Tym razem naszymi słuchaczami były pierwszaki ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Myślenicach. Wspaniała klasa 1b z ich równie wspaniałą wychowawczynią, panią Gabrysią. Dostałam zadanie opowiedzenia o pracy weterynarza. Ale jak tu w ciągu 45 minut opowiedzieć o czymś, czym się zajmuję od dwudziestu lat? Pomyślałam, że wezmę największego pluszaka, jakiego znajdę w domu, torbę ratowniczą, a potem jakoś to będzie. Mistrzowie improwizacji dadzą radę. Pluszakiem okazała się julkowa małpa, trofeum z Biegu Katorżnika sprzed lat. Pomogła mi bardzo, bo była nie tylko sympatycznym towarzyszem spotkania, ale też obiektem dziecięcych ćwiczeń ratowniczych. W trakcie zabawy skaleczyła się w łapę i mali adepci sztuki weterynaryjnej musieli opatrzyć zranienie. Siedmiolatkowie wykazali się talentem i w ciągu kilku minut łapa naszego małpiszona została zabezpieczona.
...czyli rzecz o codziennym życiu lekarza weterynarii. Trochę o pracy, trochę o pasjach, trochę o rodzinie...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myślenice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myślenice. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 listopada 2019
Za wcześnie na naukę?
Jednym z naszych zadań, jako weterynarzy, jest edukowanie. A kiedy jest najlepszy czas ta taką edukację? Niektórzy twierdzą, że o poważnych sprawach można rozmawiać z dorosłymi, albo przynajmniej z nastolatkami. ABSOLUTNIE SIĘ Z TYM NIE ZGADZAM! Może o poważnych sprawach NAJŁATWIEJ rozmawiać z dorosłymi. Ale na pewno najlepszym rozmówcą jest dziecko. Bywa, że NAJTRUDNIEJSZYM. Bo pytania dzieci są spontaniczne, a przez to bywają niezłą gimnastyką dla nawet najmądrzejszych głów. W jaki sposób naukowiec, czy profesor ma przekazać dziecku swoją wiedzę w taki sposób, żeby zrozumiało? Znam takich, którzy są w tym mistrzami. Potrafią obudzić w sobie dziecko i popatrzeć na świat oczami kilkulatka. Niestety, im ktoś jest mądrzejszy, tym jest to trudniejsze.
Na szczęście nasze ingardenowe weterynaryjne głowy nie są głowami geniuszy nauki, tylko przede wszystkim zajmujemy się leczeniem zwierzaków. Właścicielami naszych pacjentów są często lekarze, czy wielcy naukowcy z różnych dziedzin, ale przeciętny klient, który przyprowadza swojego zwierzaka nie jest specjalistą w dziedzinie medycyny, czy weterynarii. I trzeba przeprowadzić go przez wszystkie meandry procesu diagnostycznego i potem przedstawić problem i opcje leczenia. W centrum oczywiście jest pacjent, ale to nie pacjent podejmuje decyzje, tylko jego pan lub pani. Dzięki temu, że dużo rozmawiamy z naszymi klientami, łatwiej jest nam przekazywać wiedzę weterynaryjną przy okazji różnych pogadanek - od przedszkolaków, po wiekowych seniorów, od studentów weterynarii, po więźniów w zakładach karnych.
Tym razem naszymi słuchaczami były pierwszaki ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Myślenicach. Wspaniała klasa 1b z ich równie wspaniałą wychowawczynią, panią Gabrysią. Dostałam zadanie opowiedzenia o pracy weterynarza. Ale jak tu w ciągu 45 minut opowiedzieć o czymś, czym się zajmuję od dwudziestu lat? Pomyślałam, że wezmę największego pluszaka, jakiego znajdę w domu, torbę ratowniczą, a potem jakoś to będzie. Mistrzowie improwizacji dadzą radę. Pluszakiem okazała się julkowa małpa, trofeum z Biegu Katorżnika sprzed lat. Pomogła mi bardzo, bo była nie tylko sympatycznym towarzyszem spotkania, ale też obiektem dziecięcych ćwiczeń ratowniczych. W trakcie zabawy skaleczyła się w łapę i mali adepci sztuki weterynaryjnej musieli opatrzyć zranienie. Siedmiolatkowie wykazali się talentem i w ciągu kilku minut łapa naszego małpiszona została zabezpieczona.
Resztę spotkania w zasadzie poprowadziły pierwszaki. Poruszali interesujące ich tematy, które wystarczyło rozwinąć. Jakże łatwiej się z nimi dyskutowało w porównaniu do gimnazjalistów, czy licealistów. Większość dzieci miała jakieś swoje przygody z psami i kotami, a jak nie ze zwierzakami, to ze zdrowiem swoim lub swoich kolegów. Ja oczywiście pochwaliłam się moją kilkunastocentymetrową blizną na łokciu, tym bardziej, że jej współtwórcą okazał się tata jednej z uczennic ;) Wymienienie podstawowych specjalizacji lekarskich nie było większym problemem dla moich siedmiolatków. A to wszystko w nawiązaniu do medycyny "nieludzkiej", czyli weterynaryjnej.
Już teraz umówiliśmy się na kolejne spotkanie - tym razem na temat prawidłowych zachowań przy psach, które poprowadzi nasza zoopsycholog - Magda Kornaś. Z takimi słuchaczami zajęcia są prawdziwą przyjemnością <3
Tym razem naszymi słuchaczami były pierwszaki ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Myślenicach. Wspaniała klasa 1b z ich równie wspaniałą wychowawczynią, panią Gabrysią. Dostałam zadanie opowiedzenia o pracy weterynarza. Ale jak tu w ciągu 45 minut opowiedzieć o czymś, czym się zajmuję od dwudziestu lat? Pomyślałam, że wezmę największego pluszaka, jakiego znajdę w domu, torbę ratowniczą, a potem jakoś to będzie. Mistrzowie improwizacji dadzą radę. Pluszakiem okazała się julkowa małpa, trofeum z Biegu Katorżnika sprzed lat. Pomogła mi bardzo, bo była nie tylko sympatycznym towarzyszem spotkania, ale też obiektem dziecięcych ćwiczeń ratowniczych. W trakcie zabawy skaleczyła się w łapę i mali adepci sztuki weterynaryjnej musieli opatrzyć zranienie. Siedmiolatkowie wykazali się talentem i w ciągu kilku minut łapa naszego małpiszona została zabezpieczona.
wtorek, 23 lipca 2019
Sokolnictwo - czyli co wiemy o hodowli i użytkowaniu ptaków drapieżnych?
To nie będzie ambitny artykuł na temat sokolnictwa. Dlaczego? Po prostu dlatego, że autorka bloga na sokolnictwie się nie zna. Ale zostałam zaintrygowana, dzięki niezwykle interesującemu spotkaniu dla dzieci, zorganizowanemu przez Muzeum Niepodległości w Myślenicach. Muzeum powstało niedawno, z jego budową związanych jest wiele kontrowersji. Jednak trzeba przyznać, że założenia są bardzo dobre, a pomysły nowego dyrektora zasługują na uwagę miłośników nie tylko historii, ale też wielu innych dziedzin nauki i sztuki.Wakacje to okazja do wielu aktywności dla dzieci i młodzieży. Jednym z tematów cyklu "Zabawy z historią" było dzisiejsze (23.07.2019) spotkanie dotyczące myślistwa, a tak naprawdę sokolnictwa, bo ten temat zdominował wtorkowy poranek w muzeum.
Temat spotkania: "Mały Myśliwy". Sala konferencyjna wypełniona po brzegi. Oczywiście głównie dzieciaki, bo to dla nich spotkanie, ale na obrzeżach sali widać było kilka mam i babć. Wszyscy wsłuchani w opowieść p. Adama Mroczka, znawcy hodowli i użytkowania ptaków drapieżnych, założyciela strony https://sokolnictwo.pl/. I zapatrzeni w trójkę ptaków: jastrzębicę i dwa sokoły wędrowne, które grzecznie przycupnęły na przedramionach swoich opiekunów (i opiekunek).
Jak polują ptaki drapieżne? Jakie są różnice między poszczególnymi gatunkami? Jak wygląda dymorfizm płciowy u ptaków drapieżnych (jest! ale nie taki, jak się wszystkim wydaje - zaintrygowanym polecam pogrzebanie w sieci)? Jak są użytkowane sokoły i jastrzębie? Dlaczego sokół ma na głowie kapturek, a jastrząb nie? Jak długo trwa szkolenie takiego drapieżnika? Czy często sokolnicy "gubią" swoje ptaki? Jak są pozyskiwane pisklęta ptaków drapieżnych? Część z tych tematów została omówiona na wykładzie, a częścią "zbombardowałam" pana Adama w kuluarach.
wtorek, 18 października 2016
Październikowy kurs usg
Pierwszy kurs ultrasonograficzny
zorganizowaliśmy w 2003 roku. Ta edycja była... 48, słownie
CZTERDZIESTA ÓSMA!!! Przyszłoroczny kurs będzie jubileuszowy.
Przez ponad 10 lat organizacji nasze warsztaty ewoluują. Początkowo
były dwudniowe. Pierwszy z dr Siembiedą, kilka kolejnych z dr
Atamaniukiem. Po kilku latach zbierania doświadczeń i intensywnych
szkoleń podjęliśmy trud samodzielnego prowadzenia. Głównym
instruktorem jest dr Jacek Ingarden. Pomocą służą też inni
pracownicy Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Ze względu na
wszechstronność kursów (tak naprawdę są to kursy kliniczne,
gdzie każdy pacjent ma swoją historię zdrowotną) zadecydowaliśmy
o wydłużeniu kursu do 5 dni. Uczestnicy badają po 30-40 pacjentów,
do dyspozycji mają nowoczesne ultrasonografy. Mogą uczestniczyć w
zabiegach, mają też wgląd do wszystkich badań dodatkowych, które
były i są na bieżąco wykonywane. Dzięki klinicznemu charakterowi
naszych szkoleń każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. Za każdym
razem zestaw pacjentów jest niespodzianką.
Uzupełnieniem praktyki jest teoria.
Praktyczna teoria. Przez te wszystkie lata stopniowo ograniczaliśmy
teorię „teoretyczną”, czyli zasadę działania aparatów, czy
całą masę fizyki, którą każdy weterynarz wynosi ze szkoły.
Nasi kursanci uczą się praktycznej pracy ze sprzętem i z
pacjentami. I jest oczywiście czas na koncert życzeń :) Ulubionym
narządem kursantów są nadnercza i trzustka. Obecnie dostępny
sprzęt daje możliwość szczegółowego badania nawet „trudnych”
narządów... Są też biopsje cienko- i gruboigłowe. Szczęściarze
uczestniczą w pobieraniu bioptatów od żywych pacjentów, a na
pewno wszyscy ćwiczą na zakupionych w sklepach spożywczych
narządach i owocach (ulubione oliwki widać na zdjęciu!).
Ten kurs również obfitował w
rozmaite ciekawe przypadki. Wśród 38 przebadanych pacjentów
znalazła się grupa pacjentów onkologicznych, m.in. pies z
chłoniakiem, z nowotworem jądra, z guzem nadnerczy, czy 17-letnia
kotka z rozległymi przerzutami do jamy brzusznej. Jak zwykle
przyjechało też trochę pacjentów rozrodowych, u których kursanci
rozpoznali w dwóch przypadkach torbiele jajników, u jednej
pacjentki początkowe stadium ropomacicza oraz zapalenie kikuta
macicy. Potwierdzone zostały dwie ciąże mnogie – u pekińczyka i
posokowca. Szeroko pojętych pacjentów internistycznych
reprezentowały m.in. zwierzaki z zapaleniem trzustki, niewydolnością
wątroby, przewlekłą niewydolnością nerek, atonią pęcherza
moczowego. I oczywiście grupa szczęśliwych, zdrowych pacjentów,
którzy są stałymi bywalcami naszych kursów (jak trzy berneńczyki
ze zdjęcia) :)
Kursantki na końcu kursu wyglądały
na bardzo zadowolone, co udokumentowały w naszej ankiecie przyznając
kursowi ultrasonograficznemu w THERIOSie wysoką liczbę punktów
w każdej kategorii :)
Więcej informacji o kursach organizowanych w PW THERIOS znajdziesz TUTAJ >>>
Więcej informacji o kursach organizowanych w PW THERIOS znajdziesz TUTAJ >>>
Etykiety:
biopsja cienkoigłowa,
dobry weterynarz,
guz jądra u psa,
jacek ingarden,
Kraków,
kurs usg psów i kotów,
Myślenice,
niepłodność,
onkolog psów,
ropomacicze,
Therios Przychodnia Weterynaryjna,
usg
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
wtorek, 20 września 2016
O psiej wierności... we Lwowie
Tę piękną historię przypomina nam
nagrobek Józefa Iwanowicza, znajdujący się na słynnym Cmentarzu
Łyczakowskim w Lwowie. Rzeźby wykonał Paweł Eutele – popiersie
Józefa, a po jego bokach leżące psy: Nero i Pluto. Jak się
przyjrzycie bliżej zauważycie łzy płynące z psich oczu. W
dawnych czasach podobna rzeźba wzbudziła ogromny niesmak i liczne
protesty, obecnie: zadumę i wzruszenie. Teresa nie zgodziła się na
usunięcie rzeźb. Ale postanowiła ułagodzić nieco ludzkie języki
umieszczając na wysokim cokole postać Madonny z klęczącymi po
bokach modlącymi się aniołkami.
Historię o psiej wierności opowiadam
dzięki wycieczce na moje rodzinne Kresy. Jak będziecie we Lwowie
koniecznie wybierzcie się na najpiękniejszy na świecie Cmentarz
Łyczakowski i odwiedźcie grób Iwanowiczów.
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Leo uratowany
Dla wszystkich fanów kociaka Leona filmik z pierwszego pooperacyjnego posiłku naszego pacjenta. Entuzjazm mówi sam za siebie: LEON ZOSTAŁ URATOWANY <3
Historię Leona przeczytasz TUTAJ >>>
Historię Leona przeczytasz TUTAJ >>>
Etykiety:
jacek ingarden,
klinika dla zwierząt,
Kraków,
maine coon,
maja Ingarden,
małopolska,
Myślenice,
najlepszy weterynarz,
resekcja jelita,
Therios Przychodnia Weterynaryjna,
wgłobienie jelita,
wziewka u kota
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
czwartek, 28 lipca 2016
"Każdy przypadek wymaga burzy mózgów" - wywiad dla Weterynarii
To już druga sesja okładkowa! Opowiadam o diagnostyce laboratoryjnej, moich zawodowych pasjach i tym, na co ciągle brakuje mi czasu... Zapraszam do lektury.
Artykuł udostępniony za zgodą redakcji "Weterynarii".
Zdjęcia: Maciej Ochman z Bad Company.
czwartek, 30 czerwca 2016
Polowanie na koguta ;)
Jak co roku wyprawiliśmy się z wizytą
do profesora Andrzeja Dubiela – z zawodu lekarza weterynarii,
naukowca, rozrodowca, z powołania przyrodnika. Profesor po przejściu
na emeryturę zaszył się na swoich włościach w Kocmyrzowie i
otoczył tym, co kocha najbardziej: półdziką przyrodą i dużą
liczbą zwierzaków. Za jego szefowania w Katedrze Rozrodu Zwierząt
stajnie pękały w szwach. Sama miałam okazję jeździć po
Wrocławiu na fiordzkim ogierku Łosiu i kucu szetlandzkim Kajtku,
uciekałam przed szarżującymi dżersejkami i kozami, oraz
zaprzyjaźniałam moje gończe ze świniodzikami. Dla chłonnych
wiedzy studentów weterynarii zajęcia praktyczne na rozrodzie były
niezapomnianą przygodą.
Obecnie na podwórku profesorskim
królują kury – dziwolągi, perliczki i czerwone indyki, na
dachach urzędują ozdobne gołębie, w wolierach mieszkają pawie i kilka
gatunków bażantów, a na pastwiskach niespieszny żywot
toczą kuce, muflony i jelenie. W zeszłym roku profesor obdarował
nas małym stadkiem perlic z zastrzeżeniem, że oczekuje od nas
powiększenia stada wysiedzianego samodzielnie z jajek. Z dumą
oświadczyłam, że mamy przychówek. Profesor ucieszył się i...
podarował nam kolejną porcję jajek do wysiadywania. Jęknęłam,
bo z jednej strony fantastyczny prezent, dobre genetycznie perlice
trudno dostać. Z drugiej obiecałam mężowi, że w tym roku koniec
z wysiadywaniem... No cóż, mus to mus, a inkubator jak sobie trochę
popracuje, to mu nie zaszkodzi.
Jak zwykle podziwialiśmy mieszkańców
profesorskich włości. Pawie - koguty pilnowały swoich
wysiadujących jajka żon, a kury czubatki przez swoje czupryny
usiłowały dokładnie oglądnąć gości. Poznaliśmy muflona, który
od jakiegoś czasu zmienił orientację i przyłączył się do stada
kucyków udając, że jest jednym z nich. Muflon okazał się
urodzonym modelem i na widok obiektywu zamierał bez ruchu w różnych
pozycjach. Nasza Karolina, świetny zadatek na kolejnego przyrodnika w rodzinie, zaklinała profesorski zwierzyniec. Kucyki otoczyły ją jak członka stada, a młody gołąb odbył spacer po wyciągniętej ręce.
Od lat wielką dumą profesora jest stado kruczoczarnych kur – minorek. To wysokie, spionizowane kury rodem z Hiszpanii.
Nieufne, ale piękne. U kogutów przyciągają uwagę duże
czerwone grzebienie i białe zausznice. Już na pierwszy rzut oka
widać, że to świetni biegacze... Taki folblut wśród drobiu...
Staliśmy tak sobie zauroczeni, nieświadomi niespodzianki, którą
przygotował dla nas profesor.
- Dostaniecie ode mnie koguta! - oświadczył entuzjastycznie.
- Kooooguuuuta? - wyjąkałam. Minorki są piękne, ale ja właśnie przeciągam w czasie mord nadmiarowych kogutów, których namnożyło się nam zbyt wiele... Nowy kogut? Gdzie go schowam?
- Co, nie chcecie? - zapytał profesor.
- Ależ nie, to wspaniały prezent! - pisnęłam.
Prezent był piękny,
zaobrączkowany i bardzo rozkrzyczany. Zapakowaliśmy go do worka i
zabraliśmy do nowego (czyli naszego) domu. Minor miał zamieszkać w
ogrodzie z kurkami zielononóżkami i appencelerkami. Odkręcamy
worek, wysypujemy nieco oszołomionego hiszpana. A ten... w nogi.
Biegiem wzdłuż ogrodzenia, a potem HOP! przez płot i pędem drogą
w stronę lasu. Ja oczywiście za nim. Sił dodawał mi dudniący w
głowie głos „co ja powiem profesorowi jak zgubię w lesie tego
matołka???” Osiągnęłam prędkość światła pędząc za zgubą.
A zguba nagle zawraca, śmiga mi między nogami i ziuuu! w las, taki
ekstremalny, ze stromym zboczem, wiatrołomem i gąszczem pokrzyw. Co
miałam robić, popędziłam za kogutem. Przez rów, wertepy i
koszmarny wąwóz. Biegnąc zastanawiałam się, jak poradziliby
sobie ci wszyscy zwariowani biegacze z Katorżnika, Masters'Killera i
Runmaggedonu w tym terenie. A może zaproponuję nową konkurencję –
polowanie na koguta? Przez łąki i pola, lasy, wąwozy, rzeki... Tak
sobie rozmyślając i dysząc jak lokomotywa pędziłam za moim
czarnym cudem. Minor to kura wysoka, a do tego z ogromnym grzebieniem
i dzięki temu moim punktem orientacyjnym był czerwony czubek ledwo
widoczny w gąszczu chaszczy. W pewnym momencie czubek zniknął po
górą gałęzi. Dobiegłam, padłam na kolana i zaczęłam pełznąć
za zgubą. Na szczęście zguba... utknęła. Złapałam Minora za
ogon i przyciągnęłam do siebie. Trzymając kleszczowym uchwytem z
triumfującą miną pomaszerowałam do domu. Minor rozdarł się
przeraźliwie i darł się przez następnych kilkanaście minut. Aż
sąsiedzi wylegli przed dom i z zainteresowaniem obserwowali
przedstawienie, które zafundował wszystkim hiszpański
przystojniak...
Po podcięciu lotek Minor zaprzestał
prób ucieczki i pokornie przyjął to, co mu los zgotował.
Potrzebował wprawdzie kilku dni na oswojenie się z nowymi
koleżankami, ale przełomowe okazało się odkrycie ławki na
tarasie, na której teraz dumnie wysiaduje obserwując nowe
królestwo. Dzisiaj nawet zbudził nas swoim donośnym kukurykaniem,
co przyjęłam za ostateczne objęcie władzy ;)
Na końcu można posłuchać wrzasków naszego Minora. Bo koguty to nie tylko ko-ko-ko i kukuryku, ale też przeraźliwe pokrzykiwania ;)
czwartek, 4 lutego 2016
Zamiast wysiadywania... pączki ;)
![]() |
| Pączki przed |
Eksperyment nr 1: sok z rzepy i jabłek. Nieudany. Najlepiej jak najszybciej o nim zapomnieć. Już wiem, dlaczego lepiej rzepą myć włosy, zamiast ją pić.
Eksperyment nr 2: domowa mozarella. Wszystko byłby o.k., ale w trakcie pierwszego podgrzewania mleka umarł termometr żywnościowy i temperatura była określana organoleptycznie. Jednak organoleptyczne rozpoznanie temperatury dokładnie 31oC, 42oC i 85oC jest trudne. Efekt eksperymentu ocenimy jutro ;)
Eksperyment nr 3: na pocieszenie po pierwszej porażce został wyciśnięty sok skazany na sukces, czyli ananas + gruszka + mięta + truskawki. Polecam! Bez względu na proporcje zawsze będzie pyszny.
![]() |
| Pączki w trakcie |
![]() |
| Pączki po |
środa, 3 lutego 2016
Wysiadywania dzień 1
24 godziny minęły. Nadszedł czas
nasadzania. Kurczęta nie będą miały szczęścia posiadać
prawdziwej piórzastej mamy, tylko mamę zastępczą: plastikową.
Przez najbliższe 3 tygodnie będą sobie mieszkać w swoich jajkach
w wentylowanym, grzanym i nawilżanym plastikowym pudle. Wentylator
śpiewać im będzie kołysanki, a ja... pewnie będę ratować im
kilka razy dziennie życie przed małymi opiekunami w postaci Błażeja
i Mikołaja. Mąż weterynarz wprawdzie pogodził się z myślą, że
rodzina nam się znowu powiększy (po milionie dżdżownic to w sumie
niewielka liczba), ale wyraził obawę, że przy tak ruchliwych i
hałaśliwych niańkach jak chłopaki Ingarden, kurczaki urodzą się
zestresowane, a może nawet wściekłe. I trzeba koniecznie znaleźć
jakieś wyjątkowo ciche i spokojne miejsce. I znaleźliśmy - za
najbezpieczniejszy został uznany blat kuchenny... Przynajmniej na
widoku, z możliwością stałej kontroli całego towarzystwa ;)niedziela, 29 listopada 2015
Piraci w THERIOSie
28 listopada 2015 do THERIOSa
zawitali... piraci! Okazją były piąte urodziny Błażeja.
Solenizant wprawdzie gustuje w formacjach mundurowych, ale pomysł
piratów został z entuzjazmem zaakceptowany. Organizacją zajęły
się m. in. myślenickie harcerki, na czele z siostrami Błażeja -
Julią i Karoliną. Zaproszone zostało całkiem spore stadko fanów
piractwa, ponad 30 osób, większość to koledzy i koleżanki
Błażeja z przedszkola.
Mali piraci przybyli punktualnie o
16.00. Na rozgrzewkę były znane wszystkim dzieciakom tańce i
zabawy. Potem trzeba było wypełnić pełną przygód misję -
poszukiwanie skarbu. Na początku piraci z kartonów budowali piracki
statek. Kolejnym punktem była jaskinia szamanki, która zaprosiła
dzieciaki do zabawy i tańców wokół końskiej czaszki. W drodze do
skarbu okazało się, że na bezludnej wyspie utknął rozbitek. Tak
rozpaczliwie machał rękami prosząc o pomoc, że mali piraci nie
mogli go w tym nieszczęściu porzucić. W skrzyniach ze skarbami,
między złotymi monetami ukryty był klucz, który został
odnaleziony przez Jurka. Radość rozbitka była tak wielka, że
osobiście uczestniczył w mianowaniu gości na prawdziwych piratów
i nadawaniu im pirackich imion. I od tej pory przedszkolaki zamieniły
się m. in. w Morską Bryzę, Tęczowę Krewetkę, Tańczącą Falę,
Czarnobrodego, czy Szybkiego Pioruna. Na zakończenie piraci
poukładali się w kartonowych pudłach, żeby oglądać bajkę o
Piotrusiu Panie.
Oczywiście kulminacyjnym punktem był
tort. Wprawdzie tradycyjnie był to tort prawdziwego żołnierza (z
granatami i kaki) - polecam, przepis jest doskonały i niezawodny, do
znalezienia TUTAJ >>>
Obiektywna ocena imprezy jest trudna.
Na pewno ogarnięcie tak dużej grupy dzieciaków jest sporym
wyzwaniem. Dzieci wyglądały na zadowolone, o czym może świadczyć
płacz niektórych gości na wieść, że czas wracać do domu...
Organizatorzy opadli z sił po odjeździe ostatniego małego pirata.
Wielkie dzięki dla niezawodnych
harcerek: Julki, Karoliny, Izy, Nadii, Uli i Leny! Bez nich na pewno
nie poradzilibyśmy sobie <3
Etykiety:
harcerze,
jacek ingarden,
Kraków,
maja Ingarden,
Myślenice,
piotruś pan,
piraci,
therios przeychodnia weterynaryjna,
urodziny błażeja,
urodziny pirackie,
weterynarz
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
środa, 25 listopada 2015
Nowe dziwadełko - przypadkowiak
Przypadkowiak, czyli incydentaloma. Czy to jakiś szalony wymysł lekarzy z THERIOSa? Brzmi: - dziwnie
- niepokojąco
- śmiesznie
- strasznie
- prawdziwie
- nieprawdziwie.
Tak naprawdę to nie jest żaden wytwór fantazji. Wikipedia mówi: "Incydentaloma (przypadkowiak, łac. incydentaloma, ang. incidentaloma) – guz znaleziony w badaniu obrazowym przypadkowo, któremu nie towarzyszą objawy kliniczne. Najczęstszymi bezobjawowymi guzami tej grupy są gruczolaki przysadki i nadnerczy. "
Dlaczego przypadkowiak został głównym bohaterem dzisiejszego artykułu? Bo został również bohaterem listopadowego kursu ultrasonograficznego zorganizowanego w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Guz nadnercza został stwierdzony u 9-letniego gończego polskiego, Hajduka. Po raz pierwszy "wybadany został" pół roku temu i od tej pory jest poddawany wnikliwej obserwacji. Jest to jeden z tych rodzajów nowotworów, które nie wymagają interwencji lekarskiej. Najczęściej guzy te są łagodne i nie powodują żadnych objawów klinicznych, a usunięcie bywa znacznie bardziej niebezpieczne niż pozostawienie. Dla nas jako onkologów chirurgia powinna być podstawą, w innych sytuacjach lepsza jest chemioterapia, a nie-robienie-niczego jest czymś trudnym do wyobrażenia. A jednak czasami należy słuchać zdrowego rozsądku. "Najważniejsze nie szkodzić". Dla uczestników kursu była to duża niespodzianka. Nie dość, że mieli okazję oglądnąć wiele ciekawych obrazów (guzy śledziony, wodobrzusze, wodopiersie, kamica pęcherza moczowego, torbielowatość jajników, limfadenopatia u psa i u kota), to jeszcze rzadko spotykany przypadkowiak... Więcej o naszych kursach TUTAJ >>>
![]() |
| Cielęce spojrzenie "ciekawego" pacjenta :) |
Etykiety:
chemioterapia,
chłoniak,
incydentaloma,
ingarden Jacek,
Ingarden Maja,
klinika,
kurs usg,
Myślenice,
onkolog,
onkologia,
Przychodnia Weterynaryjna,
przypadkowiak,
psów i kotów,
Therios,
w krakowie,
weterynarz
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
piątek, 17 lipca 2015
Po co robimy testy białaczkowe u kotów?
Temat stary, ale ciągle aktualny.
Inspiracją została roczna kocica, nasza dzisiejsza pacjentka. Źle
się poczuła, pojawiła się gorączka. Szczepiona dwukrotnie
przeciwko białaczce wirusowej. Niestety, przed szczepieniem nie
został wykonany test. Za to był on jednym z pierwszych badań, które zrobiliśmy u chorej kotki. Wynik? DODATNI. Do tego bardzo silna
niedokrwistość. Praktycznie z takimi wynikami nie da się żyć.
Ale kocica walczy, trzyma się życia wszystkimi pazurkami.
To nie pierwszy przykład kota
szczepionego przeciwko białaczce z pominięciem testów. Wielu
lekarzy uważa, że skoro właściciele decydują się na kosztowne
szczepienie (szczepionki z białaczką są znacznie droższe od
wersji "podstawowych"), to mówienie o testach
białaczkowych, które również nie są tanie, może się skończyć
wyjściem z gabinetu i okrzykach oburzenia. Niestety, często się
tak zdarza. "Co za zdziercy" - słychać czasem - "nie
dość, że proponują najdroższą szczepionkę, to jeszcze próbują
naciągnąć na jakieś testy". Efekt jest smutny, bo wiele
kotów z wirusową białaczką jest przeciwko białaczce
szczepionych... niepotrzebnie. Test w kierunku FeLV pozwala wybrać
najrozsądniejszą wersję szczepienia dla pacjenta. Dla kota takie
badanie i szczepienie jest inwestycją na całe życie. W Polsce
wirusowej białaczki jest ciągle dużo. U niektórych kotów
dochodzi do samowyleczenia, niektóre można leczyć. Najgorzej,
jeżeli w ciągu kilku pierwszych lat życia rozwiną się choroby,
dla których białaczka wirusowa jest chorobą wyjściową. U chorych
kotów może pojawić się chłoniak, białaczka lub niedokrwistość
autohemolityczna. U kotów tych częściej też ujawniają się inne
problemy.
Białaczka wirusowa kotów jest
chorobą, której można zapobiegać szczepieniami. Ale przed
pierwszym szczepienie koniecznie należy wykonać test. W przypadku
wyników wątpliwych oraz u kotów wychodzących test się powtarza,
nawet kilkakrotnie w ciągu życia. To jest badanie, na którym nie
warto oszczędzać. To nie jest wydatek, tylko inwestycja. Inwestycja
w zdrowie kociego domownika.
Etykiety:
anemia,
białaczka kocia,
chłoniak u kota,
dobry weterynarz w myślenicach,
felv,
hemobartonella,
Ingarden Maja,
jacek,
klinika,
Kraków,
Myślenice,
Przychodnia Weterynaryjna,
test białaczkowy,
Therios
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
niedziela, 12 lipca 2015
Swoszowice po godzinach...
Weterynarze z dziećmi na niedzielną
wycieczkę wybrali się do Swoszowic. Tym razem nie na zawody
jeździeckie, których częstymi gośćmi byli w ostatnich latach,
ale w sprawach historyczno-rodzinnych. Otóż 200 lat temu wieś
Swoszowice została kupiona przez Feliksa Radwańskiego seniora,
pra-pra-pra-dziadka doktora Jacka Ingardena, profesora Uniwersytetu
Jagiellońskiego, senatora Rzeczpospolitej Krakowskiej. Feliks
założył słynne Uzdrowisko i Park Zdrojowy. Oprócz tego zasłużył
się jako twórca Plant Krakowskich i Kopca Kościuszki. Jego
najgłośniejszą chyba zasługą było uratowanie przed zburzeniem
Bramy Floriańskiej. Więcej o tym fakcie TUTAJ >>>
Drzewa w Parku Zdrojowym, sadzone jeszcze przez Feliksa, nadal rosną
i mają się całkiem nieźle, pewnie za sprawą wina, którym były
polewane w trakcie imprez organizowanych dla pensjonariuszy i gości
Uzdrowiska przez właściciela. Wiele z nich jest pomnikami przyrody.
Fort swoszowicki jest o kilkadziesiąt
lat młodszy od Uzdrowiska, bo został wybudowany pod koniec XIX
wieku. Różne losy go spotykały, różni żołnierze w nim
stacjonowali. Obecnie znajduje się w nim siedziba prywatnego MuzeumSpraw Wojskowych, które stopniowo zagospodarowuje teren i już może
się pochwalić pokaźną kolekcją sprzętów wojskowych, głównie
z I wojny światowej, ale też i młodszych. Na weterynarzach i ich
dzieciach oczywiście największe wrażenie zrobiła sala operacyjna,
ze stołem pokrytym zakrwawionymi serwetami i kompletnym wyposażeniem
chirurgicznym ;)
Więcej informacji o niedzielnych Swoszowicach na blogu http://cichociemnyzychiewicz.blogspot.com/
Etykiety:
brama floriańska,
dobry,
feliks radwański,
jacek ingarden,
muzeum spraw wojskowych,
Myślenice,
park zdrojowy,
Przychodnia Weterynaryjna,
swoszowice,
uniwersytet jagielloński,
uzdrowisko,
weterynarz kraków
Lokalizacja:
Swoszowice, Kraków, Polska
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































