Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Therios Przychodnia Weterynaryjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Therios Przychodnia Weterynaryjna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 maja 2018

Wizyta u prawdziwego przyrodnika – edycja 2018



Maj to idealny miesiąc na wiosenną wizytę w magicznym Kocmyrzowie, u profesora Andrzeja Dubiela. Tradycyjnie był czas na pogawędki historyczno-przyrodnicze i obowiązkowy obchód włości profesorskich. Gospodarstwo stale się rozwija. Tym razem poznaliśmy sympatycznego boćka ze złamanym skrzydłem i całkiem pokaźne stado muflonów. Hodowla powiększyła się też o kilka kolorowych bażantów, których nazw nie zapisałam. 


Maj to miesiąc obsypanych kolorowym kwieciem azalii, których w starym sadzie nie brakuje. Najmłodsze latorośle poszerzyły wiedzę przyrodniczą o kolejne gatunki roślin oglądając, dotykając i wąchając dziesiątki kwiatów, krzewów i drzew. Największe powodzenie miały konwalie, lilaki i miłorząb, który przyciągał uwagę swoimi wachlarzowatymi liśćmi połyskującymi w promieniach słońca. 


Na pożegnanie zostaliśmy obdarowani dwoma zgrzewkami perliczych jajek – już dzisiaj zostaną umieszczone w inkubatorze, a po wykluciu powędrują do kolejnego zarażonego pasją drobiową naszego znajomego – Ryszarda.



wtorek, 13 lutego 2018

Weterynarz sadzi... lasy w słoiku

Weterynarz lubi nowe wyzwania. Wydawałoby się, że trudno znaleźć dziedziny, w których nie maczałam palców. Ale muszę przyznać, że mam od lat poważną piętę achillesową – kwiatki. Regularnie podejmuję próby założenia ogródka i hodowania roślin. Najlepiej mi poszło z cebulą w doniczce – na jej szczęście została zjedzona, zanim zdążyła zwiędnąć. Chęci są, a ręki do zielonego niestety brak. 

Pomna mojej słabości postanowiłam, że czas na kolejne podejście do zielonego. Na stronie myślenickiego MOKiSu znalazłam informację o warsztatach hodowania... lasu w słoiku. Miało być łatwo, efektownie i bezproblemowo. Do tego wizja pięknego słoja z kolorową zawartością, który podbije serca klientów Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Hmmm... kuszący pomysł. Zapisałam się na warsztaty razem z córkami. Córki początkowo protestowały, bo w tym wieku myśli się o chłopakach, imprezach, strzelaniu i wspinaczce, a nie o grzebaniu w ziemi, ale wydawszy z siebie kilka głębokich westchnień łaskawie się zgodziły na towarzyszenie nawiedzonej matce.

Warsztaty prowadził sympatyczny pan Piotr Szewczyk. Na sali czekały na nas rzędy pięciolitrowych słoików, worki z kamykami i ziemią oraz niezliczona ilość zielono-kolorowych roślin. Nasza trójeczka pilnie wykonywała kolejne etapy leśnych prac w miniaturze podsypując, sadząc i upychając. Na końcu z radością usłyszałam instrukcję dalszej pielęgnacji mojego lasu: raz w miesiącu wlać dwie łyżki wody. I od czasu do czasu pogadać ze słoikiem.


Podsumowując: polecam lasy w słoikach! Na razie, po 24 godzinach, nasze rośliny żyją i nadal pięknie się prezentują. Efektowne, nadają się na prezent i ozdobę, a przy tym bardzo proste w produkcji i obsłudze. Będąc w THERIOSie zapytajcie, jak się mają nasze słoiki i może zaprzyjaźnicie się z ich mieszkańcami?  

 

czwartek, 5 października 2017

Uzależnieni od szkoleń... Kwalifikowany kurs pierwszej pomocy.

Są ludzie, którzy ciągle muszą się szkolić i nabywać nowe umiejętności. Lubią to, ale też ciągle czują niedosyt wiedzy. Jestem jedną z takich osób. Człowiek uczy się przez całe życie. Najgorzej, jak powie: wiem wszystko, mogę się zatrzymać, sięgnąłem szczytu. Moim zdaniem to najgłupsza rzecz, jaką można powiedzieć. Nawet w okrojonym zakresie: jestem dobry w jeździe konnej, umiem już gotować, znam się dobrze na onkologii / nauczaniu / motoryzacji, wiem wszystko o dzieciach. Jak słyszę takie stwierdzenie, to więcej słyszeć nie muszę, kończę rozmowę. Chyba, że mam zły dzień i mam ochotę dać takiemu komuś prztyczka w nos. Wtedy drżyjcie zarozumialcy! W najlepszym wypadku będzie to krótki docinek, którego być może nawet nie zauważycie. W najgorszym przydługawy monolog z elementami moralno-filozoficznymi.

Tyle wstępu. Teraz czas na konkret. W dniach 27.09. - 1.10.2017 miałam przyjemność uczestniczyć w zorganizowanym przez Fundację Byłych Żołnierzy i FunkcjonariuszySił Specjalnych SZTURMAN szkoleniu z kwalifikowanej pierwszej pomocy. Dzięki współpracy z firmą REMEX Michała van der Coghena szkolenie prowadzone było w najwyższych standardach – nie tylko merytorycznych, ale też dydaktycznych. Uczestnikami była głównie młodzież z organizacji proobronnych. Osoby z wyższym numerem PESEL mogły się szkolić jako opiekunowie grup. I w takim charakterze autorka tekstu występowała.

Dzień pierwszy.
Teoria. Góra wiedzy podana z prędkością karabinu maszynowego. Pierwsze wrażenie: olaboga! Toż to nie do opanowania! Te wszystkie zagrożenia, objawy, procedury postępowania przyprawiły nas o zawrót głowy. Spać poszłam pełna obaw, czy jestem w stanie ten kurs zaliczyć...

Dzień drugi.
Praktyka. Podbierak, nosze, pozycje bezpieczne, opatrunki podciśnieniowe, udrażnianie dróg oddechowych, tlenoterapia, zakładanie kołnierza usztywniającego. A na deser psycholog. Spotkanie z panią psycholog było z pozoru niepotrzebną stratą czasu. W praktyce przyniosło sporą dawkę refleksji. Tam zaliczyłam pierwszą dużą porażkę. Miałam zająć się dziewczyną ze złamaną nogą. Przeciwko sobie miałam grupę gapiów, których zadaniem było zachowywanie się jak na gapiów przystało, czyli przeszkadzanie, dobre rady, zdjęcia z połamańcem i zero pomocy. Mimo tego, że była to zabawa, nie byłam w stanie zebrać myśli, żeby zaproponować mojej poszkodowanej coś logicznego. To był ważny i niezwykle cenny element szkolenia ratowniczego.

Dzień trzeci.
Praktyka. Transport rannego, wyciąganie rannego z samochodu, resuscytacja w różnych konfiguracjach, m.in. resuscytacja pod kontrola komputera: ocena prawidłowości ucisku na klatkę piersiową (łącznie z ustawieniem dłoni!) i sztucznego oddychania (częstotliwość, głębokość wdechów i drożność dróg oddechowych), badanie podstawowe poszkodowanego z urazem i nieurazowego, „szybka piątka”, wywiad SAMPLE, resuscytacja dzieci i niemowląt, sprzętowe udrażnianie dróg oddechowych, kwalifikacja i obsługa defibrylatora oraz kolejne elementy bezpiecznego transportu. Niewątpliwą atrakcją były zadławienia – dzięki sprzętowi dydaktycznemu uczestnicy nie tylko ćwiczyli, ale też dobrze się bawili ;) Popołudniu triage i próbne testy. Kolejna porażka – 22 punkty na 30 możliwych. Jakbym pisała test tego dnia, to egzamin byłby w plecy... 

Zerknijcie na film na końcu - jedna ze scenek ze szkolenia :) 

Dzień czwarty.
Stopniowe zbieranie nabytych umiejętności w całość. Przygotowane przez instruktorów scenki (z udziałem samych uczestników) wprawiły mnie w sporą depresję. To, co wydawało się początkowo proste, w pośpiechu i stresie okazało się niewykonalne. Tym sposobem nie dość, że zaliczyłam jedną swoją śmierć, to jeszcze umarła dwójka moich fikcyjnych dzieci. Przykre było to, że i tak należało mnie na śmierć skazać, ale przynajmniej moje geny w postaci potomstwa by ocalały... A tak ocalał tylko mój mąż, który w zasadzie nie wymagał jakiejś szczególnej pomocy. Sytuacja pokazała, że wiedza to nie wszystko, ważne jest również korzystanie z własnego mózgu. Kolejne akcje zakończyły się większym sukcesem i ofiar śmiertelnych udało się uniknąć.
Po obiedzie wałkowaliśmy zakładanie opatruków i hipotermię.
Nocka co poniektórym minęła na powtórce materiału przed niedzielnymi egzaminami.


Dzień piąty.
Przed obiadem szkolenie, szkolenie, szkolenie... Postępowanie z poszkodowanym na motorze (jako fantom, któremu zdejmowano kask po wypadku zrozumiałam określenie „przeszczep” dotyczący wariatów na motorach szalejących po naszych drogach), tamowanie krwotoków i zawsze na czasie resyscytacja z AED.
Popołudnie minęło pod znakiem egzaminów. Osobiście była tak wyczerpana, że stres uleciał i już mi było wszystko jedno, czy zdam, czy nie. Ciężar wiedzy i doświadczeń był potężny i jedno, czego byłam świadoma to fakt, że ten kurs to dopiero początek. Trzeba to wszystko jeszcze raz przemyśleć, przećwiczyć i używać ile się da. Oby nie było potrzebne, ale z drugiej strony, jak coś gdzieś się wydarzy, to wiem co robić.
Egzamin zaliczylam w tempie ekspresowym. To był mój najszybszy w życiu egzamin, bo też ratownik musi działać szybko. Pytania o udar mózgu, wstrząs i resuscytację kobiety w ciąży, potem stanowisko z fantomem, który dostał zawału, szybka segregacja poszkodowanych w wypadku masowym i założenie opaski uciskowej na kwawiącą nogę. Zanim się zorientowałam, już byłam po egzaminie. Ufff...


Jak widać szkolenie było bardzo intensywne i wręcz naszpikowane sytuacjami, w którymi każdy z nas może się na co dzień spotkać. Ile razy przejeżdżaliśmy koło wypadku i z obawy przed swoją niewiedzą nie zatrzymaliśmy się, żeby pomóc poszkodowanym? Ile razy z daleka zarejestrowaliśmy gdzieś na horyzoncie nieprzytomną osobę, wokół której gromadzili się gapie? Moi koledzy kiedyś zaaranżowali udawaną akcję kradzieży torebki starszej pani. Ciekawi byli reakcji ludzi. Niestety... reakcji nie było. Cudza torebka, cudzy problem. Złamane ręce i nogi, zasłabnięcia, pogryzienia przez psy, upadki z roweru, podtopienia, stłuczki samochodowe, obite głowy, czy popularne krwawienie z nosa. Nie ma osoby, która nie miała z jakimś mniejszym lub większym wypadkiem do czynienia. Czy wiesz, co w takich sytuacjach robić? W mojej pracy jako lekarza weterynarii dość regularnie zdarzają się omdlenia, czy pogryzienia. Kurs uświadomił mi, jak mało na temat pierwszej pomocy wiedziałam. Moje roczniki nie miały okazji uczyć się podstaw ratownictwa w szkole. Ale z moich obserwacji młodzież, która brała udział w szkoleniu też w niektórych sytuacjach była bezsilna. Moim zdaniem taki kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy powinien być obowiązkowy (łącznie z egzaminem państwowym!) dla każdego pełnoletniego Polaka. Zakres wiedzy nie jest aż tak duży, a potencjalne korzyści – dla nas, dla naszych najbliższych i dla każdego, kto w pobliżu nas ulegnie kontuzji bezcenne.  

A w tle... Piękne jezioro Posmyk, świniodziki, jelenie, kaczki, gęsi, śpiące na drzewach pawie i kot Kebab... To był dobry czas :D 
  


piątek, 15 września 2017

Czy pies może chorować na celiakię i jak to jest z tym glutenem?

Didi trafiła do Przychodni THERIOS na początku maja tego roku. Jest uroczą 11-letnia sunią rasy pekińczyk. W marcu straciła wzrok. Konsultacje u okulisty i neurologa nie wykazały nieprawidłowości. A pacjentka nadal nie widziała… Do tego doszły kolejne objawy: osłabienie i dziwne ataki, w czasie których sunia traciła przytomność i leżała nienaturalnie wygięta. Wykonano szereg badań, które właścicielom i lekarzom podniosły włosy na głowie: skrajna niedoczynność tarczycy, niewydolność wątroby, silna niedokrwistość. Wszyscy rozłożyli ręce i stwierdzili, że pozostaje tylko jedno: wyjazd do Myślenic. W THERIOSie usg wykazało rzadki problem – hiposplenizm, czyli zmniejszoną śledzionę, lekkie zapalenie trzustki, niedobór żelaza i kwasu foliowego i kamicę pęcherza moczowego. Lekarze Przychodni Weterynaryjnej THERIOS stanęli przed trudnym zadaniem: jak połączyć te wszystkie objawy? Przeczucie mówiło, że musi być jakiś wspólny mianownik. To była prawdziwa burza mózgów, zupełnie jak w serialu Dr House – wykluczanie, analizowanie, dopasowywanie. W końcu ostał się jeden potencjalny winowajca: gluten. Doktor Maja jako główne leczenie zaleciła dietę bezglutenową. Dodatkowo stopniowo ograniczona została dawka sterydu.

Po 5 miesiącach od pierwszej wizyty Didi czuje się bardzo dobrze. Ataki ustały, czerwone krwinki ustabilizowały się. Niestety wzroku nie odzyskała, ale przyzwyczaiła się do swojej ślepoty i przy każdej wizycie aktywnie wizytuje wszystkie kąty w THERIOSie. Przyzwyczaiła się też do nowej diety, chociaż czasami zdarza się jej jakieś małe „przestępstwo” w postaci niedozwolonej przegryzki. I wtedy choroba przypomina o sobie, ale już nie w takiej formie jak na początku.

Nietolerancja glutenu jest rzadką przypadłością u dorosłych psów, częściej natomiast spotyka się ją u psów młodych, szczególnie wybranych ras (np. seter irlandzki, samojed, irlandzki terier pszeniczny). U ludzi mówi się o celiakii, która jest szeroko opisywana. Są nawet specjalne sklepy z żywnością bezglutenową. 


Czym jest zatem gluten? Jest to białko, które występuje w pszenicy, jęczmieniu, życie i owsie. Powoduje różnego rodzaju rekcje alergiczne, problemy żołądkowo-jelitowe i zaburza wchłanianie innych składników z pokarmu. Niestety nie ma żadnego specyficznego testu, który może potwierdzić lub wykluczyć nietolerancję glutenu. Diagnostyka polega na dokładnym wywiadzie oraz badaniach dodatkowych, które mają na celu wykluczenie innych potencjalnych przyczyn. Najlepszym potwierdzeniem trafnej diagnozy jest poprawa po wprowadzeniu diety bezglutenowej, jednak na efekt trzeba poczekać nawet kilka tygodni.

środa, 29 marca 2017

O tym, jak weterynarz został fanem perliczych jaj

Przygodę z perliczkami zaczęłam 2 lata temu, o czy pisałam niejednokrotnie. A moja fascynacja tymi ptaszyskami nie słabnie. Stado hałaśliwych dziwolągów zwiększyło się do kilkunastu sztuk. Trójka podarowana przez profesora Dubiela, dwie samice przywędrowały od sąsiadów, a reszta własnoręcznie wyinkubowana i wychowana.


W tym roku od pierwszych dni marca zaczęło się szaleństwo jajeczne. Codziennie zbieramy po sporej garści perliczych jajek. A jajka te są nie byle jakie. Kształtne, nie do pomylenia z ich kurzymi odpowiednikami. Są od nich mniejsze (ważą ok. 45g) i bardziej trójkątne. Przez twardą skorupkę nie przenikają żadne zarazki, a w drugą stronę nie ucieka woda i przez to są znacznie trwalsze i bezpieczniejsze od jajek kurzych. Takie jajko można przechowywać nawet przez rok! Na razie nie odważyłam się sprawdzić, ale planuję od sierpnia zbierać jajka perlic i potem korzystać z nich przez całą zimę, w czasie której nieśność drobiu znacznie spada (u perliczek do zera). Ze względu na twardą skorupkę gorzej się nadają do gotowania na miękko, ale do wszystkich innych celów kulinarnych są idealne! Delikatne w smaku, z proporcjonalnie dużym żółtkiem są prawdziwym rarytasem.


Skład jajek perliczych jest wychwalany przez wielu znawców. Są znacznie bogatsze w witaminę A, D3, B i E oraz w „dobry” cholesterol. Nadają się dla dzieci, które nie przyswajają jajek kurzych.

Niestety, jaja perliczek mają też wady, o których każdy potencjalny hodowca musi wiedzieć. Nawet genialne jajko, żeby zostało docenione, musi być zniesione w takim miejscu, żeby łatwo je było znaleźć. I z tym perliczki mają spory problem. Są to afrykańskie ptaki, które codziennie przemierzają wiele kilometrów w poszukiwaniu jedzenia. Taką mają naturę i trudno im wytłumaczyć, że mają się trzymać blisko domu i kurnika. Perliczka, która znosi jajka w wyznaczonym miejscu, w kurniku, jest prawdziwym skarbem. W tym roku moje ptaszyska są wyjątkowo zdyscyplinowane, ale i tak dość regularnie znajduję jajka w końskim żłobie, czy porozrzucane po ujeżdżalni. Jest to frajda dla dzieciaków, które myszkują po okolicy w poszukiwaniu jajecznych skarbów.



Więcej o perliczkach przeczytasz TUTAJ >>> 



środa, 15 marca 2017

BILBO i jego woreczek…

Bilbo jest 10-letnim berneńczykiem, typowym przedstawicielem swojej rasy: sympatyczny, ufny i nieco opieszały. I jak każdy berneńczyk nie oszczędza swoich właścicieli pod kątem swojego zdrowia. Historia naszego pacjenta jest niezwykle ciekawa:
- 3x skręt żołądka
- gastropeksja (czyli ufiksowanie żołądka do ściany brzucha)
- krwiak i skręt śledziony zakończony usunięciem śledziony
- niewydolność wątroby.

Do nas trafił z podejrzeniem guza wątroby – do diagnostyki, a tak naprawdę po wyrok… Właściciel spodziewał się najgorszego, ale przed podjęciem ostatecznej decyzji chciał jeszcze zasięgnąć opinii onkologa.
W dniu wizyty Bilbo nie czuł się najlepiej. Błony śluzowe były bladoróżowe, a brzuch silnie napięty, bolesny i bardzo powiększony.

Usg niewiele wykazało, ponieważ w badaniu przeszkadzał dziwnie układający się gaz. Widoczny był wprawdzie guzowaty hipoechogeniczny twór, ale badanie było niejednoznaczne. Uzupełnieniem było zdjęcie rtg klatki piersiowej i brzucha. Przerzutów nie było, guz w brzuchu wielkości dużej pięści wywodzący się przypuszczalnie wątroby był wyraźnie widoczny, a do tego była… kupa. Przeładowane kałem jelita wypełniały cały brzuch.

Sposobem znanego Wojaka Szwejka zaczęliśmy od… lewatywy. Drugi krok to operacja. Bardziej diagnostyczna, ale z nastawieniem, że trzeba będzie usunąć fragment wątroby.

Po nacięciu brzucha pierwsze, co usłyszeliśmy to syk. Jak z pękniętego olbrzymiego balona. Brzuch był wypełniony… wolnym powietrzem. Z guz okazał się ogromnym, atonicznym woreczkiem żółciowym, wypełnionym zielonkawą galaretą. Bilbo musiał pożegnać się z prywatnym magazynem żółci i jednym płatem zmienionej wątroby, które do towarzystwa dostały guzek skórny z kufy. Okres pooperacyjny przebiegł bardzo dobrze.



Teraz nasz berniś prowadzi spokojne życie emeryta – dostaje od czasu do czasu garść tabletek i pewnie niebawem pokaże się na kontroli. A właściciel odetchnął z ulgą podwójnie, bo po pierwsze: jego przyjaciel żyje, a po drugie: w wątrobie nie było nowotworu, tylko masywne zapalenie, które spowodowało całą kaskadę groźnych zmian.


Życzymy Bilbo kolejnych szczęśliwych lat! 


  

piątek, 27 stycznia 2017

Pierwsze takie szkolenie w Polsce!!! Chemioterapia w praktyce.

Formuła 2+5 została wymyślona przez dr Maję Ingarden specjalnie na potrzeby praktycznych warsztatów z leczenia nowotworów u psów i kotów, zorganizowanych po raz pierwszy w styczniu 2017 w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS w Myślenicach. Dlaczego 2+5? Do tej pory szkolenia trwały albo 2 dni, albo 5 dni. Tym razem wpadliśmy na pomysł połączenia dwóch kursów: 2-dniowy kurs oparty na teorii, prezentacjach i części warsztatowej, a potem, po przyswojeniu potrzebnej wiedzy, indywidualny pięciodniowy staż praktyczny, czyli samodzielna praca z pacjentami onkologicznymi pod okiem theriosowych instruktorów.

Pierwsza część szkolenia odbyła się 13 i 14 stycznia 2017 roku. Zebrał się komplet uczestników. Grupa mała, ale ze względu na charakter pracy z pacjentami onkologicznymi i potężna dawkę wiedzy, którą należy przekazać, zadecydowaliśmy jak organizatorzy, że większej liczby uczestników nie przyjmiemy. Co ciekawe, większość osób to nasi wcześniejsi kursanci, więc grupa zebrała się sama, bez żadnych reklam i ogłoszeń.

W piątek doktor Maja Ingarden wygłosiła trzy wykłady na temat zasad chemioterapii, kwalifikacji pacjenta oraz przedstawiła podstawowe informacje o dostępnych i stosowanych w PW THERIOS lekach onkologicznych. Zaprezentowany został używany w THERIOSie sprzęt i preparaty onkologiczne. Popołudnie minęło pod znakiem praktycznej chirurgii i elektrochemioterapii. Pacjetką była Abi, goldenka z włókniako-mięsakiem. Zabiegi i prezentację przeprowadzał doktor Jacek Ingarden.

W sobotę szkolenie rozpoczęło się od wykładu doktor Mai na temat monitoringu pacjenta onkologicznego i praktycznych rad, jak poradzić sobie z występującymi objawami ubocznymi leczenia. Następnie uczestnicy wylosowali wirtualnych pacjentów z najczęściej spotykanymi nowotworami i mieli za zadanie przeprowadzenie ich kwalifikacji do leczenia, a następnie dobranie odpowiedniego schematu. Był to zarazem praktyczny sprawdzian nabytej wcześniej wiedzy. W ten też sposób poznali najpopularniejsze protokoły chemioterapeutyczne. Dodatkową atrakcją był kolejny w czasie kursu zabieg elektrochemii u kota Mentosa.
Popołudniu pracująca w THERIOSie mgr Karolina Kwaśnica przedstawiła wykład na temat roli diety u pacjentów onkologicznych, a pierwszy etap szkolenia zamknął doktor Jacek wykładem na temat podstaw chirurgii w onkologii weterynaryjnej.


Teraz czeka kursantów jeszcze drugi etap szkolenia – praktyczne zastosowanie nabytej wiedzy w trakcie 5-dniowego stażu klinicznego. Przebieg dla każdego będzie inny, bo będzie zależał od pacjentów, którzy w danym tygodniu odwiedzą naszą przychodnię. Jednak niewątpliwie będą to ciekawe doświadczenia, bo większość pacjentów PW THERIOS to przypadki trudne i bardzo trudne, a lekarze tu pracujący zawsze chętnie dzielą się swoją wiedzą ze swoimi kolegami po fachu :D   







środa, 18 stycznia 2017

Czy skręt żołądka jest groźny? Historia Nestora.

Nestor jest 12-letnim wyżłem niemieckim. Mieszka w ogrodzie, a w chłodniejsze dni nocuje w ogrzewanym garażu. Jest szczęśliwym przedstawicielem swojej rasy. Rozpieszczany przez właścicieli, którzy dogadzają mu różnymi przysmakami. Pewnego dnia postanowili wypróbować nową karmę. Nestor dostał swoją codzienną porcję jedzenia, wzbogaconą nowymi chrupkami. Zjadł i poszedł spać. Rano właściciel wypuścił psa do ogrodu, ale jakiś mu się Nestor wydał dziwny. Bez życia, z dużym brzuchem. A do tego na ziemi widać było liczne pieniste ślady, jakby wymioty bez wymiotów. Po konsultacji z lekarzem weterynarii postanowił przyjechać do THERIOSa.
Już po rozmowie telefonicznej podejrzewaliśmy skręt żołądka, więc potrzebny sprzęt już czekał w pogotowiu. Na pierwszy rzut oka widać było, że sytuacja jest poważna. Przyspieszony oddech, galopujące tętno, wydłużony czas kapilarny, a do tego twardy jak kamień, powiększony brzuch. Potem nieudana próba założenia sondy do żołądka, szybkie zdjęcie rtg, morfologia i decyzja: trzeba otwierać. W ryzyku, bo stary, trwający kilka godzin skręt żołądka zawsze jest zagrożeniem życia. Właściciel – lekarz ludzki doskonale rozumiał powagę sytuacji. 

Żołądek wypełniał całą jamę brzuszną i był tak mocno wypełniony gazem i jedzeniem, że nie było możliwości odkręcenia i upuszczenia zawartości przez sondę. Konieczne było nacięcie ściany żołądka. Dopiero potem doktor Jacek umieścił żołądek we właściwej pozycji i dodatkowo przymocował go do ściany brzucha. Niestety, ściana była wyraźnie zmieniona. Po intensywnych kroplówkach zaczęła powoli wracać do stanu prawidłowego, ale dopiero czas pokaże, czy uda się całkowicie zregenerować krążenie.
Po operacji Nestor szybko się wybudził, a pod wieczór nawet sam wyszedł na spacer. Widać, że staruszek ma wielką wolę życia. Pierwszy etap leczenia ma za sobą. Teraz przed nim kilka decydujących dni...


Komentarz lekarza weterynarii:
Skręt żołądka jest niezwykle groźną chorobą dużych psów. Przyczyny mogą być różne, ale najczęściej jest to zbyt intensywny ruch po dużym posiłku lub zmiana karmy. Są różne teorie na temat wyżej lub niżej umieszczonych misek, ale ja osobiście nie widzę żadnego związku wysokości misek z występowaniem skrętów. Większość przypadków skrętów, które trafiły do THERIOSa to zbyt szybkie wprowadzenie nowej karmy lub właśnie nadmierna aktywność, dotycząca szczególnie psów, które na co dzień nie są zbyt aktywne.

Przy ratowaniu psów ze skrętem kluczowy jest czas. Największa przeżywalność jest u psów operowanych do 2 godzin od przemieszczenia żołądka. Nieźle wygląda sytuacja do 4 godzin. Gdy skręt nastąpił przed ponad czterema godzinami, to szanse na przeżycie gwałtownie spadają.

Jak rozpoznać skręt żołądka? 
Pies staje się początkowo niespokojny, próbuje zwymiotować, ale udaje mu się wyrzucić z siebie tylko pienistą ślinę. Są to tak zwane „puste wymioty”. Dodatkowo rzuca się w oczy powiększony brzuch. Najczęściej zdarza się, że najpierw dochodzi do rozszerzenia żołądka, a dopiero później do skrętu. Jednak przy samym rozszerzeniu możliwe jest założenie sondy i upuszczenie zalegającej karmy i gazu. Do żołądka skręconego nie jesteśmy w stanie wprowadzić sondy, przez co fermentacja karmy postępuje, gazu jest coraz więcej, a do tego zaczynają namnażać się bakterie, które przez uszkodzoną, napiętą do granic możliwości ścianę dostają się do krwi i zatruwają cały organizm.

Jak pomóc psu z podejrzeniem skrętu?
Jedyna możliwość uratowania psa ze skrętem żołądka to JAK NAJSZYBSZA WIZYTA U LEKARZA WETERYNARII!!! Żołądek w miarę możliwości trzeba odbarczyć (sonda lub nakłucie ściany), potem podstawowe badania i operacja. Odkręcony żołądek chirurg przymocowuje do ściany brzucha w celu zapobiegania ponownemu przemieszczeniu. Zabieg ten nazywany jest gastropeksją. Dla pacjentów, którzy pomyślnie przeżyli operację ważna jest dalsza opieka i leczenie: ciągle są to pacjenci wysokiego ryzyka, wymagający intensywnej opieki lekarskiej.


Pamiętaj! Jeżeli u swojego psa podejrzewasz skręt żołądka, to przez wyjazdem zadzwoń do lekarza, żeby był przygotowany do działania. Czasami wystarczy przygotować sprzęt, a czasem konieczne jest zorganizowanie zespołu do pomocy, bo w pojedynkę ratowanie psów ze skrętem żołądka jest niemożliwe!  

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Leniwa sobota... czyli psy, konie, czekolada i Jasińscy

Plan na sobotę był prosty: najpierw Jasińska (Kasia), potem Jasiński (Jacek). Kasia – wykłady w Krakowie o psychologii koni, Jacek – opowieść o podróżach. Plan wydawał się dość ciasny, ale jak najbardziej realny. Tyle, że w weterynaryjnych planach zawsze coś musi pójść pod górkę. Pierwsze sygnały pojawiły się w piątek wieczorem – umówiona na wizytę rhodezjanka z podejrzeniem chłoniaka jelitowego utknęła w korku i spóźniła się o godzinę, przez co wizyta przeciągnęła się ponad plan. Potem niewinne pytanie zaprzyjaźnionej hodowczyni: czy jakby coś na randce poszło nie tak, to mogę na was liczyć?

Sobota rano. W domu góra aktualizacji na stronie internetowej, w pracy najpierw laparotomia, a potem oczywiście randka (bo oczywiście poszło nie tak...). U suni – Setki nowotwór okazał się fragmentem kanapy, który łakoma pacjentka pożarła kilka dni wcześniej. To pierwszy nowotwór, który można wyprać i wykorzystać ponownie ;) Właścicielka szczęśliwa doniosła nam dzień później, że pacjentka wróciła do świata żywych i dziękuje za pomoc.

Setka wypoczywa po zabiegu - fot. z archiwum właścicieli. 
Sobota godzina 13.00. Błyskawiczny obiad i z całą ferajną wyjazd na wykład Kasi Jasińskiej. To pierwsza część z cyklu pięciu wykładów z praktycznej psychologii koni. Wybraliśmy się na pewniaka, bo już wcześniej mieliśmy okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez Kasię. W tą sobotę zastanawialiśmy się Jak widzą nas konie? Kolejne tematy spotkań: Jak uczą się konie? Zachowania prawo- i lewopółkulowe. Koniobowości. Partnerstwo. Dużo ciekawej i praktycznej wiedzy podanej w przystępny sposób.

Sobota godzina 16.00. Wyjęczana przez dzieci wizyta w pijalni czekolady Karmello. Niewyobrażalnie zasłodzeni pognaliśmy do samochodu i potem do domu.


Sobota godzina 17.30. Karmienie zwierzyńca i znowu w drogę! Tym razem kierunek: Zaczarowane Wzgórze. Spotkanie wigilijne i wspaniała opowieść podróżnika, Jacka Jasińskiego, o wyprawach na końskim grzbiecie. Na swojej stronie tak pisze o swoim projekcie: 

Projekt „Cztery Pory Roku w Siodle” trudno opisać jednym zdaniem – jest to po prostu swobodna opowieść o narodzinach i realizacji marzenia, które pojawiło się w dzieciństwie, przetrwało w uśpieniu przez kilkanaście lat i nagle eksplodowało. Konie i podróże intrygowały mnie od zawsze. Niestety przez wiele lat nie miałem możliwości realizowania mojej pasji – do czasu, do dnia kiedy porzuciłem wygodną pozorną stabilizację i zacząłem spełniać własne pomysły. Wędruję z końmi po Polsce, Europie, Azji, niezależnie od pory roku i pogody. Wędruję sam, z Rodziną, z Przyjaciółmi i grupami Przypadkowych Ludzi (którzy często staja się Moimi Przyjaciółmi). Jura, Pustynia Błędowska, Karpaty, Gruzja, Azerbejdżan, Iran, Azja Centralna itd… Kolejne destynacje w planach – spokojnie, wystarczy do późnej starości…
Chętnie opowiem o moich podróżach, przygodach, doświadczeniach, odwiedzonych krajach, spotkanych ludziach i o planach na przyszłość – serdecznie zapraszam.

fot. www.nomadiclife.eu
Nic dodać nic ująć. Było niezwykle, bo i miejsce niezwykłe i opowieść niezwykła. I skończyło się na postanowieniu: nie wiem kiedy, ale na pewno MUSZĘ zwiedzić gruzińskie bezdroża...

fot. www.nomadiclife.eu

Dzień zakończył się w sobotę ok. 23.00, kiedy po tak leniwie spędzonym dniu można było przytulić głowę do poduszki i zasnąć...

Dziękuję Jackowi Jasińskiemu za zgodę na wykorzystanie zdjęć z jego strony www.nomadiclife.eu
O zajęciach z Kasią Jasińską czytajcie TUTAJ >>>
Strona Zaczarowanego Wzgórza TUTAJ >>>
A relację z naturalnego szkolenia na Zaczarowanym Wzgórzu znajdziesz TUTAJ >>>