Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chłoniak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chłoniak. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2016

Pechowa 13-stka

Trzynasty dzień miesiąca – kto nie zna tego przesądu? Wiele osób najchętniej nie ruszyło by się w ten dzień z domu. Po co kusić los? Gorzej, jak tego akurat dnia trzeba stawić się u lekarza weterynarii ze swoim zwierzakiem. Smutne rozpoznania sypią się jedno po drugim. Tak też było 13 lipca w THERIOSie. Rozpoznania złe, ale może właśnie dzięki tym smutnym diagnozom nasi pacjenci dostaną długie miesiące szczęśliwego, bezbolesnego życia? Albo łatwiej będzie podjąć decyzję o skróceniu cierpienia, gdy nie będzie się już dało opanować bólu...

Pierwsza pacjentka, o której opowiem, to kulejąca na tylne łapki 10-letnia rottweilerka. Pierwsze podejrzenie: dysplazja. Zdjęcie rtg rozwiało wątpliwości – nieoperacyjna liza kości, przypuszczalnie tła nowotworowego. Zastanawiamy się nad paliatywnym zastosowaniem chemioterapii. Niestety, najskuteczniejszej, chirurgicznej metody leczenia kostniakomięsaka nie jesteśmy w stanie zastosować...


Druga pacjentka została przez nas nazwana Baśką. Imię wprawdzie ma inne, ale przez pomyłkę określiłam ją Baśką, więc Baśką już dla mnie pozostanie :) Też sunia, 9-letnia cane corso. Ta ma więcej szczęścia, bo zmiana na łapie wygląda paskudnie, ale mamy wiele możliwości, żeby jej pomóc. Podejrzenie to samo – kostniakomięsak (osteosarcoma), wstępnie potwierdzony cytologicznie. Dla pewności pobraliśmy wycinek kości do badania histopatologicznego. Może pójdzie śladem Sziny i zostawi w tyle książkowe statystyki? W klatce piersiowej i brzuchu brak przerzutów, badania krwi w porządku, biodra zdrowe. 




Ostatnia pacjentka onkologiczna z pechowej „13-stki”, to roczna Kitka. Kilka dni temu źle się poczuła. Lekarka prowadząca stwierdziła płyn w klatce piersiowej i skierowała do THERIOSa na konsultację. Kotka jest ofiarą wirusowej białaczki kotów – choroby zakaźnej, która regularnie zbiera żniwo wśród kotów do piątego roku życia. Jedną z konsekwencji działania wirusa jest chłoniak – złośliwy nowotwór układu chłonnego. Już na zdjęciu rtg widać było charakterystyczny obraz dla postaci śródpiersiowej tego nowotworu. Pobraliśmy do badania płyn. Cytologia potwierdziła wstępne rozpoznanie... Przed wybudzeniem podaliśmy Kitce przez maskę sporą porcję tlenu, żeby poprawić jej komfort życia. Na ostatnim zdjęciu kocica nieświadoma choroby zwiedza stół, na którym oczekuje na pierwszą porcję leków przeciwnowotworowych... 




  Więcej informacji o białaczce kotów, chłoniaku i kostniakomięsaku znajdziesz TUTAJ >>> 

środa, 17 lutego 2016

Szkolenie - onkologia i hematologia 2016

Szkolenia są różne: takie, na których koniecznie trzeba być i takie, na które wypada pojechać. Onkologia i hematologia zorganizowana przez dr Marcina Suszyńskiego i jego współpracowników z firmy VetCo to jedno z tych szkoleń, na które czekaliśmy niecierpliwie od wielu miesięcy. Po pierwsze: ze względu na tematykę, po drugie: gwiazdorską obsadę. Prof. C.Guillermo Couto to mój idol od wielu lat. Ciekawe i praktyczne publikacje, pełne życia prezentacje. Hematologia w jego wydaniu to miód dla uszu i umysłu. Tym razem, przynajmniej dla mnie, była to powtórka i podsumowanie posiadanej już wiedzy, ale mimo to z zainteresowaniem wysłuchałam wykładów.
Drugi z wykładowców, dr Gerald Post, przedstawił niezwykle interesujące wykłady onkologiczne. Trochę wiedzy ogólnej i dużo nowości. Szczególnie interesujące wydają się być informacje o nowych możliwościach diagnostycznych u pacjentów onkologicznych. Personalizacja biomarkerów, bo tego dotyczył ostatni z wygłoszonych przez doktora Posta wykładów, daje nie tylko dokładną informację o rodzaju nowotworu, ale też wskazówki dotyczące wyboru najskuteczniejszych leków. Czekamy z niecierpliwością na ofertę firmy Innogenics w Polsce, bo to będzie dla naszych pacjentów prawdziwy przełom!


Jak zawsze na takich konferencjach najwięcej przepływu informacji ma miejsce w kuluarach. Tym razem też nawiązaliśmy ciekawe kontakty, pojawiły się nowe pomysły sprzętowe, które jeszcze zwiększą skuteczność leczenia pacjentów nowotworowych Przychodni Weterynaryjnej THERIOS, a także ciekawe propozycje publicystyczne.  
Maja i Jacek Ingarden z dr Geraldem Postem w trakcie dyskusji w kuluarach
 



środa, 25 listopada 2015

Nowe dziwadełko - przypadkowiak

Przypadkowiak, czyli incydentaloma. Czy to jakiś szalony wymysł lekarzy z THERIOSa? Brzmi: 
- dziwnie 
- niepokojąco 
- śmiesznie 
- strasznie 
- prawdziwie 
- nieprawdziwie. 


Tak naprawdę to nie jest żaden wytwór fantazji. Wikipedia mówi: "Incydentaloma (przypadkowiakłac. incydentalomaang. incidentaloma) – guz znaleziony w badaniu obrazowym przypadkowo, któremu nie towarzyszą objawy kliniczne. Najczęstszymi bezobjawowymi guzami tej grupy są gruczolaki przysadki i nadnerczy. " 

Dlaczego przypadkowiak został głównym bohaterem dzisiejszego artykułu? Bo został również bohaterem listopadowego kursu ultrasonograficznego zorganizowanego w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Guz nadnercza został stwierdzony u 9-letniego gończego polskiego, Hajduka. Po raz pierwszy "wybadany został" pół roku temu i od tej pory jest poddawany wnikliwej obserwacji. Jest to jeden z tych rodzajów nowotworów, które nie wymagają interwencji lekarskiej. Najczęściej guzy te są łagodne i nie powodują żadnych objawów klinicznych, a usunięcie bywa znacznie bardziej niebezpieczne niż pozostawienie. Dla nas jako onkologów chirurgia powinna być podstawą, w innych sytuacjach lepsza jest chemioterapia, a nie-robienie-niczego jest czymś trudnym do wyobrażenia. A jednak czasami należy słuchać zdrowego rozsądku. "Najważniejsze nie szkodzić"


Dla uczestników kursu była to duża niespodzianka. Nie dość, że mieli okazję oglądnąć wiele ciekawych obrazów (guzy śledziony, wodobrzusze, wodopiersie, kamica pęcherza moczowego, torbielowatość jajników, limfadenopatia u psa i u kota), to jeszcze rzadko spotykany przypadkowiak... Więcej o naszych kursach TUTAJ >>>



Cielęce spojrzenie "ciekawego" pacjenta :)

czwartek, 12 marca 2015

Opinia właściciela - o leczeniu chłoniaka :)

Wirtualnie też pomagamy :) Oto mail od właścicielki Gucia, który żyje i ma się dobrze. Na odległość też da się leczyć... Dziękuję za miłe słowa :) 

"Witam Pani Maju! Już dużo minęło od czasu naszej ostatniej korespondencji, ale ja ciągle pamiętam, ze to Pani była osobą na drodze leczenia mojego Gucia, dzięki której on jeszcze z nami jest. Wszyscy weterynarze mówili, że leczenie chemioterapią to uśmiercanie psa... I już mieliśmy się poddać i nagle trafiłam na Pani stronę. Pani swoją działalnością i dobrymi radami pchnęła nas w dobrym kierunku. Gucio ciągle jest leczony pod czujnym okiem dr Gugały i ma się świetnie. Czuje się wręcz wyśmienicie, a muszę podkreślić, że przed kuracją chemioterapią był w bardzo złym stanie. Dla mnie to duży sukces, że jest z nami w tak dobrej kondycji, bo nic nie zapowiadało takiego obrotu zdarzeń dlatego uważam, że należą się Pani jeszcze raz podziękowania - więc DZIĘKUJEMY.   

PS w załączniku przesyłam zdjęcia rozpieszczanego przez nas stale Gucia. 
PS 2 gdyby ktoś zapytał mnie czy leczyć chemioterapią moja odpowiedź byłaby TAK ! ZDECYDOWANIE! 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego Pani i zwierzakom, które mają szczęście się z Panią spotkać.
Sarah" 



Mail i zdjęcia opublikowane za zgodą właścicielki. 
Fot. z archiwum właścicieli Gucia. 

sobota, 14 lutego 2015

Działo się, działo... na kursie "Cytologia kliniczna"


  
   W dniach 6 i 7 lutego 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS odbył się pierwszy kurs pt. "Cytologia kliniczna". Podejść do kursu było wiele. Był pomysł, żeby zrobić go z jakimś patologiem, miał to być kurs 1-dniowy, był też pomysł kursu 5-dniowego. Termin był kilka razy odkładany z powodu... chronicznego braku czasu na przygotowania. Przy stadku dzieci każdy pomysł odłożenia dużego przedsięwzięcia na później był dobry... Choroby, zebrania i imprezy szkolno-przedszkolne mnożyły się jak króliki. W końcu sami kursanci przycisnęli mnie, że kurs ma się odbyć i kropka. Tyle, że przygotowania do kursu 2-dniowego trwają zazwyczaj wiele miesięcy. Trzeba ustalić program, przygotować prezentacje, posegregować i powybierać preparaty, porobić zdjęcia, zorganizować zajęcia praktyczne i wypożyczyć mikroskopy... Do tego jeszcze materiały drukowane, dyplomy, punkty edukacyjne i stos faktur. Niby niewiele, ale pracy co niemiara...
  W końcu nadszedł termin kursu. Zaczęłam realizować misternie przygotowywany plan. Grupa była w większości początkująca, ale było kilka osób, które przyjechały, żeby usystematyzować i poszerzyć swoją wiedzę. Kursantki zjechały do THERIOSa z całej Polski, zaglądnijcie na mapkę obok. Pierwszy wykład: podstawy cytologii, drugi: obraz zapalenia. Przerwa. Wpada mój mąż i pyta: chcecie zobaczyć biopsję wątroby? No ba, kto by nie chciał zobaczyć. Materiał pobrany, kursantki samodzielnie przygotowywały preparaty. Hmmm... Ostro jak na początek. Ale poszło im doskonale. Preparaty, których nie powstydziłby się profesjonalny patolog. Czas wrócić do podstaw. Ale pojawia się kolejny pacjent: berneńczyk z chłoniakiem. Kolejna biopsja i kolejny ciekawy przypadek. Szczególnie, że psiak zdążył dostać steryd (dzięki niemu psisko mniej cierpiało, ale w diagnostyce to nie pomogło...). Na szczęście (lub jak kto woli: nieszczęście) rozpoznanie nie pozostawiało wątpliwości: chłoniak. Początek ambitny, ale z drugiej strony kursantki nie są początkującymi klinicystami, więc chłonęły ciekawe przypadki z entuzjazmem...
   Po obiedzie zeszliśmy trochę na ziemię i zajęliśmy się... kupą i moczem. Do tego pogrzebaliśmy w uszach, worku napletkowym i skórze. Na zakończenie dnia jeszcze dwie prezentacje i caaała noc na odpoczynek i przetrawienie wiadomości.
   W sobotę przeszliśmy do kolejnego etapu szkolenia: nadszedł czas na cytologię nowotworów i płyny z jam ciała. I na kulminacyjny punkt dnia: test... Zobligował nas to tego obowiązek narzucony nam przez kuratorium. Jest certyfikat, musi być sprawdzian. Mus to mus. Wcześniej zapewniłam, że to nie szkoła i nie będę pilnować i sprawdzać, czy nie ma ściąg. Kursantki grzecznie porozsiadały się po klinice i SAMODZIELNIE (podglądałam!) odpowiadały na pytania. Wszyscy dostali zaliczenie ;) 
   Zajęcia praktyczne polegały na pobieraniu materiału do badania cytologicznego, przygotowaniu preparatów (rozmazy, odciski), barwieniu i ocenie mikroskopowej. Drugiego dnia uczyliśmy się wykonywać biopsje cienkoigłowe z narządów. Do nakłucia można było wybrać sobie jądra, śledzionę i guz żołądka.  
   W czasie szkolenia oprócz oceny preparatów pobranych od pacjentów oglądaliśmy preparaty archiwalne. Szkiełka były podzielone na kilka grup tematycznych. Były rozmazy ze skóry i kanałów słuchowych, z moczu, z kału, było sporo szkiełek "nowotworowych". Pod koniec na pytanie: "komu jeszcze mastocytomę?" słyszałam "nieeee, znowu mastocytoma??? Ja poproszę czerniaka... "
   Dziewczyny pracowały na mikroskopach firm Delta Optical i Motic. Firma Delta Optical przygotowała miłą niespodziankę: wszyscy uczestnicy naszego kursu, którzy do końca marca zdecydują się na zakup u nich mikroskopu dostaną 10% zniżki. Zaprezentowany też został analizator hematologiczny LaserCyte amerykańskiej firmy Idexx, który ma wbudowaną funkcję badania płynów z jam ciała.
   Na zakończenie kursantki otrzymały certyfikaty i pojechały do domu sprawdzać zastosowanie nowo zdobytej wiedzy w praktyce.

Na kolejną edycję kursu zapraszamy w jesieni. Informacji proszę szukać na stronie www.therios.eu


Powrót do strony Przychodni Weterynaryjnej THERIOS >>>  










 








sobota, 24 stycznia 2015

Pożegnania, czyli rozważania o eutanazji naszych pacjentów...

Czas na trudny temat. Eutanazja. Temat trudny i dla właściciela, który musi podjąć decyzję o pożegnaniu i dla weterynarza, który często nie potrafi zachować dystansu do pacjenta, którego przez wiele miesięcy, czy lat leczył, walczył o jego życie, a teraz musi mu to życie odebrać... Przed podjęciem decyzji o studiach weterynaryjnych ta jedna myśl nie dawała mi spokoju: czy będę w stanie uśpić psa, kota, czy konia? Stwierdziłam, że nie. Niech robią to inni, Ja będę tylko leczyć, i to skutecznie.
Życie jednak szybko sprowadziło mnie na ziemię. Usłyszałam kilka opowieści klientów, którzy przeżyli traumatyczne uśpienie swoich zwierząt, było też kilku znajomych wetów, którzy "szkolili" mnie, co należy zrobić, żeby oszczędzić na lekach. Szczegóły pominę... W końcu stwierdziłam, że jak tak ma wyglądać ostatnie pożegnanie, to jednak będę to robić sama. Bez stresu dla ciężko chorego zwierzaka, bez bólu. Bo po to jest eutanazja - żeby znieść cierpienie u pacjenta, któremu nie da się już w inny sposób pomóc. W onkologii weterynaryjnej pożegnań jest więcej, niż w innych dziedzinach. Wielu pacjentów przyjeżdża do nas nie po wyleczenie, ale na leczenie paliatywne. Mają przeżyć ostatnie tygodnie życia szczęśliwie, bez bólu. Przychodzi jednak moment, gdy nie jesteśmy już w stanie poprawić komfortu naszemu pacjentowi. I wtedy sami mówimy, że przyszedł czas pożegnania. Pacjent cierpi, często jego spojrzenie mówi, że to koniec, życie przestało go cieszyć i chce odejść...
W Przychodni Weterynaryjnej THERIOS staramy się szczególną opieką otoczyć najbardziej cierpiące zwierzaki i ich właścicieli. Każdy z nas, lekarzy i asystentów PW THERIOS, też jest właścicielem zwierzaków i też wiele razy musieliśmy podejmować te trudne decyzje.
Jak wygląda eutanazja psa / kota? Najpierw ustalamy, czy rzeczywiście pacjentowi już nie da się pomóc. Zwierząt zdrowych, czy nadających się do leczenia nie usypiamy! Rozmawiamy z właścicielami na temat przebiegu całego procesu, ustalamy, czy właściciele chcą być ze swoim psem / kotem do samego końca, proponujemy odpowiedni dla pacjenta zestaw leków. Zakładamy wenflon i podajemy leki uspokajające i wyciszające, które wprowadzają zwierzaka w spokojny sen. Następnie dożylnie podajemy przeznaczony do eutanazji zwierząt barbituran, który wprowadza pacjenta w głęboką narkozę. Lek ten się przedawkowuje, doprowadzając do łagodnej, nieświadomej śmierci.
Wielu właścicieli od lat decyduje się na pozostawienie swoich zwierząt do kremacji. Jednak była to kremacja zbiorowa. Od niedawna możliwa jest w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS kremacja indywidualna. Podjęliśmy współpracę z lubelskim Parkiem Pamięci. Po eutanazji można zostawić pacjenta w naszej chłodni, a w ciągu kilku dni zostanie on przewieziony do Lublina i poddany kremacji. Prochy mogą być dostarczone właścicielom w specjalnym pojemniku lub, za dodatkową opłatą, w wybranej przez siebie urnie. Dzięki temu pożegnanie z ukochanym zwierzakiem staje się godne i pomaga wielu właścicielom łagodniej przejść przez ten trudny okres.





poniedziałek, 29 grudnia 2014

Poświąteczny zawrót głowy z pacjentami...


Poniedziałki po świętach zawsze są pracowite. Nasze zwierzaki jak na złość najgorsze choroby wymyślają akurat w czasie świąt. A do tego wielu właścicieli z wizytą czeka na okres międzyświąteczny, ponieważ mogą wziąć wolne z pracy i zaopiekować się swoim zwierzakiem po planowanym zabiegu. Są też tacy, którzy wybierają się do nas przy okazji świątecznego przyjazdu do rodziny z dalekich miast, czy nawet krajów. Taki też poniedziałek dzisiaj nastał.

Zabiegi były dwa, jeden u naszej stałej pacjentki Fugi, która na szczęście niczego ciekawego nie wymyśliła, tylko niewielkie guzki skórne.

Druga była sunia z pokastracyjnym nietrzymaniem moczu. Wcześniej była konsultowana w Wielkiej Brytanii, ale leczenie nie przyniosło oczekiwanych efektów. Przyjechała do nas na specjalistyczny zabieg podwieszenia pochwy. Problem jest spowodowany zaburzeniem anatomicznym w obrębie jamy brzusznej, do którego czasami dochodzi po zabiegach sterylizacji. Szczególnie narażone są rasy molosowate oraz wyżły weimarskie. Inne rasy rzadko, ale też mogą mieć problemy. Szczególnie rzadko nietrzymanie moczu występuje u kastrowanych samców. Niedawno na kontrole przyjechał Fred, u którego trzeba było operacyjnie podwiesić prostatę. Efekt jest rewelacyjny. Problemy z niekontrolowanym oddawaniem moczu skończyły się jak ręką odjął. Mamy nadzieję, że dzisiejsza operacja też będzie równie skuteczna i poprawi naszej pacjentce komfort życia.


Odwiedzili nas też dzisiaj licznie pacjenci onkologiczni. Była suczka z gruczolako-rakiem ślinianki, był golden z chłoniakiem i zapaleniem trzustki (leczony od sierpnia). Ostatnim moim pacjentem był berneńczyk, również chłoniakowy. Przyjechał na diagnostykę kwalifikującą do chemioterapii. Standardowe badania nie wykazały niczego szczególnego. Ale w trakcie badania usg nie spodobał mi się układ gazów w brzuchu. Występowały jakby punktowo. Zazwyczaj jelita są zgazowane całe i badanie jest utrudnione. Tutaj było inaczej. I jakieś dziwne odbicia i zakłócenia... "Zróbmy jeszcze zdjęcie rtg" zadecydowałam. Nie byłam pewna, czy decyzja jest dobra, czy nie generuję niepotrzebnych kosztów. Ale jak na ekranie monitora pojawiło się zdjęcie już wiadomo było, że hmmm... mamy problem w postaci... zobaczcie sami. 4,5 centymetra metalowej śruby w żołądku. Przypuszczalnie została zjedzona ze śniegiem. Ze względu na stopień zaawansowania chłoniaka nie mogliśmy pozwolić sobie na operacyjne usuwanie ciała obcego. Zostawić też nie za bardzo. Nasz pacjent pojechał "na sygnale" na endoskopię do Wrocławia, do dr Dariusza Niedzielskiego. Jak się uda wyciągnąć śrubę endoskopowo, to za kilka dni będziemy podawać pierwszą chemię... Jak widać badania dodatkowe są potrzebne i jeżeli niczego się nie znajdzie, to tylko trzeba się cieszyć...

Ciało obce (śruba) w żołądku berneńczyka z chłoniakiem.

Operacja podwieszenia pochwy przy pokastracyjnym nietrzymaniu moczu.

Pacjentka po zabiegu już prawie wybudzona.


piątek, 28 listopada 2014

Nie zawsze guz oznacza nowotwór...


W naszej pracy spotykamy się z różnymi reakcjami właścicieli na zauważone zmiany. Od ignorowania i bagatelizowania, po skrajną histerię. Największa liczba właścicieli na szczęście mieści się pośrodku statystyk, czyli podchodzą z umiarkowanym stresem i rozsądnie. Zbierają swojego zwierzaka do weterynarza i pokornie przyjmują wszelkie sugestie. Niektórzy po otrzymaniu wstępnego "wyroku" idą do sąsiadki, która w naszym społeczeństwie ma często głos ostateczny. Czasami sąsiadka zaakceptuje decyzje, czasami skrytykuje, a czasem zaproponuje wizytę u specjalisty. Rolę sąsiadki coraz częściej odgrywa internet. Doktor Google zasypuje nas całą górą porad. Od rozsądku czytającego zależy, co z tych porad wyniesie. Niedawno u jednego z pacjentów postawiliśmy podejrzenie dziedzicznej choroby mózgu. "Ale pani doktor" - mówił właściciel - "tutaj tylko część objawów pasuje, niemożliwe, żeby to było to, psy na jutubie dużo gorzej wyglądają i wszystkie mają mniejsze głowy...". Może i tak, ale przy decyzji, czy robić niepotrzebny (ryzykowny) zabieg, czy wcześniej zrobić dodatkowe badanie, które da nam jasny obraz, trzeba postępować rozważnie.

Pacjentką dnia była 2-letnia kocica. Podobno niegrzeczna i niepewna, u nas była wzorem dobrego zachowania. Kotka została jakiś czas temu adoptowana. Pewnego dnia właścicielka zauważyła duży guz na szyi. Guz był niebolesny, w okolicy węzłów chłonnych, kotka czuła się fantastycznie. Jako, że pańcia kocicy jest naszą klientką od wielu lat nie zastanawiając się długo zapakowała kocicę do kontenerka i z drżącym sercem przyjechała do nas z przekonaniem, że guz to na pewno jest nowotwór, tym bardziej, że jak do nas jedzie, to nie może być nic innego. Doktora Google na szczęście pominęła, bo tam częściej roztaczane są wizje katastrofalne, a nie optymistyczne ;) A my jeszcze dołożyliśmy stresu opowiadając o testach białaczkowych, które należy zrobić, bo białaczka w szeroko pojętej okolicy zbiera potężne żniwo...

Na szczęście udało się nam nie wpaść w panikę (a przy wyjątkowych zwierzakach wyjątkowych klientów nie jest to proste...), wzięliśmy trzy głębokie oddechy i zasypaliśmy właścicielkę górą dobrych wieści. Guz okazał się ropniem ślinianki. Test białaczkowy wyszedł ujemny. "Dzisiaj jest dzień dobrych wiadomości" - stwierdziła uśmiechnięta właścicielka.

Jak widać nie zawsze guz jest nowotworem. Ale nie można czekać z decyzją wizyty u weterynarza. Podstawowa zasada to "im wcześniej tym lepiej". Wcześnie wykryte nowotwory są często całkowicie wyleczalne. Wcześnie opracowane ropnie szybciej i lepiej się goją.


poniedziałek, 20 października 2014

Tydzień trudnych przypadków w PW THERIOS.

Taaak. To był trudny i pracowity tydzień. Zaczęło się od cesarki w sobotę wieczorem. Potem zamiast z górki było już tylko pod górkę...


Rtg jamy brzusznej kota a zapaleniem otrzewnej.
Płyn z jamy brzusznej kota z zapaleniem trzustki.
Po pierwsze: zapalenia trzustki. Koty i psy namiętnie mają problemy z trzustką. Do czasu pojawienia się specjalistycznych weterynaryjnych testów uważało się, że zapalenia trzustki u naszych milusińskich są rzadkością. Okazuje się jednak, że większość przypadków jest nie zdiagnozowana. Objawy są tak niespecyficzne, że trudno od pierwszego rzutu okiem podejrzewać problem trzustkowy. A do tego testy są drogie... Ale zbagatelizowanie problemu skutkuje podaniem leków, które doprowadzają do prawdziwej "eksplozji" narządu. Tak się stało z 14-letnim kotem, który trafił do nas z wodobrzuszem. Na podstawie badania płynu stwierdziliśmy paskudne zapalenie otrzewnej, do którego doprowadziły enzymy z zapalnie zmienionej trzustki. Wnętrze brzucha zostało praktycznie strawione. Niestety kociska nie udało się uratować...  Trochę lepiej poszło nam z młodą springer-spanielką, u której po sterylizacji pozostał w brzuchu gazik, który doprowadził do zapalenia otrzewnej oraz zapalenia trzustki i wątroby. Dzisiaj dowiedziałam się, że wyniki są już lepsze i sunia czuje się bardzo dobrze. Dobrze czuje się też kot diagnozowany i leczony przez dr Krysię Skiersinis, która po 6-miesięcznej przerwie wróciła do pracy w PW THERIOS :)

Dr Jacek Ingarden i dr Przemek Maciejowski.


Po drugie: kostniakomięsaki. Dopadła nas prawdziwa epidemia tego złośliwego nowotworu. W ciągu kilku ostatnich dni już dwie łapy zostały amputowane, reszta pacjentów czeka na decyzję...Walka jest trochę nierówna, bo osteosarcoma jest złośliwym nowotworem i na etapie rozpoznania pojedyncze komórki nowotworowe już są rozsiane po organizmie. A do tego chorują głównie duże psy, których właściciele nie wierzą, że ich psiak poradzi sobie na trzech łapach. Jednak radzą sobie i to całkiem nieźle. One nie mają świadomości, że są kalekami. Dla nich najważniejsza jest radość życia. A na trzech łapach życie może być równie radosne jak na dwóch. Najważniejsze, że nie boli. Po operacji konieczna jest chemioterapia. Dzięki niej psiaki żyją nawet ponad rok od rozpoznania. Oczywiście pod warunkiem, że właściciele nie czekają kilku miesięcy z decyzją...
Dzisiaj też amputowaliśmy taką zrakowaciałą łapę, u 11-letniej suczki w typie owczarka belgijskiego. Doktorowi Ingardenowi towarzyszył dr Przemek Maciejowski z Zabierzowa. Sunia tuż po wybudzeniu zaczęła się podnosić na łapy. Trochę była zdziwiona faktem, że jak zasypiała łapy były cztery, a teraz są trzy. Ale w ciągu kilku dni pozna nową sytuację i będzie biegać jak przed chorobą.

Zmienione nowotworowo nerki u 4-letniego yorka.
Po trzecie: guzy w brzuchach. Różne. Bardziej lub mniej typowe. Pierwszy guz okazał się obrośniętą tkanką gazą, pozostawioną wiele lat temu przy okazji sterylizacji. Błąd, który nie powinien się lekarzowi zdarzyć, ale jak to mówią: "nie myli się ten, co nic nie robi". Na szczęście sunia zniosła zabieg bardzo dobrze i dzisiaj wpadła do nas merdając na wszystkie strony ogonem.

Guz numer 2 to już był gorszy problem. W brzuszku niewielkiego psiaka rozwinął się złośliwy nowotwór śledziony, hemangiosarcoma. Pacjent po zabiegu czuje się już dobrze, ale przed nim jest jeszcze chemioterapia i niestety, rokowanie nie najlepsze.

Obrośnięta tkanką gaza.
Złośliwe okazały się też guzy u 4-letniego yorka. Nawrót chłoniaka doprowadził do zajęcia nerek, jelit i wątroby. Psiak był już tak wyniszczony i słaby, że postanowiliśmy nie walczyć dalej i pozwolić mu odejść...

Było jeszcze ropomacicze u 16-letniej suczki. Zabieg przebiegł bez komplikacji, sunia ma się pojawić na kontrolę za kilka dni. Właściciele starszych psów zawsze mówią o swoich obawach przed operowaniem starszych psów i kotów. Oczywiście ryzyko zabiegu jest większe niż u młodych zdrowych psów, szczególnie jak planujemy poważny zabieg na jamie brzusznej. Ale obecnie stosowane leki znieczulające i dostęp do narkozy wziewnej ogranicza ryzyko do minimum.