Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Po co nakłuwamy klatkę piersiowa przy wodopiersiu?

Wodopiersie oznacza płyn w klatce piersiowej. Zdarza się zarówno u psów, jak i u kotów. Co w takiej sytuacji należy zrobić? Po pierwsze, pozbyć się płynu, bo pacjent z zalaną klatką piersiową często się dusi. Po drugie: zbadać płyn, ocenić jego pochodzenie i w miarę możliwości przyczynę powstawania.

Dzisiejsza pacjentka, 10-letnia Tola, przyjechała z poważnym problemem. Oprócz silnej duszności i osłabienia pojawiły się wymioty. Sunia przestała jeść i pić, a spojrzenie jej smutnych oczu mówiło samo za siebie - dajcie mi spokój, nie chcę tak żyć... Podjęliśmy decyzję o upuszczeniu płynu w celu odciążenia płuc i serca. Udało się uzyskać około 300 mililitrów krwistej cieczy. Oczywiście płyn należało poddać badaniu. Ciężar właściwy, stężenie białka, liczba komórek jądrzastych, badanie cytologiczne. Wszystko to w THERIOSie wykonujemy sami, oceną cytologiczną zajęła się dr Maja Ingarden. Okazało się, że mamy do czynienia z bogatokomórkowym wysiękiem. Większość komórek stanowiły zmienione komórki mezotelium, czyli nabłonka wyścielającego wnętrze klatki piersiowej. Na podstawie objawów i przebiegu choroby postawiliśmy podejrzenie międzybłoniaka, czyli nowotworu wywodzącego się z błony surowiczej. Ze względu na częste upodabnianie się komórek pobudzonego mesothelium do komórek nowotworowych rozpoznanie nie jest na 100% pewne, ale podejrzenie niestety nie jest zbyt optymistyczne... Po usunięciu większości płynu sunia poczuła się znacznie lepiej, ożywił się jej wzrok, zaczęła się z ciekawością rozglądać... Na razie konieczne jest wzmocnienie pacjentki i wyciszenie stanu zapalnego, jak się uda, to przejdziemy do dalszych działań...
Rtg Toli przed i po upuszczeniu płynu 

środa, 22 lipca 2015

"Chodź, pomaluj mój świat..."

Dodaj napis
Świat oszalał na punkcie kolorowanek. Oczywiste, że dzieci zawsze lubiły kolorować. A co z dorosłymi? Szczególnie zestresowanymi dorosłymi? Kolorowanie stało się jedną z popularnych metod psychoterapii. Masz stresa, łap za kolorowankę i wyżywaj się twórczo. Na stronach internetowych jednym z argumentów jest... cena. Zestaw kilkudziesięciu kolorowanek kosztuje znacznie mniej niż wizyta u psychologa, a efekt jest ten sam. Ciekawe, co na to zestresowane psy i koty? Szkoda, że nie możemy skuteczności kolorowanek przetestować na naszych pacjentach. Na pewno możemy przeprowadzić testy na właścicielach naszych pacjentów. Wielokrotnie widzę w poczekalni zaciskających ze zdenerwowania palce właścicieli, czekających na koniec zabiegu swojego pupila. Albo znudzonych, oczekujących na zakończenie kroplówki z chemią. Mogą oglądnąć telewizję, mogą poczytać książki z naszej klinicznej biblioteczki, jak jakaś książka szczególnie ich zainteresuje, mogą ją zabrać do domu i przy okazji wymienić na inną.

Kolorowanki dla małych i dużych - dzieło 4-latka :) 
Ale co zrobić, jak trudno ze zdenerwowania zebrać myśli? Nie za bardzo dociera to, co mówią w TV, litery też nie układają się tak jak byśmy sobie życzyli. Stres to stres. Co wtedy? Wtedy do akcji może wkroczyć kolorowanka. Kwiatki, listki, koty, ryby. Mogą to być dowolne esy-floresy. Można je tworzyć samemu, a można też wykorzystać dostępne w THERIOSie arkusze z gotowymi pomysłami. Na zainteresowanych czeka również zestaw kredek i w razie potrzeby zestaw podkładek. 

Jeżeli masz dosyć niszczącego psychikę stresu związanego z chorobą swojego zwierzaka, możesz sięgnąć po kolorowankę. Oczywiście dzieci też mogą w naszej przychodni kolorować; kolorowanki odstresowujące są dość skomplikowane, ale młodzi rysownicy również sobie z nimi doskonale poradzą :) 


Kolorowanki odstresowujące są dostępne w recepcji Przychodni Weterynaryjnej THERIOS - zapraszamy do kolorowania dzieci i dorosłych!



niedziela, 12 lipca 2015

Swoszowice po godzinach...

Weterynarze z dziećmi na niedzielną wycieczkę wybrali się do Swoszowic. Tym razem nie na zawody jeździeckie, których częstymi gośćmi byli w ostatnich latach, ale w sprawach historyczno-rodzinnych. Otóż 200 lat temu wieś Swoszowice została kupiona przez Feliksa Radwańskiego seniora, pra-pra-pra-dziadka doktora Jacka Ingardena, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, senatora Rzeczpospolitej Krakowskiej. Feliks założył słynne Uzdrowisko i Park Zdrojowy. Oprócz tego zasłużył się jako twórca Plant Krakowskich i Kopca Kościuszki. Jego najgłośniejszą chyba zasługą było uratowanie przed zburzeniem Bramy Floriańskiej. Więcej o tym fakcie TUTAJ >>>  
Drzewa w Parku Zdrojowym, sadzone jeszcze przez Feliksa, nadal rosną i mają się całkiem nieźle, pewnie za sprawą wina, którym były polewane w trakcie imprez organizowanych dla pensjonariuszy i gości Uzdrowiska przez właściciela. Wiele z nich jest pomnikami przyrody.


Fort swoszowicki jest o kilkadziesiąt lat młodszy od Uzdrowiska, bo został wybudowany pod koniec XIX wieku. Różne losy go spotykały, różni żołnierze w nim stacjonowali. Obecnie znajduje się w nim siedziba prywatnego MuzeumSpraw Wojskowych, które stopniowo zagospodarowuje teren i już może się pochwalić pokaźną kolekcją sprzętów wojskowych, głównie z I wojny światowej, ale też i młodszych. Na weterynarzach i ich dzieciach oczywiście największe wrażenie zrobiła sala operacyjna, ze stołem pokrytym zakrwawionymi serwetami i kompletnym wyposażeniem chirurgicznym ;) 
Więcej informacji o niedzielnych Swoszowicach na blogu http://cichociemnyzychiewicz.blogspot.com/




sobota, 4 lipca 2015

Weterynarz na ludowo ;)


Co robi weterynarz po godzinach w upalną sobotę? Uczestniczy w II Międzynarodowych Spotkaniach z Folklorem. Grupy artystów ludowych zjechały do Myślenic z całego świata. Sobota to trzeci dzień imprezy i nie ostatni. Od czwartku do niedzieli nasze miasteczko stało się międzynarodową stolicą folkloru. Kulminacyjnym punktem dnia był kolorowy korowód, który przeszedł ulicami miasta. Mimo upału było barwnie, wesoło i jeszcze goręcej niż w rzeczywistości. Największe owacje zebrali Dzicy z Afryki i Meksykanie, ale każda z grup zasłużyła na wielkie brawa. Nasze najmłodsze dzieci płci męskiej obserwowały z zapartym tchem piękne tancerki, chociaż zabrakło im odwagi, żeby przyłączyć się do tańczących. Za to aktywnie uczestniczyły w warsztatach artystycznych ozdabiając drewniane ptaszki i koniki. 
Dla fanów rękodzieła rozstawione były liczne stragany, na których można było podziwiać i kupić piękne ozdoby, zabawki, czy... pędzle. Narobiliśmy sobie smaka na dalsze tego typu imprezy. 

Kolejny przystanek festiwalowy: ETNOmania w skansenie w Wygiełzowie :)


 








środa, 3 czerwca 2015

Wizyta Jacoba - dogoterapeuty w szkole podstawowej :)

Jacob to duży pudel morelowy, zwany też pudlem królewskim, syn Boogiegoi Lary. Imię rodowodowe to BREGO "Ze Sfory Chirona". W lutym 2015 roku obchodził swoje pierwsze (!) urodziny. Jego rodzice zostali wybrani pod względem psychiki i genów jako idealni do pracy z dziećmi. Jacob niemalże od urodzenia przyuczał się do zawodu dogoterapeuty. Jako młodzieniec ukończył kursy, które już oficjalnie uprawniają go do pracy z najmłodszymi. Jego właścicielka, Agnieszka, na stronie www.psiaedukacja.eu pisze o sobie: "...aktywna wf-istka, oligofrenopedagog, pedagog terapeuta. Moje doświadczenia zawodowe ukształtowało życie. Wiele typów szkół, w których pracowałam, osoby wymagające wsparcia będące przy mnie od zawsze i codzienne problemy nauczyły mnie być radosną, otwartą i czerpać wiedzę z doświadczeń innych. Dla mnie pies jest łącznikiem ludzi, a dla ludzi szczególnych – pies jest oknem na świat. Prowadzę radosną i wartościową psią edukację z moim psem Jacobem. Na co dzień pracuję w szkolnictwie specjalnym." Idealna właścicielka dla idealnego psa :)


Korzystając z przyjazdu Agnieszki i Jacoba do PW THERIOS udało się namówić ich na wizytę w myślenickiej Szkole Podstawowej nr 2, na spotkanie z dzieciakami w ramach pikniku. Jacob, mimo lekkiego "kaca" po znieczuleniu, zabawiał dzieciaki, rodziców i nauczycieli z całych sił: bawił się, pokazywał sztuczki i... uczył. Bo nauka była najważniejsza, a nauka przez zabawę łatwiej trafia do głów. Wspólnie z Agnieszką zaprezentowali, a następnie ćwiczyli z dziećmi prawidłowe zachowania w przypadku zapoznawania się z nieznanym psem i rozpoznawania zachowań psów. Na końcu dzieci uczyły się, jak zrobić "żółwika", czyli przybrać bezpieczną pozycję w przypadku spotkania z agresywnym psem. Jacob kontrolował, czy dzieci prawidłowo wykonują ćwiczenie.


Zajęcia zostały zorganizowane w ramach programu "Bezpieczny pies -bezpieczne dziecko". Moim zdaniem każde dziecko powinno wziąć w takich zajęciach udział. Praktyczne, ciekawie poprowadzone, a do tego taaaka gwiazda do pomocy ;) Na zakończenie zajęć szkoła otrzymała certyfikat udziału w programie edukacyjnym.
Więcej informacji o Polskim Centrum Dogoterapii i prowadzonych przez nich zajęciach na stronie www.psiaedukacja.eu


Więcej o Jacobie na jego profilu na facebook >>>


Więcej o Boogiem, ojcu Jacoba na blogu Boogaskowo >>>



sobota, 30 maja 2015

Jagnięcina z ryżem doskonała dla alergików - prawda, czy fałsz?

- Mój pies jest alergikiem, czym mam go karmić? - pyta większość właścicieli drapiących się psów.
- A czym jest karmiony obecnie? - pytam.
Odpowiedzi są różne. Najczęściej słyszę, że jagnięcina z ryżem. To znaczy sucha karma z jagnięciną (czy raczej: z dodatkiem jagnięciny), najbardziej popularna, powszechnie dostępna. Prawie każda firma, od tych z najwyższej półki, po producentów niskobudżetowych, ma w swojej ofercie karmę typu Lamb&Rice. Karmy są w sklepach oczywiście sprzedawane jak nadające się dla alergików. Pies je karmę, ale drapie się nadal, wręcz jest coraz gorzej. Gdzie tkwi błąd?

Dobrym przykładem jest nasz niedawny pacjent, 4-letni mops. Typowy pacjent tej rasy. Zapadnięte skrzydełka nosowe, podniebienie długie na kilometr, chrapiący i tracący oddech. Do tego kamica pęcherza moczowego i... alergia. Trafił do nas z powodu guzka na faflu. Guzek ja guzek, trzeba usunąć i zbadać. Niestety właściciele nie zgodzili się na pozostałe "porządki". Guzek został usunięty. Ale w trakcie zbierania wywiadu nasza doktor Krysia zapytała o dietę. Karmiony jak na alergika przystało - jagnięcina i ryby, broń boże żadnej wieprzowiny i pieczywa. Ale jednak wyraźnej poprawy nie ma. Czym karmić? - zapytali właściciele. Podjęta została decyzja o badaniach. W surowicy krwi oznaczane są przeciwciała przeciwko najczęściej używanym składnikom pokarmu dla psów. Wyniki? Nieco szokujące.
R4-5 (maksymalna alergia): wołowina, mleko, tuńczyk,
R3 (średnia alergia): jagnięcina, ryby,
R1-R2 (słaba alergia): kaczka, ryż, kukurydza, królik, łosoś, jęczmień, ziemniaki, owies, dziczyzna, struś
R0 (brak alergii): wieprzowina, kurczak, indyk, pszenica, soja, jajka, pulpa buraczana, kasza jaglana.

Ten pacjent absolutnie nie powinien być karmiony wołowiną, jagnięciną, rybami i produktami mlecznymi. W zasadzie najlepsza byłaby... wieprzowina. Kurczak i indyk ze względu na zawartość chemii zawsze ostrożnie. Zostają nam jajka (najlepiej z przydomowej hodowli) z kaszą jaglaną.

Takich pacjentów jest więcej. Z naszych obserwacji i wielu wykonanych testów wyłania się smutna prawda - większość psów z alergią pokarmową jest żywiona nieprawidłowo tylko dlatego, że kierujemy się stereotypami. Jednym z najgorszych, najbardziej uczulających składników pokarmowych jest... jagnięcina! Na liście najbardziej uczulających pokarmów jest jeszcze wołowina i produkty mleczne, ale zdarza się też uczulenie na strusinę, drób i ryby... Najrzadziej uczula wieprzowina i jaja kurze. Zostaje jeszcze super - hipoalergiczna karma oparta na białku hydrolizowanym. Jednak karma ta ma jedną, bardzo istotną wadę - cenę. Te karmy są drogie i nie każdego właściciela na nie stać, szczególnie, jak trzeba karmić dużego psa. Są doskonałe i rozwiązują problem, ale bariera cenowa jest często nie do przeskoczenia.

Jaki wniosek można wyciągnąć z tego artykułu? Moim zdaniem jeden bardzo ważny: wykonywać testy, a nie opierać się na wyimaginowanych statystykach! Koszt badania jest wysoki, ale jest to jednorazowy wydatek, równowartość miesięcznej diety dla średniej wielkości psa. Warto, bo prawie zawsze wynik jest sporym zaskoczeniem dla właścicieli i lekarzy ;)

niedziela, 24 maja 2015

Kurs usg dla średniozaawansowanych - edycja wiosenna 5-dniowa

W dniach 18-22 maja 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS odbył się kurs ultrasonograficzny dla lekarzy weterynarii, prowadzony przez dr Jacka Ingardena. To już 41 kurs usg (licząc echo serca 43), który zorganizowaliśmy. Szkolenia w ramach THERIOSa prowadzimy od 15 lat! Nasze "ulubione" tematy to opisywana ultrasonografia jamy brzusznej i hematologia, a ostatnio na listę cyklicznie organizowanych kursów wprowadziliśmy też cytologię. Organizujemy też szkolenia z innych dziedzin weterynarii, zapraszając różne weterynaryjne sławy. Więcej o naszych szkoleniach TUTAJ >>>

Ja na każdym z organizowanych w PW THERIOS kursów, gościliśmy lekarzy z różnych stron Polski, od Krakowa, przez Katowice, Lublin, Wrocław, Łomżę, aż po Gdańsk. Kursantom udało się przebadać 37 psów. Pierwszego dnia, oprócz teorii i przypadków prezentacyjnych, uczestnikom została zaprezentowana thorakocenteza u 6-letniego berneńczyka z mięsakiem histiocytarnym, abdominocenteza oraz zastosowanie terapii IRAP w leczeniu zwyrodnień stawów. Dzień zakończył się operacją skrętu żołądka u rocznego doga niemieckiego. 


Pobieranie materiału do IRAP
Kolejne dni minęły nieco spokojniej. Kursanci szlifowali swoje umiejętności badając psy zdrowe i chore. Rozpoznanych zostało kilka ciąż, w tym jedna ciąża - niespodzianka, mukometra, torbiel jajnika, zapalenie, osad i polip w pęcherzu moczowym. Były nowotwory: wątroby (wykonano biopsję), wznowa chłoniaka, chłoniak nerkowy i guz śledziony. Doktor Jacek zaprezentował echo serca u sznaucera olbrzyma. 

Był to kolejny intensywny kurs bogaty w ciekawe przypadki, nie tylko "ultrasonograficzne". Na tym polega urok kursów w naszej przychodni - nigdy nie jest nudno, a badania usg są wzbogacone analizą kliniczną pacjentów. 

Więcej informacji na temat 5-dniowych kursów usg dla średniozainteresowanych znajdziesz TUTAJ >>> 

Biopsja pod kontrolą usg - ćwiczenia
 


wtorek, 19 maja 2015

Dieta kury domowej jawornickiej

Decydując się na kury postanowiłam rzetelnie się do nowego zakupu przygotować. Kupiłam książki, pytałam "specjalistów" (takich okolicznych, wiejskich) i specjalistów (prawdziwych). Większość źródeł proponowała super-mieszankę dla kur niosek. Bo zdrowa, smaczna i pełnowartościowa. Tyle, że oprócz składników, których znaczenie było dla mnie zrozumiałe (cel: dużo jajek), było sporo składników, które budziły mój niepokój. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście tego oczekuję. Przecież taką karmę dostają też kury w kurnikach. A ja po to zdecydowałam się na hodowlę przydomową, żeby tego wszystkiego "pozostałego" uniknąć... Decyzja została podjęta: pal licho wydajność, stawiamy na ekologię i jakość. I tak rozpoczęła się era naturalnego żywienia kur. Przyznać muszę, że czasami to chyba przesadzam. Moje kury mają gotowane obiadki (łupiny z ziemniaków, marchewki, pietruszki), codziennie dostają skorupki z jajek, mieszankę ziaren, rozdrobniony chleb, witaminy z muszlami ostryg i suszone pokrzywy. Oprócz tego prawie codziennie wybieramy się na polowanie na dżdżownice, których całkiem sporą hodowlę mamy w oborniku koło stajni. Kalifornijskie. Kupione kilka lat temu jak prezent dla naszych dzieci, 2x po 500. Dziewczyny robiły im domki i namawiały, żeby w nich zamieszkały. Dżdżownice dały się namówić, a ich ilość zwiększyła się do... miliardów. Teraz są świetnym uzupełnieniem diety kurzej. 


Uzupełnieniem są też końskie bobki i naręcza chwastów i skoszonej trawy. Najbardziej ekskluzywnym dodatkiem jest... kwiatowy pyłek, zakupiony na jakichś targach jako cud natury i samo zdrowie. W rzeczywistości okazał się paskudny. Kury za to są zachwycone.
Mieszanka ziaren też jest niczego sobie. W jej skład wchodzi:
- śruta pszenna
- siemię lniane (suchy i okresowo w postaci meszu)
- kasza jaglana
- kasza gryczana (okresowo)
- ziarno słonecznika
- śrutowana kukurydza
- okresowo otręby pszenne.
Czy wyobrażacie sobie smak takich prawdziwych jajek? Teraz, jak już muszę kupić jajka w sklepie, to aż się krzywię z obrzydzenia. Plastikowe i niedobre. A chemia w nich zawarta aż mi się osadza na zębach. Jajka od moich kur są smaczne i zdrowe, a do tego pochodzą od szczęśliwych kur. Polecam wszystkim niezdecydowanym! 




niedziela, 17 maja 2015

If Du Reverdy

If du Reverdy
Czy to zaklęcie? Nie! If du Reverdy to imię kawalera dla naszych klaczy. Starszy już pan, bo 19-letni, ale wysportowany i utytułowany. Nie mieliśmy przyjemności osobiście go poznać, bo mieszka w Stadzie Ogierów w Gnieznie, ale słuchy chodzą, że jest piękny, grzeczny, chętny do współpracy i niesie dobre geny, jego ojciec to sam Le Tot de Semilly, utytułowany i utalentowany skoczek. Oglądałam film z zawodów - fruwa na wysokościach trudnych do ogarnięcia... 

Tak piszą o naszym wybrańcu: 
International show jumping stallion If Du Reverdy was competed by Thomas Velin at major events across Europe winning many prizes along the way. If Du Reverdy pedigree is exceptional, sired by one of the all time great selle francais stallions Le Tot de Semilly who either won or placed in 22 international grand prix`s as well as 63 national grand prix classes. He represented France in many international championships and nation cup teams. As a breeding stallion If Du Reverdy continued to excel and his offspring has earned him a big reputation as a sire of performance horses , progeny of Le Tot de Semilly include Dollar de Semilly, Ultimée du Chemin, Baccara du Tot, Dandy du Marais II, Diamant de Semilly and the list goes on. 
Żródło: http://www.highoffleystud.co.uk/horseinfo.asp?id=14891

Słynny dziadek - Le Tot de Semilly 
Nasienie przyjechało w piątek. Już 2 miesiące wcześniej zaczęliśmy przygotowania klaczy. Trzeba je było zsynchronizować. Po co? Po pierwsze, żeby unasiennić je za jednym zamachem, z jednego transportu nasienia. Po drugie, żeby ewentualne źrebaki urodziły się w jednym czasie. Udało się, chociaż nie idealnie, bo różnica między owulacjami wyniosła kilka godzin. Za to obie dziewczyny owulowały z lewego jajnika. Inna była reakcja na unasiennianie: Urania, jako pierworódka trochę się kręciła i żeby wycelować idealnie do szyjki macicy, trzeba było zastosować tak nielubianą przez nas dutkę. Daglezja na widok pipety zaczęła aż mruczeć i cichutko rżeć z radości. 

W zapładnianiu klaczy brała udział cała rodzina. W końcu to nie lada atrakcja uczestniczyć w "produkcji" tak długo wyczekiwanych źrebaczków. Podawania strzykawek, trzymanie klaczy i opowiadanie im o wspaniałym If du Reverdy, a na deser oglądanie nasienia pod mikroskopem. Oczywiście nie obyło się bez małego wykładu na temat iksów i igreków... W takiej rodzinie nie dało się tego uniknąć. Iksy i igreki tak się spodobały, że jednogłośnie wybrane zostały imiona dla maluchów: Iks i Igrek. 


Teraz przed nami dłuuugie 2 tygodnie oczekiwania na badanie usg... Z niecierpliwością czekamy na pozytywne badanie i na źrebaczki...  






poniedziałek, 11 maja 2015

W poszukiwaniu salamandry...

Maj to miesiąc kwiatów i... salamander. W jawornickim lesie jest ich zatrzęsienie. Wystarczy trochę deszczu, a już trzeba patrzeć pod nogi, żeby jakiejś nie rozdeptać. Co roku wybieramy się na spotkanie z jaszczurami ognistymi. W 2013 roku też poświęciłam im trochę uwagi na blogu. W tym roku też wybraliśmy się na spacer. Niestety, po spotkaniu pierwszej salamandry najmłodszy Ingarden zanurkował w leśnym strumyku i zmusił nas do powrotu do domu. Wynegocjowałam kilka minut na sesję fotograficzną i filmik z salamandrą w roli głównej...
Wygląd salamander i piękne wzory na ich grzbietach zawsze mnie zadziwiają. Są niepowtarzalne; każda salamandra jest jedyna w swoim rodzaju i ma swój prywatny wzór z żółtych plam. Ta obfotografowana może jakąś oryginalnością nie porażała, ale całkiem jest jej do twarzy z tymi żółtymi plamkami :)
Więcej szczęścia miały nasze córki, które zrezygnowały z kąpieli w strumieniu i spotkały całkiem sporo tych oryginalnie ubarwionych płazów... Pewnie Karolina pochwali się sesją fotograficzną na swoim blogu :)






środa, 6 maja 2015

Niełatwo być pacjentem... Świeże refleksje w temacie służby zdrowia...

Jestem wściekła. Dzisiaj na moje żale jedna pani doktor stwierdziła: Niełatwo być pacjentem... Nie dość, że mnie to nie uspokoiło, to jeszcze bardziej rozdrażniło. Wczoraj po 3 godzinach spędzonych w poradni chirurgicznej zrezygnowałam z wizyty. Dzisiaj po 3 godzinach koczowania pod drzwiami gabinetu z 4-letnim Błażejem wprawdzie doczekałam się wizyty, ale moja opinia na temat służby zdrowia jest fatalna. Co z tego, że mamy dobrych lekarzy (bo mamy!), jak organizacja szpitali woła o pomstę do nieba? Nawet nie tyle chodzi o oddziały szpitalne, bo to są małe państewka, które często są naprawdę dobrze zorganizowane, ale o przyszpitalne przychodnie i pogotowie. Dzisiaj wędrując korytarzami Uniwersyteckiego Szpitala dziecięcego w Krakowie patrzyłam na obwieszone znaczkami WOŚP korytarze, telewizory z reklamą WOŚP non-stop, lampy z reklamami, informacje o przyjaznym szpitalu, sklepiki, automaty ze słodyczami (nafaszerowane chemią świństwa) i... z przerażeniem myślałam o nadchodzącym przedpołudniu. Bo co z tego, że przed gabinetami są placyki zabaw dla dzieci, skoro po kilku godzinach koczowania na takim placyku dzieci są wymęczone i zapłakane? Przyjeżdżam na 8.00 (bo tak trzeba). Ustawiam się w kolejce do rejestracji. Jestem trzecia. Cała nasza kolejkowa trójka przez pół godziny słucha o problemach urlopowych dwóch pań - jednej z rejestracji, drugiej jakiejś pielęgniarki. Jak gadają, to pani w rejestracji się zawiesza. Pisać też nie może, bo zawzięcie gestykuluje. Dobrze, że sobie długopisu do oka nie wbiła. A może szkoda... W końcu wyciąga naszą kartę. W trakcie jej rozmowy pani doktor przyjęła pięciu pacjentów... Ustawiamy się w kolejce do pani doktor. Po 1,5 godzinie wreszcie wchodzimy. Nie, żeby były tłumy. Po prostu pani doktor miała przerwę (pewnie na zabiegi). Wizyta trwa kilka minut. Dostajemy skierowanie na badanie słuchu (wiadomo, że wyjdzie kiepsko, bo przy zapaleniu ucha wszystkie dzieci źle słyszą). Ustawiamy się w kolejce nr 2. Potem znowu wracamy do kolejki przed gabinetem. Po 3 godzinach jesteśmy wolni! To i tak sukces, bo poprzednio zabawa trwała 4 godziny... Nie mówiąc o tym, że miesiąc temu minął rok od pierwszego telefonu. W związku z bezdechami (zagrożenie życia...) Błażej dostał dobry termin - na 1 października... Zabieg (głupie migdałki!) mamy w czerwcu. I prikaz, żeby nie było infekcji, bo następne terminy są na rok 2016... I po co te bajery na ścianach? Szpital przyjazny to taki, gdzie dzieci nie czekają kilka godzin w kolejce na 5-minutową wizytę! Po co mi kolorowy dywanik - żeby dzieciak miał się po czym higienicznie tarzać ze znudzenia?

A jak było z moją ręką? Pierwszy zonk był na lodowisku. Ja z trójką dzieci, ręka połamana na kawałki. Dzwonię na pogotowie: O, ręka? - ucieszyła się pani odbierająca telefon - do ręki nie jedziemy, musi pani sama przyjść, bo nogi są zdrowe... Zatkało mnie i zamiast zrobić awanturę grzecznie organizowałam transport. Na SORze idę do rejestracji i mówię: Mam złamaną rękę. A skąd pani wie? - zapytała zdziwiona pani w kolorowym fartuszku. Mój mąż stwierdził później: Trzeba było powiedzieć, że u wróżki byłaś... Po 3 godzinach kierują mnie na zdjęcie. Złamana! Wieloodłamowo. Ale operacji i tak nie zrobią, mogę pojechać do domu. Trzeba usztywnić. Panie pielęgniarki (jakieś wygłodniałe wampirzyce podrywające młodego doktora) zakładają szynę - krawędź gipsu przechodzi dokładnie przez złamanie. Zwróciłam uwagę. Panie prychnęły i zignorowały. Idziemy do doktora. Mówię, że tak założony gips, to nie dość, że nie będzie chronił, to jeszcze odetnie. Odesłał do pielęgniarek. Wściekłe zdjęły (oj, bolało jak diabli!) i założyły nowy. Dobrze nie było (o usztywnieniu dwóch przylegających stawów to chyba nigdy nie słyszały), ale przynajmniej usztywnienie niemalże dochodziło do stawu ramiennego. Sam zabieg i opieka pooperacyjna jak dla mnie bomba. Miłe zaskoczenie. Kompetentnie, sympatycznie. Wychodząc do domu stwierdziłam, że jakby nie okoliczności, to chętnie zostałabym dłużej. Schody zaczęły się przy kontrolach. Kolejki, odsyłania, rejestracje. Snujące się po korytarzach znudzone pielęgniarki i techniczki. Wczoraj: ponad godzina w kolejce do chirurga. Okazało się, że i tak muszę przyjść jeszcze za 3 dni, bo tak mi się kończy zwolnienie. Uprosiłam, że skoro miało być kontrolne rtg, to może zróbmy od razu? Dostałam skierowanie. Przede mną w kolejce czekają jeszcze 3 panie. Pierwsza godzina - ani jedno zdjęcie nie zrobione, przychodzi z zakupami jedna z pań z tzw. służby zdrowia. Idę do rejestracji, a tam wszystkie karty jak leżały, tak leżą. Co jest grane? - pytam. Jest urografia, a ona trwa pół godziny - odpowiada pani w okienku. Ale minęła już godzina! - mówię. Pani wzrusza ramionami obojętnie. Wracam do kolejki. Po kolejnej godzinie wściekła idę znowu do okienka. Tym razem jako delegacja wszystkich pań z kolejki (kolejka w międzyczasie się wydłużyła). Okazuje się, że wszystkie panie z rentgena robią właśnie zdjęcia na oddziałach nieprzytomnym pacjentom. Jak długo to będzie trwało? - pytam. A skąd mam wiedzieć? - słyszę odpowiedź - jedni są grubi, drudzy chudzi, może zaraz, a może nie wiadomo kiedy... I znowu wzruszenie ramion. Zagotowana odebrałam skierowanie i stwierdziłam, że skoro i tak mam przyjść w piątek, to rtg może poczekać... Idealnie byłoby, gdybym sama sobie zrobiła zdjęcie. Byłoby lepiej ułożone i lepszej jakości... Tylko czy szpitalom wolno oceniać zdjęcia od weterynarza??? Czasami (a nawet dość często ) myślę, że wolałabym być swoją własną pacjentką niż biegać na te na siłę wymyślone wizyty. Przyjeżdża pacjent z długim podniebieniem, badanie, badania krwi, zabieg. Po 10 dniach kontrola, wyjęcie szwów. I tyle. Wprawdzie koszt niemały, ale i tak nie przekracza miesięcznej składki na ZUS od jednej osoby... 

Ech, kto się wreszcie odważy wprowadzić jakąś normalną reformę służby zdrowia, która stanie za pacjentem i lekarzami, a nie przeciwko??? Jeden dzień zwłoki w płaceniu ZUS i od razu jest wielka awantura. I do tego poniżające kontrolowanie, czy moja ręka jest faktycznie złamana, czy nie. Czy rzeczywiście jestem praworęczna (bo jakbym była leworęczna, to przecież mogę przyjmować pacjentów - w razie czego pomogę sobie kolanem). Czy blizna odpowiada zdjęciom rtg. Czy rzeczywiście po 2 miesiącach od operacji łokcia ręka jest niesprawna. Ja, potencjalna oszustka i wyzyskiwacz polskiej służby zdrowia... Oczekują cudownego wyzdrowienia - tylko jak to zrobić, skoro dopisek "pilne!!!" na skierowaniu na rehabilitację skraca czas oczekiwania z 12 miesięcy do 12 tygodni... Oczywiście jak mi zależy, żeby odzyskać sprawność, to płacę z własnej kieszeni... Ech, szkoda słów... Jeszcze tylko jedna wizyta jutro i ostatnia w tym tygodniu (w sumie czwarta) w piątek... 

Niełatwo być pacjentem...  

wtorek, 14 kwietnia 2015

And the winner is...

Mój Tyson poległ... To znaczy nie całkiem, nie na śmierć, na szczęście. Ale poniósł sromotną klęskę. Elegancik, który wydawał się mało samczy i mniej wojowniczy poszedł po rozum do głowy i do kolejnej bitki lepiej się przygotował. Już nie skakał bez sensu, tylko wziął się na sposób - wykombinował, że przeciwnika trzeba unieruchomić przez zawieszenie się na jakiejś zwisającej wrażliwej części ciała. A Tyson przyciągał wzrok wspaniałymi dzwonkami... I na tych dzwonkach właśnie uwiesił się Elegancik. A jak złapał, to nie puścił. Tyson został unieruchomiony, uziemiony i przepędzony. Snuje się teraz po wybiegu i z zazdrością spogląda na harem swojego niedoszłego kumpla. Elegancik  zaś dumnie przechadza się wśród kur od czasu do czasu oznajmiając całemu światu swoje zwycięstwo.

Poniżej kilka zdjęć w bitki koguciej i filmik :)