Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przychodnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przychodnia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2015

Na niebiesko...

Dwóch porannych pacjentów w kolorze… niebieskim. Przyszli jednocześnie, szkoda, że nie było możliwości zrobienia im razem zdjęć, bo kolorystycznie dobrani byliby idealnie. Niebieski nr 1 to piękny Brytyjczyk, starszy pan z niewydolnością nerek. Trafił do nas z polecenia naszego kolegi - weterynarza. Kot czuł się źle, wyniki nerkowe rokowały też nie najlepiej (kreatynina 5,15 mg/dl, mocznik 124 mg/dl), do tego niski potas. Zostaliśmy jego ostatnią szansą i… wyrocznią. „Jak uznacie, że nie ma sensu dalsza walka, to trzeba będzie go uśpić”. Nie uśpiliśmy. Po kilku dniach kreatynina spadła o prawie 1, mocznik o 20 i kocisko zaczęło jeść. Elektrolity stabilne. Walka jeszcze się nie skończyła i nie wiemy, czy ją wygramy, ale dobre samopoczucie pacjenta jest najlepszym dowodem, że decyzja była dobra i warto było spróbować


Drugi „niebieski” do nasza stara dobra znajoma Szina. 11 miesięcy temu przyjechała do nas z kostniako-mięsakiem kości (osteosarcoma). Dodatkowym stresem była choroba serca, którą zdiagnozowaliśmy przed zabiegiem. Doktor Jacek Ingarden podjął wyzwanie anestezjologiczno-chirurgiczne i zoperował pacjentkę. Potem przyszedł czas na chemioterapię, którą Szina zniosła bardzo dobrze. Mimo obaw o sprawność po amputacji łapy sunia radzi sobie doskonale. Jest aktywna, bawi się, chętnie spaceruje. Tylko podczas ponadtrzydziestostopniowych upałów nie chciała wychodzić z domu, ale jest to zrozumiałe W najbliższym czasie czeka ją jeszcze jeden zabieg, ale liczymy na kolejne miesiące szczęśliwego życia…  

Tradycyjnie prosimy, ślijcie duuużo dobrych myśli dla tych wyjątkowych "niebieskich" pacjentów!

wtorek, 14 kwietnia 2015

And the winner is...

Mój Tyson poległ... To znaczy nie całkiem, nie na śmierć, na szczęście. Ale poniósł sromotną klęskę. Elegancik, który wydawał się mało samczy i mniej wojowniczy poszedł po rozum do głowy i do kolejnej bitki lepiej się przygotował. Już nie skakał bez sensu, tylko wziął się na sposób - wykombinował, że przeciwnika trzeba unieruchomić przez zawieszenie się na jakiejś zwisającej wrażliwej części ciała. A Tyson przyciągał wzrok wspaniałymi dzwonkami... I na tych dzwonkach właśnie uwiesił się Elegancik. A jak złapał, to nie puścił. Tyson został unieruchomiony, uziemiony i przepędzony. Snuje się teraz po wybiegu i z zazdrością spogląda na harem swojego niedoszłego kumpla. Elegancik  zaś dumnie przechadza się wśród kur od czasu do czasu oznajmiając całemu światu swoje zwycięstwo.

Poniżej kilka zdjęć w bitki koguciej i filmik :)



 


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jest kogut! A nawet dwa...

Za kilka dni minie pierwsza rocznica powiększenia naszego stadka. Z 16 kur ostało się 14. Dwie kury umarły śmiercią tragiczną w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach. Jestem w temacie kur trochę mądrzejsza niż rok temu, chociaż głupota tego gatunku ciągle mnie zadziwia. Nauczyłam się też, że jak kuny kradną jajka, to najlepiej powiesić łańcuch na furtce i od razu drapieżniki przestają odwiedzać kurnik. Zwiększyłam też pożyteczne wykorzystanie różnego rodzaju odpadków - skorupki z jajek, obierki, nawet fusy z herbaty lądują w kurzych żołądkach. Nasze głupiutkie kury na początku pociesznie brzydziły się dżdżownic. Próbowały dziobać, ale z obrzydzeniem wypluwały. Teraz wiaderko dżdżownic w zestawie z końskimi bobkami to ulubiony deser. Odwdzięcza się nam kurze towarzystwo doskonałymi jajkami. Teraz kupno jajek w sklepie to istna profanacja. Raz byłam zmuszona kupić fermowe plastikowe produkty jajko-podobne (przerwa zimowa...) i było to przeżycie bardzo niekorzystne.
Na koguta się nie zdecydowałam. Nie lubię kogutów, a moje kurki niosły jajka i bez widoku samca. Dzielnie odpierałam ataki rodziny, znajomych i sąsiadów. Nie i nie. Boję się, nie chcę, nie potrzebuję. I kropka. Sąsiad odgrażał się, że kogut ma być i sam kupi, jeżeli się nie zdecyduję. Zabroniłam kategorycznie.
I nadszedł dzisiejszy kwietniowy poranek. Po rehabilitacji wracałam sobie spacerkiem do THERIOSa. Niestety, po drodze miałam targ. Zawsze chodzę dookoła, ale dzisiaj coś mnie podkusiło i poszłam skrótem... Na trasie napotkałam ciężarówkę wypełnioną klatkami z kurami. Planowałam powiększenie stadka o 2-3 białe kurki. Białych kurek nie było. Ale były smutne czarne... Okazało się, że to krzyżówki zielononóżek. Tak patrzyłam i żal mi się zrobiło. A obok, w małej klatce, dwa upakowane czerwone koguty z głowami w bliznach... Też mi się żal zrobiło. Dobrze, że nie miałam więcej pieniędzy, bo wykupiłabym wszystkie. Wystarczyło na pięć smutnych zielononóżek i jednego smutnego koguta (na koguta zabrakło mi pieniędzy, ale dostałam w promocji, bo za chwilę kończył się handel na targu). Zadowolona zapłaciłam i... złapałam się za głowę, bo jak z połamaną ręką przetransportować pudło z kurami i worek z kogutem? Z trudem, pomagając sobie zębami i kolanami, dopchałam swoje zakupy do przychodni...
Z pomocą męża przetransportowaliśmy kurki i koguta do domu. A tu na wejściu już słyszymy: u naszych kur jest piękny kogut! Kie licho? - pomyślałam. Przecież mój kogut jest w jutowym worku po moją pachą! Pokręciłam z niedowierzaniem głową i poszliśmy do kurnika.
Kogut faktycznie był. Piękny, kolorowy, z błyskiem w oku. Jak malowany. Wysypałam mojego koguta z worka. Przy tamtym eleganciku wyglądał jak lump spod budki. Pocięty grzebień, wydrapane pióra, a to tego mętny wzrok i słaniający się krok. Rozbójnik. Chłopaki jak tylko się zobaczyły, to nastroszyły pióra i po chwili jak nie zaczną się tłuc! Krew się lała, kawałki grzebieni latały w powietrzu. Zbiegli się sąsiedzi, zaczęły się dyskusje. Na moje nerwowe pytania co robić, czy rozdzielać i jak im wytłumaczyć, że powinny się dogadać, odpowiedzią były tylko pogardliwe parsknięcia. "Jeden z nich padnie" - twierdził jeden sąsiad. "Nie, jeden wygra, a drugi się podda" - twierdził drugi. "Zobaczysz, że padnie". "A jak oba padną?" - zaniepokoiłam się. "Nie, padnie tylko jeden" "A co z drugim?" "No, urżnie się go i na rosół będzie" Wolałam założyć, że jakoś się dogadają i pobiegłam po aparat. Bo bitka, co by nie mówić, była piękna. Aż trudno było oczy oderwać. Jako przeciwniczce walk kogutów było mi wstyd za moje odczucia, ale co zrobić? Czasem rozum i serce wymykają się spod kontroli.
W końcu mój kogut wygrał pierwsze starcie. Elegancik został zapędzony w kąt i musiał się zadowolić jedną kurą - pocieszycielką, która postanowiła wesprzeć przegranego...
Ale sądząc z jurnego pogdakiwania i nerwowego przebierania nogami to jeszcze nie koniec rozgrywek...
c.d.n....







sobota, 14 lutego 2015

Działo się, działo... na kursie "Cytologia kliniczna"


  
   W dniach 6 i 7 lutego 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS odbył się pierwszy kurs pt. "Cytologia kliniczna". Podejść do kursu było wiele. Był pomysł, żeby zrobić go z jakimś patologiem, miał to być kurs 1-dniowy, był też pomysł kursu 5-dniowego. Termin był kilka razy odkładany z powodu... chronicznego braku czasu na przygotowania. Przy stadku dzieci każdy pomysł odłożenia dużego przedsięwzięcia na później był dobry... Choroby, zebrania i imprezy szkolno-przedszkolne mnożyły się jak króliki. W końcu sami kursanci przycisnęli mnie, że kurs ma się odbyć i kropka. Tyle, że przygotowania do kursu 2-dniowego trwają zazwyczaj wiele miesięcy. Trzeba ustalić program, przygotować prezentacje, posegregować i powybierać preparaty, porobić zdjęcia, zorganizować zajęcia praktyczne i wypożyczyć mikroskopy... Do tego jeszcze materiały drukowane, dyplomy, punkty edukacyjne i stos faktur. Niby niewiele, ale pracy co niemiara...
  W końcu nadszedł termin kursu. Zaczęłam realizować misternie przygotowywany plan. Grupa była w większości początkująca, ale było kilka osób, które przyjechały, żeby usystematyzować i poszerzyć swoją wiedzę. Kursantki zjechały do THERIOSa z całej Polski, zaglądnijcie na mapkę obok. Pierwszy wykład: podstawy cytologii, drugi: obraz zapalenia. Przerwa. Wpada mój mąż i pyta: chcecie zobaczyć biopsję wątroby? No ba, kto by nie chciał zobaczyć. Materiał pobrany, kursantki samodzielnie przygotowywały preparaty. Hmmm... Ostro jak na początek. Ale poszło im doskonale. Preparaty, których nie powstydziłby się profesjonalny patolog. Czas wrócić do podstaw. Ale pojawia się kolejny pacjent: berneńczyk z chłoniakiem. Kolejna biopsja i kolejny ciekawy przypadek. Szczególnie, że psiak zdążył dostać steryd (dzięki niemu psisko mniej cierpiało, ale w diagnostyce to nie pomogło...). Na szczęście (lub jak kto woli: nieszczęście) rozpoznanie nie pozostawiało wątpliwości: chłoniak. Początek ambitny, ale z drugiej strony kursantki nie są początkującymi klinicystami, więc chłonęły ciekawe przypadki z entuzjazmem...
   Po obiedzie zeszliśmy trochę na ziemię i zajęliśmy się... kupą i moczem. Do tego pogrzebaliśmy w uszach, worku napletkowym i skórze. Na zakończenie dnia jeszcze dwie prezentacje i caaała noc na odpoczynek i przetrawienie wiadomości.
   W sobotę przeszliśmy do kolejnego etapu szkolenia: nadszedł czas na cytologię nowotworów i płyny z jam ciała. I na kulminacyjny punkt dnia: test... Zobligował nas to tego obowiązek narzucony nam przez kuratorium. Jest certyfikat, musi być sprawdzian. Mus to mus. Wcześniej zapewniłam, że to nie szkoła i nie będę pilnować i sprawdzać, czy nie ma ściąg. Kursantki grzecznie porozsiadały się po klinice i SAMODZIELNIE (podglądałam!) odpowiadały na pytania. Wszyscy dostali zaliczenie ;) 
   Zajęcia praktyczne polegały na pobieraniu materiału do badania cytologicznego, przygotowaniu preparatów (rozmazy, odciski), barwieniu i ocenie mikroskopowej. Drugiego dnia uczyliśmy się wykonywać biopsje cienkoigłowe z narządów. Do nakłucia można było wybrać sobie jądra, śledzionę i guz żołądka.  
   W czasie szkolenia oprócz oceny preparatów pobranych od pacjentów oglądaliśmy preparaty archiwalne. Szkiełka były podzielone na kilka grup tematycznych. Były rozmazy ze skóry i kanałów słuchowych, z moczu, z kału, było sporo szkiełek "nowotworowych". Pod koniec na pytanie: "komu jeszcze mastocytomę?" słyszałam "nieeee, znowu mastocytoma??? Ja poproszę czerniaka... "
   Dziewczyny pracowały na mikroskopach firm Delta Optical i Motic. Firma Delta Optical przygotowała miłą niespodziankę: wszyscy uczestnicy naszego kursu, którzy do końca marca zdecydują się na zakup u nich mikroskopu dostaną 10% zniżki. Zaprezentowany też został analizator hematologiczny LaserCyte amerykańskiej firmy Idexx, który ma wbudowaną funkcję badania płynów z jam ciała.
   Na zakończenie kursantki otrzymały certyfikaty i pojechały do domu sprawdzać zastosowanie nowo zdobytej wiedzy w praktyce.

Na kolejną edycję kursu zapraszamy w jesieni. Informacji proszę szukać na stronie www.therios.eu


Powrót do strony Przychodni Weterynaryjnej THERIOS >>>  










 








poniedziałek, 29 grudnia 2014

Poświąteczny zawrót głowy z pacjentami...


Poniedziałki po świętach zawsze są pracowite. Nasze zwierzaki jak na złość najgorsze choroby wymyślają akurat w czasie świąt. A do tego wielu właścicieli z wizytą czeka na okres międzyświąteczny, ponieważ mogą wziąć wolne z pracy i zaopiekować się swoim zwierzakiem po planowanym zabiegu. Są też tacy, którzy wybierają się do nas przy okazji świątecznego przyjazdu do rodziny z dalekich miast, czy nawet krajów. Taki też poniedziałek dzisiaj nastał.

Zabiegi były dwa, jeden u naszej stałej pacjentki Fugi, która na szczęście niczego ciekawego nie wymyśliła, tylko niewielkie guzki skórne.

Druga była sunia z pokastracyjnym nietrzymaniem moczu. Wcześniej była konsultowana w Wielkiej Brytanii, ale leczenie nie przyniosło oczekiwanych efektów. Przyjechała do nas na specjalistyczny zabieg podwieszenia pochwy. Problem jest spowodowany zaburzeniem anatomicznym w obrębie jamy brzusznej, do którego czasami dochodzi po zabiegach sterylizacji. Szczególnie narażone są rasy molosowate oraz wyżły weimarskie. Inne rasy rzadko, ale też mogą mieć problemy. Szczególnie rzadko nietrzymanie moczu występuje u kastrowanych samców. Niedawno na kontrole przyjechał Fred, u którego trzeba było operacyjnie podwiesić prostatę. Efekt jest rewelacyjny. Problemy z niekontrolowanym oddawaniem moczu skończyły się jak ręką odjął. Mamy nadzieję, że dzisiejsza operacja też będzie równie skuteczna i poprawi naszej pacjentce komfort życia.


Odwiedzili nas też dzisiaj licznie pacjenci onkologiczni. Była suczka z gruczolako-rakiem ślinianki, był golden z chłoniakiem i zapaleniem trzustki (leczony od sierpnia). Ostatnim moim pacjentem był berneńczyk, również chłoniakowy. Przyjechał na diagnostykę kwalifikującą do chemioterapii. Standardowe badania nie wykazały niczego szczególnego. Ale w trakcie badania usg nie spodobał mi się układ gazów w brzuchu. Występowały jakby punktowo. Zazwyczaj jelita są zgazowane całe i badanie jest utrudnione. Tutaj było inaczej. I jakieś dziwne odbicia i zakłócenia... "Zróbmy jeszcze zdjęcie rtg" zadecydowałam. Nie byłam pewna, czy decyzja jest dobra, czy nie generuję niepotrzebnych kosztów. Ale jak na ekranie monitora pojawiło się zdjęcie już wiadomo było, że hmmm... mamy problem w postaci... zobaczcie sami. 4,5 centymetra metalowej śruby w żołądku. Przypuszczalnie została zjedzona ze śniegiem. Ze względu na stopień zaawansowania chłoniaka nie mogliśmy pozwolić sobie na operacyjne usuwanie ciała obcego. Zostawić też nie za bardzo. Nasz pacjent pojechał "na sygnale" na endoskopię do Wrocławia, do dr Dariusza Niedzielskiego. Jak się uda wyciągnąć śrubę endoskopowo, to za kilka dni będziemy podawać pierwszą chemię... Jak widać badania dodatkowe są potrzebne i jeżeli niczego się nie znajdzie, to tylko trzeba się cieszyć...

Ciało obce (śruba) w żołądku berneńczyka z chłoniakiem.

Operacja podwieszenia pochwy przy pokastracyjnym nietrzymaniu moczu.

Pacjentka po zabiegu już prawie wybudzona.


środa, 17 grudnia 2014

Publikacje jesienno - zimowe

Miałam nie zanudzać czytelników publikacjami. Dlatego z 4 zrobiłam dwa małe kolaże. Dwa artykuły to tradycyjnie, opisane dla "Weterynarii" przypadki spod mikroskopu. wznowa chłoniaka i rak pęcherza moczowego. Kolejne to ubrane w słowa pisane wykłady dr Jacka Ingardena z tegorocznego, październikowego Kongresu PSLWMZ (czyli w formie rozciągniętej Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt). Jeden dla asystentów (chirurgiczny), drugi dla lekarzy - rozrodowców, na temat onkologii narządu rodnego. Podsumowanie tegorocznych publikacji wypadło całkiem nieźle: 17 publikacji :) Do tego jeszcze 11 kursów i seminariów, a 12, ostatni w 2014 roku, właśnie trwa. I zapowiada się ciekawie, ponieważ w ciągu dwóch dni kursanci przebadali już 14 psów i kotów, w tym wiele z ciekawymi patologiami.

Pełna lista publikacji:
Mai Ingarden >>>
Jacka Ingardena >>>



wtorek, 11 listopada 2014

Rikitikitaki

Pewnego dnia, ponad miesiąc temu, spod tarasu w ogródku usłyszeliśmy rozpaczliwe miauczenie. Okazało się, że źródłem płaczu była maleńka czarno-biała kotka. Jak się tam dostała? Podejrzewam, że ktoś widzą dwa szczekające, szalejące przy płocie psy postanowił zrobić sobie widowisko... W końcu kilkutygodniowe kociaki same nie pchają się na ogrodzoną, strzeżoną przez psy posesję... Na szczęście nasze psy nie są mordercami (chociaż Hajduk czasami na takiego wygląda...) i maluchowi nie zrobiły krzywdy. I tak nasza rodzina powiększyła się o kolejnego zwierzaka. Imię wymyśliła Julka, wprawdzie dla żartu, ale wszystkim się spodobało. I została Rikitikitaki, w skrócie Rikitiki, przez Mikołaja uproszczona do Tiki.

Rikitiki okazała się prawdziwą wojowniczką. Całymi godzinami poluje na włóczki, rajstopy, kulki, ścierki i chusteczki... I na Rubina. Nasz Rubin w ciągu ostatnich dwóch lat stal się statecznym kocurem. Riki wywróciła jego ustabilizowany świat do góry łapami. Początkowo warczał, fuczał i unikał małej zołzy ze wszystkich sił. W końcu zrezygnował z wrogości i zamienił się w cierpliwego wujaszaka. Oczywiście nie pokazuje sympatii, ale roztoczył nad Rikitiki swego rodzaju opiekę. Uwielbia obserwować małą i udaje, że nie zauważa, że został upolowany :)

Kilka dni temu Rikitiki została w końcu zaszczepiona przeciwko chorobom zakaźnym. Zrobiliśmy jej też badania krwi, m. innymi test w kierunku kociej białaczki, który wyszedł negatywny :) Wyprawa do THERIOSa była dla niej sporym przeżyciem, ale taki już jest koci i psi los, że od czasu do czasu trzeba odstraszyć choroby wizytą u weterynarza ;)

poniedziałek, 22 września 2014

Na nowy rok szkolny...

... czyli dzieciaki do szkoły, a my do pisania i szkolenia...
W zeszły weekend w PW THERIOS odbył się kolejny kurs hematologiczny.
W świecie czasopism weterynaryjnych też nas pełno. W "Weterynarii" nowy artykuł cytologiczno-hematologiczny teamu Ingardenów, w "Weterynarii w Praktyce" praktycznie o badaniu płynów z jam ciała.
W planach mamy jeszcze wykłady dr Jacka na Kongresie Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt, kilka kolejnych publikacji i kilka kursów :)

Prywatnie czekają na nas zawody jeździeckie: skokowe i rajdy długodystansowe.





wtorek, 2 września 2014

Jesienne porządki, czyli zdrowy uśmiech psa i kota :D

Zaglądnijmy do jamy ustnej zęby swojego zwierzaka. Zapalenie dziąseł, paradontoza, cuchnący oddech? U psa i kota zęby też bolą, tak jak ludzi. To, że zwierzaki lepiej radzą sobie z bólem nie zwalnia nas od dbania o uśmiech naszego pupila. Zaniedbana jama ustna jest źródłem chorobotwórczych bakterii, a stan zapalny dziąseł umożliwia wysiew tych bakterii do krwi. Z krwią bakterie wędrują po organizmie i osiedlają się w narządach: sercu, nerkach, wątrobie, trzustce, szpiku. Małe ogniska skutkują niewydolnością, masywny wysiew (na przykład przy obniżonej odporności) to znana nam wszystkim sepsa, która może doprowadzić do śmierci.

Co można zrobić, żeby ograniczyć ryzyko? Wystarczy regularnie czyścić zęby naszego pupila, stosować preparaty rozpuszczające kamień (np w postaci proszku dodawanego do wody, czy past enzymatycznych) i dezynfekujące. Jeżeli już pojawi się kamień, trzeba go usunąć przy pomocy ultradźwięków, a następnie wypolerować powierzchnię oczyszczonych zębów. Polerowanie jest niezwykle ważne, ponieważ mikrourazy szkliwa przyspieszają pojawienie się nowego kamienia. Zniszczone zęby najczęściej się usuwa, chociaż coraz popularniejsze jest ich leczenie u "psiego dentysty". Można zakładać plomby, leczyć kanałowo, nadbudowywać ubytki.

Zarówno czyszczenie, jak i leczenie wymaga znieczulenia ogólnego. W THERIOSie zalecamy wykonanie podstawowych badań przed narkozą, które pozwolą nam uniknąć powikłań. I oczywiście znieczulenie wziewne. Rurka intubacyjna nie tylko jest drogą podawania gazu znieczulającego, ale też dzięki wypełnionemu powietrzem balonikowi izoluje drogi oddechowe od milionów bakterii, które uwalniają się w trakcie czyszczenia zębów. Po zabiegu w znieczuleniu wziewnym pacjenci szybko się wybudzają i szybko dochodzą do siebie.

Zatem zaglądnijmy do jamy ustnej naszych zwierzaków i zapewnijmy im piękny uśmiech i zdrowe zęby :)

Ultradźwiękowe usuwanie kamienia nazębnego.

Polerowanie zębów przy pomocy specjalnej pasty polerującej.


niedziela, 24 sierpnia 2014

ROZRÓD PSÓW I KOTÓW - PROMOCJE DLA HODOWCÓW!!!

Nareszcie rusza super atrakcyjna oferta dla hodowców. 

Co oferujemy?
- kompleksową opiekę nad hodowlą: suki hodowlane, reproduktor, szczenięta
- atrakcyjne ceny
- konsultacje specjalistów
- wieloletnie doświadczenie hodowlane
- pełne zaplecze diagnostyczne i terapeutyczne
- szkolenia dla lekarzy weterynarii, techników i hodowców


Co obejmuje promocja?
- konkurencyjne ceny za szczepienia
- duże rabaty przy wyznaczaniu okresu płodnego i sztucznym unasiennianiu 
- zniżki na badanie usg w kierunku ciąży
- zniżki przy cesarskim cięciu
- gratis porady hodowlane
- rabaty na szkolenia "rozrodowe"
- pierwszeństwo w przypadku darmowych badań usg

Jakie są warunki promocji? 
Wystarczy wykonać w PW THERIOS szczepienie jednego miotu szczeniąt lub kociąt (min. 3 sztuki) w wieku 6 tygodni.

Lekarze Przychodni Weterynaryjnej THERIOS:
dr n. wet. Jacek Ingarden, specjalista rozrodu zwierząt
lek. wet. Maja Ingarden, specjalista chorób psów i kotów 

Więcej informacji na stronie Przychodni Weterynaryjnej THERIOS i w recepcji.  




wtorek, 29 lipca 2014

Latające rękodzieło ;)

W ramach robótek ręcznych postanowiłam upiększyć strzały. Dylemat, czy decoupage, czy malowanie na szczęście łatwo dał się rozplątać, ponieważ drewnianych strzał było 10, więc mogłam sprawiedliwie podzielić kolory w wzory. A do tego jakość fatalna (kupione w dobrej cenie na Allegro...), więc w razie zniszczenia szkoda żadna...

Tym sposobem powstała strzała Kiwi, strzała Amora (w serduszka) i strzała jadowicie wiosenna (w kwiatki). A jak mi się znudziły serwetki, to zabrałam się za paski i kropki ;) Potem tylko lakierowanie i szlifowanie i kolorowy zestaw był gotów.

Testowaniem strzał zajęła się moja rodzina. Julka skrytykowała, że za lekkie i nie wystarczająco gładkie, mąż narzekał na beznadziejną jakość i mało praktyczną konstrukcję. Ale zostały umieszczone przy pomocą łuku w tarczy, więc widać aż tak źle nie było ;)