: fałszywie wysokie limfocyty

Wynik z PW THERIOS: neutrofilia z monocytozą
 
Usunięta wypełniona ropą macica

Brzuszek Soni po zabiegu

Pacjentka tuż po wybudzeniu 



wtorek, 9 lutego 2016

Pierwsze prześwietlenie, czyli co w jajku piszczy, wysiadywania dzień 7

Oficjalne prześwietlenie jaj ma mieć miejsce dzisiaj wieczorem. Ale już wczoraj po cichu, w tajemnicy przed rodziną, uruchomiłam owoskop i zaglądnęłam do części jajek. Głównie po to, żeby się dzisiaj nie zbłaźnić, bo w końcu robię za autorytet jajeczny. To ja wymyśliłam kury i ja podjęłam wyzwanie wysiadywania. Wyjęłam kurze usg, czyli owoskop i zaczęłam zaglądać. Najpierw duże jajo zielononóżki. Jest! Ciemna plamka i opisywana w mądrych źródłach sieć naczyń krwionośnych. Plamka nawet się trochę kręci. Hurra, żyje! Ok, teraz mała zielononóżka, czyli takie jajo "połóweczka". Niby każą takie eliminować, ale jak się z tego małego coś wykluje, to będzie większa radość. Jest, żyje! Żyły też appenzellerki i australopteki, podobnie leghorny. Sprawdziłam tylko kilka, żeby rodzina żalu nie miała. Potem z drżącym sercem sięgnęłam po nasze, zniesione w naszym kurniku przez nasze kury, zapłodnione przez naszego koguta... Emocje sięgnęły zenitu. Uwaga, uwaga.....
Klops
Puste :( Pierwsze, drugie, trzecie i czwarte...
Dostały jeszcze kilka dni szansy, bo też do inkubatora zostały włożone dzień później. Jak nie to klops, a raczej... jajecznica...
Obwiniony został nasz kogut, Tyson. Przegrał wojnę z Elegancikiem, potem dostał szansę na rehabilitację. Tak to jest z tymi nadmuchanymi, kolorowymi facetami. Dużo słów, mało treści. Kolorowa marynarka, nadmuchane mięśnie i wypachniona broda to nie wszystko. Potwierdziła się teoria profesora Dubiela, który zawsze podkreślał, że najlepszy reproduktor to nie ten cukiereczek, tylko śmierdzący, niedomyty lump... Tylko skąd ja teraz wezmę śmierdzącego, niedomytego koguta??? Na targu widziałam ostatnio same jakieś takie nie-do-końca zdrowo wyglądające, a dorodnie wyglądały tylko... króliki. Ale królik się nie nada...

W temacie kur, ale już z nieco innej beczki, to dzisiaj spotkałam sąsiadkę. Pochwaliłam się pomysłem na drobiowy przychówek i wybiegając w przyszłość podzieliłam się wątpliwościami dotyczącymi pozbawiania życia nadprodukowanych kurek. Sąsiadka uśmiechnęła się szeroko i stwierdziła, że mogę na nią liczyć. Dostarczę kurki, a odbiorę wypatroszone i pozbawione piór tuszki. Moje sumienie zawyło, ale rozsądek zneutralizował obiekcje sumienia.

Na razie wysiadujemy, potem zobaczymy...

A dla fanów koncertów drobiowych filmik ekstra ;)

video

piątek, 5 lutego 2016

Wysiadywania dzień 3... Pierwsza prezentacja

... czyli co powinno mieszkać w moich jajkach.

Wysiadywanie przebiega zgodnie z planem. Za 4 dni pierwsze prześwietlanie!
Czas na przedstawienie wybranych przez mnie ras.


Po pierwsze: APPENZELLER

Stara szwajcarska rasa czubatek, a do tego mają charakterystyczny grzebień, który nadaje im nieco diabli wygląd. Typowa rasa górska odporna na trudne warunki klimatyczne. Podobno są piękne i ruchliwe, stąd zaleca się dla nich dużą wolierę. Występują w kilku odmianach barwnych, z których najpopularniejsze to: czarna, niebieska, czarna srebrna nakrapiana i złota czarna nakrapiana. Maluchy mają po wykluciu takie śmieszne irokezki na głowach. Dorosłe mają małe główki z rosnącym do przodu czubem. Nie są duże (kura 1,2-1,5 kg, kogut 1,5-1,8 kg), jajka białe, ważą ok. 55g.


Po drugie: AUSTRALORP, zwany przez mnie australopitekiem.

Jak nazwa sugeruje, kura ta pochodzi z Australii, a wśród jej przodków wymienia się... czarnego orpingtona. Poza egzotyką nazw reszta jest jak najbardziej przyziemna. Australorpki są bardzo dobrymi nioskami (do 260-280 jaj rocznie). Są dość duże (kura do 2,0-2,5 kg, kogut do 3,0-3,5 kg). Niechętnie latają i mają przyjazne nastawienie do ludzi. Podobno są bardzo komunikatywne. Są hodowcy którzy twierdzą że "na ręce się nie garną, ale z ręki jedzą". Najczęściej występujący kolor to czarny, rzadziej biały i niebieski łuskowany.


Po trzecie: LEGHORN

Leghorn to jedna z najpopularniejszych niosek. Włoszka zmodyfikowana w USA, a więc aspekt patriotyczny leży... Mała kurka, ale baaardzo jajeczna. Zjada ok. 40% paszy mniej niż koleżanki z branży, a znosi nawet do 300 jaj rocznie. Jajka ważą ok. 63g (inne źródła podają 55g) i są białe. Niepokoi mnie stwierdzenie, że nadają się do chowu wielkotowarowego. A zielona trawka? Takie białe na zielonym byłoby niezwykle malownicze. Niektórzy hodowcy na różnych forach podkreślają wybitnie użytkowy walor, pomijając efekt wizualny. Ale popatrzcie sami, czy nie są to ładne kurki?


Po czwarte: ZIELONONÓŻKA
Ale to temat na osobny artykuł. Już wkrótce!


czwartek, 4 lutego 2016

Zamiast wysiadywania... pączki ;)

Pączki przed
Wysiadywania dzień drugi. W sumie to, co w dniu pierwszym, czyli obracanie jajek, kilka akcji obronnych przeciwko małym urwisom, kontrola temperatury i wilgotności i tyle. Za to działo się sporo w najbliższym sąsiedztwie jajecznego gniazda. Robiło się kilka eksperymentów, jedne bardziej udane, inne... mniej...

Eksperyment nr 1: sok z rzepy i jabłek. Nieudany. Najlepiej jak najszybciej o nim zapomnieć. Już wiem, dlaczego lepiej rzepą myć włosy, zamiast ją pić.

Eksperyment nr 2: domowa mozarella. Wszystko byłby o.k., ale w trakcie pierwszego podgrzewania mleka umarł termometr żywnościowy i temperatura była określana organoleptycznie. Jednak organoleptyczne rozpoznanie temperatury dokładnie 31oC, 42oC i 85oC jest trudne. Efekt eksperymentu ocenimy jutro ;)

Eksperyment nr 3: na pocieszenie po pierwszej porażce został wyciśnięty sok skazany na sukces, czyli ananas + gruszka + mięta + truskawki. Polecam! Bez względu na proporcje zawsze będzie pyszny.

Pączki w trakcie 
Eksperyment nr 4: domowe pączki. Obowiązkowe, bo dzisiaj jest Tłusty Czwartek. Ten eksperyment to nie do końca eksperyment, bo przepis został wielokrotnie sprawdzony (Mistrz Łebkowski - polecam!), ale zastosowałam nową konfiturę z róży. Niestety kupną, bo pracowicie produkowana w lecie domowo-ogródkowa została zneutralizowana. Pierwszy słoiczek pożarł mój mąż dnia pierwszego po zrobieniu, a drugi zginął tragicznie rozbity przez tegoż samego winnego. Trzeciego słoika nie było, bo krzaczki róży były zbyt młode, żeby urodzić więcej kwiecia. Konfitura kupna zaspokoiła moje oczekiwania i pączki zostały pochłonięte niezwykle szybko i do zera. Jutro kolejne podejście, tym razem dla myślenickich zuszków. Ma być przynajmniej 30 ;)

Pączki po


środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień 1

24 godziny minęły. Nadszedł czas nasadzania. Kurczęta nie będą miały szczęścia posiadać prawdziwej piórzastej mamy, tylko mamę zastępczą: plastikową. Przez najbliższe 3 tygodnie będą sobie mieszkać w swoich jajkach w wentylowanym, grzanym i nawilżanym plastikowym pudle. Wentylator śpiewać im będzie kołysanki, a ja... pewnie będę ratować im kilka razy dziennie życie przed małymi opiekunami w postaci Błażeja i Mikołaja. Mąż weterynarz wprawdzie pogodził się z myślą, że rodzina nam się znowu powiększy (po milionie dżdżownic to w sumie niewielka liczba), ale wyraził obawę, że przy tak ruchliwych i hałaśliwych niańkach jak chłopaki Ingarden, kurczaki urodzą się zestresowane, a może nawet wściekłe. I trzeba koniecznie znaleźć jakieś wyjątkowo ciche i spokojne miejsce. I znaleźliśmy - za najbezpieczniejszy został uznany blat kuchenny... Przynajmniej na widoku, z możliwością stałej kontroli całego towarzystwa ;)

Wysiadywania dzień zerowy

Weterynarz wpadł na pomysł, że samodzielnie będzie wysiadywać jajka. Wszystko ku zgrozie jednej części rodziny i radości drugiej. Mąż, też weterynarz, załamał ręce i próbował się oprotestować, jednak bezskutecznie. Uległ jak zawsze ;)
Wysiadywanie jajek składa się z kilku etapów i wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze, trzeba podjąć trudną decyzję, po co chcemy wysiadywać jajka. Czy chodzi o więcej kur, więcej tuszek, więcej jajek, czy po prostu więcej frajdy. Decyzja dla miłośnika zwierząt niezwykle trudna. Ale rodzina oprócz dóbr duchowych (czyli wysiadywanie dla frajdy) krzyczy jeść, a domowa kurka i domowe jajko są dla dzieci zdecydowanie zdrowsze niż plastikowe, nafaszerowane chemią produkty dostępne w sklepach. Na razie numerem jeden jest frajda, w drugiej kolejności jajka, a potem... zobaczymy.
Przygotowania rozpoczęły się już kilka miesięcy temu. Weterynarz nafaszerował się potężną dawką wiedzy i zrobił pierwszy krok: zamówił inkubator i owoskop. Inkubator, jak nazwa głosi służy do inkubacji, czyli wysiadywania jajek. Owoskop to odpowiednik usg u ludzi: kontrola rozwoju małej istotki, która mieszka wewnątrz.
Kolejna decyzja: kiedy i jak. Serce krzyczało, żeby jak najszybciej, rozsądek kazał czekać. Zwyciężył rozsądek. Do tematu wróciliśmy w styczniu. Najlepszym miejscem do poszukiwania jajek dla takiego ignoranta w temacie wysiadywania jak autorka tekstu zostało... allegro. Klik „jajka” w dziale Dom i Ogród > Żywe zwierzęta wykazał duże bogactwo ofert. Po długich rozmyślaniach wybór padł na jajka zielononóżek z certyfikatem pochodzenia. Zielononóżka była wyborem oczywistym, bo weterynarz ma ciągoty patriotyczne, a trudno o bardziej patriotyczną kurkę niż zielononóżka. Ale... Właśnie, najgorsze jest zawsze to nieszczęsne „ale”. Ale hodowca zażądał kontaktu telefonicznego przez zakupem. No to zadzwoniłam. Pan był bardzo miły i bardzo ekspresyjnie opowiadał o swoich kurkach, jajkach i wysiadywaniu. W efekcie zamiast 10 jajek kupiłam ponad 30, w tym nie tylko patriotyczne zielononóżki, ale też jakieś inne, bardziej egzotyczne. Są też takie, które mają wyglądać jak wcielone diabły, z grzebieniami w kształcie diablich rogów i rosochatą czupryną... Rasy będę przedstawiać stopniowo w kolejnych dniach, żeby wypełnić nudne oczekiwanie na wyklucie ;)

Jajka zostały przywiezione przez kuriera i odłożone na 24 godziny w temperaturze pokojowej, w spokojnym miejscu. W tym czasie uruchomiliśmy inkubator, żeby ustabilizować temperaturę i wilgotność. Jutro kolejny etap, czyli... dzień pierwszy wysiadywania :D