Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myślenice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myślenice. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2019

Za wcześnie na naukę?

Jednym z naszych zadań, jako weterynarzy, jest edukowanie. A kiedy jest najlepszy czas ta taką edukację? Niektórzy twierdzą, że o poważnych sprawach można rozmawiać z dorosłymi, albo przynajmniej z nastolatkami. ABSOLUTNIE SIĘ Z TYM NIE ZGADZAM! Może o poważnych sprawach NAJŁATWIEJ rozmawiać z dorosłymi. Ale na pewno najlepszym rozmówcą jest dziecko. Bywa, że NAJTRUDNIEJSZYM. Bo pytania dzieci są spontaniczne, a przez to bywają niezłą gimnastyką dla nawet najmądrzejszych głów. W jaki sposób naukowiec, czy profesor ma przekazać dziecku swoją wiedzę w taki sposób, żeby zrozumiało? Znam takich, którzy są w tym mistrzami. Potrafią obudzić w sobie dziecko i popatrzeć na świat oczami kilkulatka. Niestety, im ktoś jest mądrzejszy, tym jest to trudniejsze.


Na szczęście nasze ingardenowe weterynaryjne głowy nie są głowami geniuszy nauki, tylko przede wszystkim zajmujemy się leczeniem zwierzaków. Właścicielami naszych pacjentów są często lekarze, czy wielcy naukowcy z różnych dziedzin, ale przeciętny klient, który przyprowadza swojego zwierzaka nie jest specjalistą w dziedzinie medycyny, czy weterynarii. I trzeba przeprowadzić go przez wszystkie meandry procesu diagnostycznego i potem przedstawić problem i opcje leczenia. W centrum oczywiście jest pacjent, ale to nie pacjent podejmuje decyzje, tylko jego pan lub pani. Dzięki temu, że dużo rozmawiamy z naszymi klientami, łatwiej jest nam przekazywać wiedzę weterynaryjną przy okazji różnych pogadanek - od przedszkolaków, po wiekowych seniorów, od studentów weterynarii, po więźniów w zakładach karnych.

Tym razem naszymi słuchaczami były pierwszaki ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Myślenicach. Wspaniała klasa 1b z ich równie wspaniałą wychowawczynią, panią Gabrysią. Dostałam zadanie opowiedzenia o pracy weterynarza. Ale jak tu w ciągu 45 minut opowiedzieć o czymś, czym się zajmuję od dwudziestu lat? Pomyślałam, że wezmę największego pluszaka, jakiego znajdę w domu, torbę ratowniczą, a potem jakoś to będzie. Mistrzowie improwizacji dadzą radę. Pluszakiem okazała się julkowa małpa, trofeum z Biegu Katorżnika sprzed lat. Pomogła mi bardzo, bo była nie tylko sympatycznym towarzyszem spotkania, ale też obiektem dziecięcych ćwiczeń ratowniczych. W trakcie zabawy skaleczyła się w łapę i mali adepci sztuki weterynaryjnej musieli opatrzyć zranienie. Siedmiolatkowie wykazali się talentem i w ciągu kilku minut łapa naszego małpiszona została zabezpieczona.


Resztę spotkania w zasadzie poprowadziły pierwszaki. Poruszali interesujące ich tematy, które wystarczyło rozwinąć. Jakże łatwiej się z nimi dyskutowało w porównaniu do gimnazjalistów, czy licealistów. Większość dzieci miała jakieś swoje przygody z psami i kotami, a jak nie ze zwierzakami, to ze zdrowiem swoim lub swoich kolegów. Ja oczywiście pochwaliłam się moją kilkunastocentymetrową blizną na łokciu, tym bardziej, że jej współtwórcą okazał się tata jednej z uczennic ;) Wymienienie podstawowych specjalizacji lekarskich nie było większym problemem dla moich siedmiolatków. A to wszystko w nawiązaniu do medycyny "nieludzkiej", czyli weterynaryjnej.


Już teraz umówiliśmy się na kolejne spotkanie - tym razem na temat prawidłowych zachowań przy psach, które poprowadzi nasza zoopsycholog - Magda Kornaś. Z takimi słuchaczami zajęcia są prawdziwą przyjemnością <3


wtorek, 23 lipca 2019

Sokolnictwo - czyli co wiemy o hodowli i użytkowaniu ptaków drapieżnych?

To nie będzie ambitny artykuł na temat sokolnictwa. Dlaczego? Po prostu dlatego, że autorka bloga na sokolnictwie się nie zna. Ale zostałam zaintrygowana, dzięki niezwykle interesującemu spotkaniu dla dzieci, zorganizowanemu przez Muzeum Niepodległości w Myślenicach. Muzeum powstało niedawno, z jego budową związanych jest wiele kontrowersji. Jednak trzeba przyznać, że założenia są bardzo dobre, a pomysły nowego dyrektora zasługują na uwagę miłośników nie tylko historii, ale też wielu innych dziedzin nauki i sztuki.

Wakacje to okazja do wielu aktywności dla dzieci i młodzieży. Jednym z tematów cyklu "Zabawy z historią" było dzisiejsze (23.07.2019) spotkanie dotyczące myślistwa, a tak naprawdę sokolnictwa, bo ten temat zdominował wtorkowy poranek w muzeum.


Temat spotkania: "Mały Myśliwy". Sala konferencyjna wypełniona po brzegi. Oczywiście głównie dzieciaki, bo to dla nich spotkanie, ale na obrzeżach sali widać było kilka mam i babć. Wszyscy wsłuchani w opowieść p. Adama Mroczka, znawcy hodowli i użytkowania ptaków drapieżnych, założyciela strony https://sokolnictwo.pl/. I zapatrzeni w trójkę ptaków: jastrzębicę i dwa sokoły wędrowne, które grzecznie przycupnęły na przedramionach swoich opiekunów (i opiekunek).

Jak polują ptaki drapieżne? Jakie są różnice między poszczególnymi gatunkami? Jak wygląda dymorfizm płciowy u ptaków drapieżnych (jest! ale nie taki, jak się wszystkim wydaje - zaintrygowanym polecam pogrzebanie w sieci)? Jak są użytkowane sokoły i jastrzębie? Dlaczego sokół ma na głowie kapturek, a jastrząb nie? Jak długo trwa szkolenie takiego drapieżnika? Czy często sokolnicy "gubią" swoje ptaki? Jak są pozyskiwane pisklęta ptaków drapieżnych? Część z tych tematów została omówiona na wykładzie, a częścią "zbombardowałam" pana Adama w kuluarach.


Jedno jest pewne: sokolnictwo to kolejna dziedzina, którą warto poznać, bo krąży wokół niej wiele mitów. Zaglądnijcie na stronę https://sokolnictwo.pl/


wtorek, 18 października 2016

Październikowy kurs usg

Pierwszy kurs ultrasonograficzny zorganizowaliśmy w 2003 roku. Ta edycja była... 48, słownie CZTERDZIESTA ÓSMA!!! Przyszłoroczny kurs będzie jubileuszowy. Przez ponad 10 lat organizacji nasze warsztaty ewoluują. Początkowo były dwudniowe. Pierwszy z dr Siembiedą, kilka kolejnych z dr Atamaniukiem. Po kilku latach zbierania doświadczeń i intensywnych szkoleń podjęliśmy trud samodzielnego prowadzenia. Głównym instruktorem jest dr Jacek Ingarden. Pomocą służą też inni pracownicy Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Ze względu na wszechstronność kursów (tak naprawdę są to kursy kliniczne, gdzie każdy pacjent ma swoją historię zdrowotną) zadecydowaliśmy o wydłużeniu kursu do 5 dni. Uczestnicy badają po 30-40 pacjentów, do dyspozycji mają nowoczesne ultrasonografy. Mogą uczestniczyć w zabiegach, mają też wgląd do wszystkich badań dodatkowych, które były i są na bieżąco wykonywane. Dzięki klinicznemu charakterowi naszych szkoleń każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. Za każdym razem zestaw pacjentów jest niespodzianką.

Uzupełnieniem praktyki jest teoria. Praktyczna teoria. Przez te wszystkie lata stopniowo ograniczaliśmy teorię „teoretyczną”, czyli zasadę działania aparatów, czy całą masę fizyki, którą każdy weterynarz wynosi ze szkoły. Nasi kursanci uczą się praktycznej pracy ze sprzętem i z pacjentami. I jest oczywiście czas na koncert życzeń :) Ulubionym narządem kursantów są nadnercza i trzustka. Obecnie dostępny sprzęt daje możliwość szczegółowego badania nawet „trudnych” narządów... Są też biopsje cienko- i gruboigłowe. Szczęściarze uczestniczą w pobieraniu bioptatów od żywych pacjentów, a na pewno wszyscy ćwiczą na zakupionych w sklepach spożywczych narządach i owocach (ulubione oliwki widać na zdjęciu!).

Ten kurs również obfitował w rozmaite ciekawe przypadki. Wśród 38 przebadanych pacjentów znalazła się grupa pacjentów onkologicznych, m.in. pies z chłoniakiem, z nowotworem jądra, z guzem nadnerczy, czy 17-letnia kotka z rozległymi przerzutami do jamy brzusznej. Jak zwykle przyjechało też trochę pacjentów rozrodowych, u których kursanci rozpoznali w dwóch przypadkach torbiele jajników, u jednej pacjentki początkowe stadium ropomacicza oraz zapalenie kikuta macicy. Potwierdzone zostały dwie ciąże mnogie – u pekińczyka i posokowca. Szeroko pojętych pacjentów internistycznych reprezentowały m.in. zwierzaki z zapaleniem trzustki, niewydolnością wątroby, przewlekłą niewydolnością nerek, atonią pęcherza moczowego. I oczywiście grupa szczęśliwych, zdrowych pacjentów, którzy są stałymi bywalcami naszych kursów (jak trzy berneńczyki ze zdjęcia) :)

Kursantki na końcu kursu wyglądały na bardzo zadowolone, co udokumentowały w naszej ankiecie przyznając kursowi ultrasonograficznemu w THERIOSie wysoką liczbę punktów w każdej kategorii :)

Więcej informacji o kursach organizowanych w PW THERIOS znajdziesz TUTAJ >>> 







wtorek, 20 września 2016

O psiej wierności... we Lwowie

Pewien lwowski przedsiębiorca z XIX wieku, Józef Iwanowicz, był zapalonym myśliwym. Jego wiernymi towarzyszami były dwa psy: Pluto i Nero. Spędzały z nim mnóstwo czasu, zapatrzone w swojego pana jak w obraz. Właściciel dbał o nie i odwzajemniał ich miłość. Niestety, pewnego dnia zmarł. Psy towarzyszyły konduktowi żałobnemu aż na Cmentarz Łyczakowski, a potem położyły się na mogile i zostały tam... odmawiając jedzenia i picia. Wierne swojemu panu aż do śmierci. Dla nich życie bez ukochanego właściciela straciło sens... Żona Józefa, Teresa Iwanowicz z Kłosowskich, zadecydowała, że wierni towarzysze spoczną po śmierci u jego boku.

Tę piękną historię przypomina nam nagrobek Józefa Iwanowicza, znajdujący się na słynnym Cmentarzu Łyczakowskim w Lwowie. Rzeźby wykonał Paweł Eutele – popiersie Józefa, a po jego bokach leżące psy: Nero i Pluto. Jak się przyjrzycie bliżej zauważycie łzy płynące z psich oczu. W dawnych czasach podobna rzeźba wzbudziła ogromny niesmak i liczne protesty, obecnie: zadumę i wzruszenie. Teresa nie zgodziła się na usunięcie rzeźb. Ale postanowiła ułagodzić nieco ludzkie języki umieszczając na wysokim cokole postać Madonny z klęczącymi po bokach modlącymi się aniołkami.


Historię o psiej wierności opowiadam dzięki wycieczce na moje rodzinne Kresy. Jak będziecie we Lwowie koniecznie wybierzcie się na najpiękniejszy na świecie Cmentarz Łyczakowski i odwiedźcie grób Iwanowiczów.


  

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

czwartek, 28 lipca 2016

czwartek, 30 czerwca 2016

Polowanie na koguta ;)

Jak co roku wyprawiliśmy się z wizytą do profesora Andrzeja Dubiela – z zawodu lekarza weterynarii, naukowca, rozrodowca, z powołania przyrodnika. Profesor po przejściu na emeryturę zaszył się na swoich włościach w Kocmyrzowie i otoczył tym, co kocha najbardziej: półdziką przyrodą i dużą liczbą zwierzaków. Za jego szefowania w Katedrze Rozrodu Zwierząt stajnie pękały w szwach. Sama miałam okazję jeździć po Wrocławiu na fiordzkim ogierku Łosiu i kucu szetlandzkim Kajtku, uciekałam przed szarżującymi dżersejkami i kozami, oraz zaprzyjaźniałam moje gończe ze świniodzikami. Dla chłonnych wiedzy studentów weterynarii zajęcia praktyczne na rozrodzie były niezapomnianą przygodą.

Obecnie na podwórku profesorskim królują kury – dziwolągi, perliczki i czerwone indyki, na dachach urzędują ozdobne gołębie, w wolierach mieszkają pawie i kilka gatunków bażantów, a na pastwiskach niespieszny żywot toczą kuce, muflony i jelenie. W zeszłym roku profesor obdarował nas małym stadkiem perlic z zastrzeżeniem, że oczekuje od nas powiększenia stada wysiedzianego samodzielnie z jajek. Z dumą oświadczyłam, że mamy przychówek. Profesor ucieszył się i... podarował nam kolejną porcję jajek do wysiadywania. Jęknęłam, bo z jednej strony fantastyczny prezent, dobre genetycznie perlice trudno dostać. Z drugiej obiecałam mężowi, że w tym roku koniec z wysiadywaniem... No cóż, mus to mus, a inkubator jak sobie trochę popracuje, to mu nie zaszkodzi.

Jak zwykle podziwialiśmy mieszkańców profesorskich włości. Pawie - koguty pilnowały swoich wysiadujących jajka żon, a kury czubatki przez swoje czupryny usiłowały dokładnie oglądnąć gości. Poznaliśmy muflona, który od jakiegoś czasu zmienił orientację i przyłączył się do stada kucyków udając, że jest jednym z nich. Muflon okazał się urodzonym modelem i na widok obiektywu zamierał bez ruchu w różnych pozycjach. Nasza Karolina, świetny zadatek na kolejnego przyrodnika w rodzinie, zaklinała profesorski zwierzyniec. Kucyki otoczyły ją jak członka stada, a młody gołąb odbył spacer po wyciągniętej ręce. 

Od lat wielką dumą profesora jest stado kruczoczarnych kur – minorek. To wysokie, spionizowane kury rodem z Hiszpanii. Nieufne, ale piękne. U kogutów przyciągają uwagę duże czerwone grzebienie i białe zausznice. Już na pierwszy rzut oka widać, że to świetni biegacze... Taki folblut wśród drobiu... Staliśmy tak sobie zauroczeni, nieświadomi niespodzianki, którą przygotował dla nas profesor.
  • Dostaniecie ode mnie koguta! - oświadczył entuzjastycznie.
  • Kooooguuuuta? - wyjąkałam. Minorki są piękne, ale ja właśnie przeciągam w czasie mord nadmiarowych kogutów, których namnożyło się nam zbyt wiele... Nowy kogut? Gdzie go schowam?
  • Co, nie chcecie? - zapytał profesor.
  • Ależ nie, to wspaniały prezent! - pisnęłam.

Prezent był piękny, zaobrączkowany i bardzo rozkrzyczany. Zapakowaliśmy go do worka i zabraliśmy do nowego (czyli naszego) domu. Minor miał zamieszkać w ogrodzie z kurkami zielononóżkami i appencelerkami. Odkręcamy worek, wysypujemy nieco oszołomionego hiszpana. A ten... w nogi. Biegiem wzdłuż ogrodzenia, a potem HOP! przez płot i pędem drogą w stronę lasu. Ja oczywiście za nim. Sił dodawał mi dudniący w głowie głos „co ja powiem profesorowi jak zgubię w lesie tego matołka???” Osiągnęłam prędkość światła pędząc za zgubą. A zguba nagle zawraca, śmiga mi między nogami i ziuuu! w las, taki ekstremalny, ze stromym zboczem, wiatrołomem i gąszczem pokrzyw. Co miałam robić, popędziłam za kogutem. Przez rów, wertepy i koszmarny wąwóz. Biegnąc zastanawiałam się, jak poradziliby sobie ci wszyscy zwariowani biegacze z Katorżnika, Masters'Killera i Runmaggedonu w tym terenie. A może zaproponuję nową konkurencję – polowanie na koguta? Przez łąki i pola, lasy, wąwozy, rzeki... Tak sobie rozmyślając i dysząc jak lokomotywa pędziłam za moim czarnym cudem. Minor to kura wysoka, a do tego z ogromnym grzebieniem i dzięki temu moim punktem orientacyjnym był czerwony czubek ledwo widoczny w gąszczu chaszczy. W pewnym momencie czubek zniknął po górą gałęzi. Dobiegłam, padłam na kolana i zaczęłam pełznąć za zgubą. Na szczęście zguba... utknęła. Złapałam Minora za ogon i przyciągnęłam do siebie. Trzymając kleszczowym uchwytem z triumfującą miną pomaszerowałam do domu. Minor rozdarł się przeraźliwie i darł się przez następnych kilkanaście minut. Aż sąsiedzi wylegli przed dom i z zainteresowaniem obserwowali przedstawienie, które zafundował wszystkim hiszpański przystojniak...


Po podcięciu lotek Minor zaprzestał prób ucieczki i pokornie przyjął to, co mu los zgotował. Potrzebował wprawdzie kilku dni na oswojenie się z nowymi koleżankami, ale przełomowe okazało się odkrycie ławki na tarasie, na której teraz dumnie wysiaduje obserwując nowe królestwo. Dzisiaj nawet zbudził nas swoim donośnym kukurykaniem, co przyjęłam za ostateczne objęcie władzy ;)  

Na końcu można posłuchać wrzasków naszego Minora. Bo koguty to nie tylko ko-ko-ko i kukuryku, ale też przeraźliwe pokrzykiwania ;) 

 
 






czwartek, 4 lutego 2016

Zamiast wysiadywania... pączki ;)

Pączki przed
Wysiadywania dzień drugi. W sumie to, co w dniu pierwszym, czyli obracanie jajek, kilka akcji obronnych przeciwko małym urwisom, kontrola temperatury i wilgotności i tyle. Za to działo się sporo w najbliższym sąsiedztwie jajecznego gniazda. Robiło się kilka eksperymentów, jedne bardziej udane, inne... mniej...

Eksperyment nr 1: sok z rzepy i jabłek. Nieudany. Najlepiej jak najszybciej o nim zapomnieć. Już wiem, dlaczego lepiej rzepą myć włosy, zamiast ją pić.

Eksperyment nr 2: domowa mozarella. Wszystko byłby o.k., ale w trakcie pierwszego podgrzewania mleka umarł termometr żywnościowy i temperatura była określana organoleptycznie. Jednak organoleptyczne rozpoznanie temperatury dokładnie 31oC, 42oC i 85oC jest trudne. Efekt eksperymentu ocenimy jutro ;)

Eksperyment nr 3: na pocieszenie po pierwszej porażce został wyciśnięty sok skazany na sukces, czyli ananas + gruszka + mięta + truskawki. Polecam! Bez względu na proporcje zawsze będzie pyszny.

Pączki w trakcie 
Eksperyment nr 4: domowe pączki. Obowiązkowe, bo dzisiaj jest Tłusty Czwartek. Ten eksperyment to nie do końca eksperyment, bo przepis został wielokrotnie sprawdzony (Mistrz Łebkowski - polecam!), ale zastosowałam nową konfiturę z róży. Niestety kupną, bo pracowicie produkowana w lecie domowo-ogródkowa została zneutralizowana. Pierwszy słoiczek pożarł mój mąż dnia pierwszego po zrobieniu, a drugi zginął tragicznie rozbity przez tegoż samego winnego. Trzeciego słoika nie było, bo krzaczki róży były zbyt młode, żeby urodzić więcej kwiecia. Konfitura kupna zaspokoiła moje oczekiwania i pączki zostały pochłonięte niezwykle szybko i do zera. Jutro kolejne podejście, tym razem dla myślenickich zuszków. Ma być przynajmniej 30 ;)

Pączki po


środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień 1

24 godziny minęły. Nadszedł czas nasadzania. Kurczęta nie będą miały szczęścia posiadać prawdziwej piórzastej mamy, tylko mamę zastępczą: plastikową. Przez najbliższe 3 tygodnie będą sobie mieszkać w swoich jajkach w wentylowanym, grzanym i nawilżanym plastikowym pudle. Wentylator śpiewać im będzie kołysanki, a ja... pewnie będę ratować im kilka razy dziennie życie przed małymi opiekunami w postaci Błażeja i Mikołaja. Mąż weterynarz wprawdzie pogodził się z myślą, że rodzina nam się znowu powiększy (po milionie dżdżownic to w sumie niewielka liczba), ale wyraził obawę, że przy tak ruchliwych i hałaśliwych niańkach jak chłopaki Ingarden, kurczaki urodzą się zestresowane, a może nawet wściekłe. I trzeba koniecznie znaleźć jakieś wyjątkowo ciche i spokojne miejsce. I znaleźliśmy - za najbezpieczniejszy został uznany blat kuchenny... Przynajmniej na widoku, z możliwością stałej kontroli całego towarzystwa ;)

niedziela, 29 listopada 2015

Piraci w THERIOSie

28 listopada 2015 do THERIOSa zawitali... piraci! Okazją były piąte urodziny Błażeja. Solenizant wprawdzie gustuje w formacjach mundurowych, ale pomysł piratów został z entuzjazmem zaakceptowany. Organizacją zajęły się m. in. myślenickie harcerki, na czele z siostrami Błażeja - Julią i Karoliną. Zaproszone zostało całkiem spore stadko fanów piractwa, ponad 30 osób, większość to koledzy i koleżanki Błażeja z przedszkola.
Mali piraci przybyli punktualnie o 16.00. Na rozgrzewkę były znane wszystkim dzieciakom tańce i zabawy. Potem trzeba było wypełnić pełną przygód misję - poszukiwanie skarbu. Na początku piraci z kartonów budowali piracki statek. Kolejnym punktem była jaskinia szamanki, która zaprosiła dzieciaki do zabawy i tańców wokół końskiej czaszki. W drodze do skarbu okazało się, że na bezludnej wyspie utknął rozbitek. Tak rozpaczliwie machał rękami prosząc o pomoc, że mali piraci nie mogli go w tym nieszczęściu porzucić. W skrzyniach ze skarbami, między złotymi monetami ukryty był klucz, który został odnaleziony przez Jurka. Radość rozbitka była tak wielka, że osobiście uczestniczył w mianowaniu gości na prawdziwych piratów i nadawaniu im pirackich imion. I od tej pory przedszkolaki zamieniły się m. in. w Morską Bryzę, Tęczowę Krewetkę, Tańczącą Falę, Czarnobrodego, czy Szybkiego Pioruna. Na zakończenie piraci poukładali się w kartonowych pudłach, żeby oglądać bajkę o Piotrusiu Panie.

Oczywiście kulminacyjnym punktem był tort. Wprawdzie tradycyjnie był to tort prawdziwego żołnierza (z granatami i kaki) - polecam, przepis jest doskonały i niezawodny, do znalezienia TUTAJ >>>

Obiektywna ocena imprezy jest trudna. Na pewno ogarnięcie tak dużej grupy dzieciaków jest sporym wyzwaniem. Dzieci wyglądały na zadowolone, o czym może świadczyć płacz niektórych gości na wieść, że czas wracać do domu... Organizatorzy opadli z sił po odjeździe ostatniego małego pirata.


Wielkie dzięki dla niezawodnych harcerek: Julki, Karoliny, Izy, Nadii, Uli i Leny! Bez nich na pewno nie poradzilibyśmy sobie <3  
 





środa, 25 listopada 2015

Nowe dziwadełko - przypadkowiak

Przypadkowiak, czyli incydentaloma. Czy to jakiś szalony wymysł lekarzy z THERIOSa? Brzmi: 
- dziwnie 
- niepokojąco 
- śmiesznie 
- strasznie 
- prawdziwie 
- nieprawdziwie. 


Tak naprawdę to nie jest żaden wytwór fantazji. Wikipedia mówi: "Incydentaloma (przypadkowiak, łac. incydentaloma, ang. incidentaloma) – guz znaleziony w badaniu obrazowym przypadkowo, któremu nie towarzyszą objawy kliniczne. Najczęstszymi bezobjawowymi guzami tej grupy są gruczolaki przysadki i nadnerczy. " 

Dlaczego przypadkowiak został głównym bohaterem dzisiejszego artykułu? Bo został również bohaterem listopadowego kursu ultrasonograficznego zorganizowanego w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Guz nadnercza został stwierdzony u 9-letniego gończego polskiego, Hajduka. Po raz pierwszy "wybadany został" pół roku temu i od tej pory jest poddawany wnikliwej obserwacji. Jest to jeden z tych rodzajów nowotworów, które nie wymagają interwencji lekarskiej. Najczęściej guzy te są łagodne i nie powodują żadnych objawów klinicznych, a usunięcie bywa znacznie bardziej niebezpieczne niż pozostawienie. Dla nas jako onkologów chirurgia powinna być podstawą, w innych sytuacjach lepsza jest chemioterapia, a nie-robienie-niczego jest czymś trudnym do wyobrażenia. A jednak czasami należy słuchać zdrowego rozsądku. "Najważniejsze nie szkodzić". 


Dla uczestników kursu była to duża niespodzianka. Nie dość, że mieli okazję oglądnąć wiele ciekawych obrazów (guzy śledziony, wodobrzusze, wodopiersie, kamica pęcherza moczowego, torbielowatość jajników, limfadenopatia u psa i u kota), to jeszcze rzadko spotykany przypadkowiak... Więcej o naszych kursach TUTAJ >>>



Cielęce spojrzenie "ciekawego" pacjenta :)

piątek, 17 lipca 2015

Po co robimy testy białaczkowe u kotów?

Temat stary, ale ciągle aktualny. Inspiracją została roczna kocica, nasza dzisiejsza pacjentka. Źle się poczuła, pojawiła się gorączka. Szczepiona dwukrotnie przeciwko białaczce wirusowej. Niestety, przed szczepieniem nie został wykonany test. Za to był on jednym z pierwszych badań, które zrobiliśmy u chorej kotki. Wynik? DODATNI. Do tego bardzo silna niedokrwistość. Praktycznie z takimi wynikami nie da się żyć. Ale kocica walczy, trzyma się życia wszystkimi pazurkami.

To nie pierwszy przykład kota szczepionego przeciwko białaczce z pominięciem testów. Wielu lekarzy uważa, że skoro właściciele decydują się na kosztowne szczepienie (szczepionki z białaczką są znacznie droższe od wersji "podstawowych"), to mówienie o testach białaczkowych, które również nie są tanie, może się skończyć wyjściem z gabinetu i okrzykach oburzenia. Niestety, często się tak zdarza. "Co za zdziercy" - słychać czasem - "nie dość, że proponują najdroższą szczepionkę, to jeszcze próbują naciągnąć na jakieś testy". Efekt jest smutny, bo wiele kotów z wirusową białaczką jest przeciwko białaczce szczepionych... niepotrzebnie. Test w kierunku FeLV pozwala wybrać najrozsądniejszą wersję szczepienia dla pacjenta. Dla kota takie badanie i szczepienie jest inwestycją na całe życie. W Polsce wirusowej białaczki jest ciągle dużo. U niektórych kotów dochodzi do samowyleczenia, niektóre można leczyć. Najgorzej, jeżeli w ciągu kilku pierwszych lat życia rozwiną się choroby, dla których białaczka wirusowa jest chorobą wyjściową. U chorych kotów może pojawić się chłoniak, białaczka lub niedokrwistość autohemolityczna. U kotów tych częściej też ujawniają się inne problemy.


Białaczka wirusowa kotów jest chorobą, której można zapobiegać szczepieniami. Ale przed pierwszym szczepienie koniecznie należy wykonać test. W przypadku wyników wątpliwych oraz u kotów wychodzących test się powtarza, nawet kilkakrotnie w ciągu życia. To jest badanie, na którym nie warto oszczędzać. To nie jest wydatek, tylko inwestycja. Inwestycja w zdrowie kociego domownika. 
  

niedziela, 12 lipca 2015

Swoszowice po godzinach...

Weterynarze z dziećmi na niedzielną wycieczkę wybrali się do Swoszowic. Tym razem nie na zawody jeździeckie, których częstymi gośćmi byli w ostatnich latach, ale w sprawach historyczno-rodzinnych. Otóż 200 lat temu wieś Swoszowice została kupiona przez Feliksa Radwańskiego seniora, pra-pra-pra-dziadka doktora Jacka Ingardena, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, senatora Rzeczpospolitej Krakowskiej. Feliks założył słynne Uzdrowisko i Park Zdrojowy. Oprócz tego zasłużył się jako twórca Plant Krakowskich i Kopca Kościuszki. Jego najgłośniejszą chyba zasługą było uratowanie przed zburzeniem Bramy Floriańskiej. Więcej o tym fakcie TUTAJ >>>  
Drzewa w Parku Zdrojowym, sadzone jeszcze przez Feliksa, nadal rosną i mają się całkiem nieźle, pewnie za sprawą wina, którym były polewane w trakcie imprez organizowanych dla pensjonariuszy i gości Uzdrowiska przez właściciela. Wiele z nich jest pomnikami przyrody.


Fort swoszowicki jest o kilkadziesiąt lat młodszy od Uzdrowiska, bo został wybudowany pod koniec XIX wieku. Różne losy go spotykały, różni żołnierze w nim stacjonowali. Obecnie znajduje się w nim siedziba prywatnego MuzeumSpraw Wojskowych, które stopniowo zagospodarowuje teren i już może się pochwalić pokaźną kolekcją sprzętów wojskowych, głównie z I wojny światowej, ale też i młodszych. Na weterynarzach i ich dzieciach oczywiście największe wrażenie zrobiła sala operacyjna, ze stołem pokrytym zakrwawionymi serwetami i kompletnym wyposażeniem chirurgicznym ;) 
Więcej informacji o niedzielnych Swoszowicach na blogu http://cichociemnyzychiewicz.blogspot.com/