Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ingarden Jacek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ingarden Jacek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 kwietnia 2017

A co jak się nie da? Historia trójpalczastej Nory.

Przygotowanie do zabiegu: tuż przed narkozą
Do THERIOSa przyjeżdżają czasami pacjenci rokujący tak źle, że lekarzom prowadzącym brakuje pomysłów, co zrobić. Czy możemy mu jakoś pomóc? - pytają właściciele. U nas się już nie da, ale spróbujcie jeszcze w Myślenicach – słyszą.

Lekarze w THERIOSie niestety nie są cudotwórcami, ale często widząc błagalne spojrzenia właścicieli myślą, myślą i myślą i wpadają na jakiś pomysł, dzięki któremu pacjent dostaje kolejne miesiące, czy nawet lata życia.

Tak trafiła do nas Nora, 12-letnia labradorka z guzem na łapie. Biopsja wykazała włókniakomięsaka i praktycznie przeżartą nowotworem jedną z kości śródręcza. Kilku onkologów stwierdziło, że jedyną szansą jest amputacja łapy. Ale Norcia z powodu rozległych zwyrodnień stawów palców ledwo chodziła na czterech, a co dopiero jakby jej ilość łap ograniczyć. Chemia – nie za bardzo, bo sunia wiekowa. Elektrochemia – nie działa przy nowotworach kości. Pozostała radioterapia, ale dostępna w Polsce działa dość powierzchownie, a guz u Nory był na tyle duży, że o dobrej penetracji w głąb tkanek nie było co marzyć. Co robić? Sunia w dobrej kondycji, szczęśliwa, tylko ta boląca, zniekształcona łapa…

Rtg łapek Nory 

Doktor Jacek operuje... 
Postanowiliśmy, że coś musimy wymyślić, bo nie można się tak od razu poddać. Ale operacja wiązała się z ryzykiem – miejsce fatalne, bo prawie bez tkanki, z niewielkim zapasem skóry, a do tego te wszystkie naczynia, nerwy i ścięgna, które tylko czekają, żeby ktoś je uszkodził… Doktor Jacek podrapał się po głowie i stwierdził: No dobra, robimy. Zabieg eksperymentalny i w ryzyku, ale warto spróbować. Usunął palec, potem elektrochemia tkanek miękkich i w dalszym planie kontynuacja radioterapii – już bez kości i bez guza, na znacznie mniejszą głębokość.

Operacja początkowo wyglądała dramatycznie, bo po usunięciu palca i guza wydawało się, że nie ma szans na zbliżenie brzegów rany i wygojenie. Ale Doktor posklejał wszystko w jedna całość i stworzył… trójpalczastego stwora.

Gojenie rany pooperacyjnej wspomagaliśmy falami milimetrowymi (RGA). Kontrola po dwóch dniach mile zaskoczyła wszystkich, którzy zebrali się, żeby kibicować Norze. Umówione zostały kolejne zabiegi RGA, a po całkowitym wygojeniu radioterapia we Wrocławiu. Nora dostała nową szansę i mamy nadzieję, że ją wykorzysta <3

Wybudzanie po operacji 

Kontrola - trójpalczasty stwór

Trójpalczasta Norcia w całej okazałości 
Szukaj nas też na facebooku 

środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień 1

24 godziny minęły. Nadszedł czas nasadzania. Kurczęta nie będą miały szczęścia posiadać prawdziwej piórzastej mamy, tylko mamę zastępczą: plastikową. Przez najbliższe 3 tygodnie będą sobie mieszkać w swoich jajkach w wentylowanym, grzanym i nawilżanym plastikowym pudle. Wentylator śpiewać im będzie kołysanki, a ja... pewnie będę ratować im kilka razy dziennie życie przed małymi opiekunami w postaci Błażeja i Mikołaja. Mąż weterynarz wprawdzie pogodził się z myślą, że rodzina nam się znowu powiększy (po milionie dżdżownic to w sumie niewielka liczba), ale wyraził obawę, że przy tak ruchliwych i hałaśliwych niańkach jak chłopaki Ingarden, kurczaki urodzą się zestresowane, a może nawet wściekłe. I trzeba koniecznie znaleźć jakieś wyjątkowo ciche i spokojne miejsce. I znaleźliśmy - za najbezpieczniejszy został uznany blat kuchenny... Przynajmniej na widoku, z możliwością stałej kontroli całego towarzystwa ;)

środa, 25 listopada 2015

Nowe dziwadełko - przypadkowiak

Przypadkowiak, czyli incydentaloma. Czy to jakiś szalony wymysł lekarzy z THERIOSa? Brzmi: 
- dziwnie 
- niepokojąco 
- śmiesznie 
- strasznie 
- prawdziwie 
- nieprawdziwie. 


Tak naprawdę to nie jest żaden wytwór fantazji. Wikipedia mówi: "Incydentaloma (przypadkowiakłac. incydentalomaang. incidentaloma) – guz znaleziony w badaniu obrazowym przypadkowo, któremu nie towarzyszą objawy kliniczne. Najczęstszymi bezobjawowymi guzami tej grupy są gruczolaki przysadki i nadnerczy. " 

Dlaczego przypadkowiak został głównym bohaterem dzisiejszego artykułu? Bo został również bohaterem listopadowego kursu ultrasonograficznego zorganizowanego w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Guz nadnercza został stwierdzony u 9-letniego gończego polskiego, Hajduka. Po raz pierwszy "wybadany został" pół roku temu i od tej pory jest poddawany wnikliwej obserwacji. Jest to jeden z tych rodzajów nowotworów, które nie wymagają interwencji lekarskiej. Najczęściej guzy te są łagodne i nie powodują żadnych objawów klinicznych, a usunięcie bywa znacznie bardziej niebezpieczne niż pozostawienie. Dla nas jako onkologów chirurgia powinna być podstawą, w innych sytuacjach lepsza jest chemioterapia, a nie-robienie-niczego jest czymś trudnym do wyobrażenia. A jednak czasami należy słuchać zdrowego rozsądku. "Najważniejsze nie szkodzić"


Dla uczestników kursu była to duża niespodzianka. Nie dość, że mieli okazję oglądnąć wiele ciekawych obrazów (guzy śledziony, wodobrzusze, wodopiersie, kamica pęcherza moczowego, torbielowatość jajników, limfadenopatia u psa i u kota), to jeszcze rzadko spotykany przypadkowiak... Więcej o naszych kursach TUTAJ >>>



Cielęce spojrzenie "ciekawego" pacjenta :)

poniedziałek, 5 października 2015

Kto jest sową? Czyli weterynarz na szkoleniu marketingowym...

4 października 2015 zostaliśmy zaproszeni przez firmę Zoetis na konferencję marketingową. Bo leczenie pacjenta to jedno, a umiejętność komunikacji z właścicielem to zupełnie co innego. Jak rozmawiać z klientami, żeby dowiedzieć się tego, co nas interesuje i jak przekazać to, co mamy do powiedzenia? Przy okazji tematu przypomniała mi się pewna scenka.

Do THERIOSa wchodzi małżeństwo z psem.
- Pani doktor, nasz psiak chyba się zatruł...
- Czy ma biegunkę? - pytam. I słyszę w tej samej chwili dwie odpowiedzi:
- Tak! - mówi z przekonaniem pani.
- Nie! - kręci głową pan.

Tak to właśnie z komunikacją jest. Nasi pacjenci niestety nie mówią i weterynarz musi oprzeć się na opinii właściciela i wnikliwej obserwacji. Co robić? Na szkoleniu było o tym sporo. Był też ulubiony element prawdziwych "coacherów" (jedno z tych mało polskich określeń, których nie znoszę, ale używam tutaj, żeby podkreślić swoją niechęć ;)) - TEST OSOBOWOŚCI. Otóż oboje z mężem zostaliśmy... sowami. Drzemie w nas też trochę lisa i odrobina żółwia, ale dominuje zdecydowanie sowa.

Czytelnicy pewnie się zastanawiają, co z tego wynika? Według autorów testu sowa = współpraca. Tyle ogólnie, gorzej w szczegółach. W szczegółach sowa jest upierdliwa do granic możliwości, a do tego uwielbia schematy. Szuka, drąży, analizuje i... kocha tabelki. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak lubię wszystko planować i wbijać w ramki. Mój słynny segregator z papugą pełen różnych schematów postępowania, czy kartoteki wszystkich zakupów z regularną analizą cen i sprzedaży. A remanent to już sam miód na zbolałą duszę. Klienci, właściciele pacjentów onkologicznych, również dostają tabelki i plan na przyszłość rozpisany w podpunktach. Opcja A, B, a czasem też C. I rozmowa o tym, co możemy zyskać przy stosowaniu pewnych leków u danego psa / kota i z jakim się to wiąże kosztem (przede wszystkim zdrowotnym, ale również finansowym). 

Sowa to podobno bardzo trudna osobowość, a dwie sowy pod jednym dachem to prawdziwe wyzwanie ;) Na szczęście jakoś dajemy radę. Dyskusje są zawsze burzliwe, ale zawsze twórcze ;)


Dziękujemy firmie Zoetis za spotkanie i czekamy na kolejne :)  


środa, 22 lipca 2015

"Chodź, pomaluj mój świat..."

Dodaj napis
Świat oszalał na punkcie kolorowanek. Oczywiste, że dzieci zawsze lubiły kolorować. A co z dorosłymi? Szczególnie zestresowanymi dorosłymi? Kolorowanie stało się jedną z popularnych metod psychoterapii. Masz stresa, łap za kolorowankę i wyżywaj się twórczo. Na stronach internetowych jednym z argumentów jest... cena. Zestaw kilkudziesięciu kolorowanek kosztuje znacznie mniej niż wizyta u psychologa, a efekt jest ten sam. Ciekawe, co na to zestresowane psy i koty? Szkoda, że nie możemy skuteczności kolorowanek przetestować na naszych pacjentach. Na pewno możemy przeprowadzić testy na właścicielach naszych pacjentów. Wielokrotnie widzę w poczekalni zaciskających ze zdenerwowania palce właścicieli, czekających na koniec zabiegu swojego pupila. Albo znudzonych, oczekujących na zakończenie kroplówki z chemią. Mogą oglądnąć telewizję, mogą poczytać książki z naszej klinicznej biblioteczki, jak jakaś książka szczególnie ich zainteresuje, mogą ją zabrać do domu i przy okazji wymienić na inną.

Kolorowanki dla małych i dużych - dzieło 4-latka :) 
Ale co zrobić, jak trudno ze zdenerwowania zebrać myśli? Nie za bardzo dociera to, co mówią w TV, litery też nie układają się tak jak byśmy sobie życzyli. Stres to stres. Co wtedy? Wtedy do akcji może wkroczyć kolorowanka. Kwiatki, listki, koty, ryby. Mogą to być dowolne esy-floresy. Można je tworzyć samemu, a można też wykorzystać dostępne w THERIOSie arkusze z gotowymi pomysłami. Na zainteresowanych czeka również zestaw kredek i w razie potrzeby zestaw podkładek. 

Jeżeli masz dosyć niszczącego psychikę stresu związanego z chorobą swojego zwierzaka, możesz sięgnąć po kolorowankę. Oczywiście dzieci też mogą w naszej przychodni kolorować; kolorowanki odstresowujące są dość skomplikowane, ale młodzi rysownicy również sobie z nimi doskonale poradzą :) 


Kolorowanki odstresowujące są dostępne w recepcji Przychodni Weterynaryjnej THERIOS - zapraszamy do kolorowania dzieci i dorosłych!



sobota, 11 lipca 2015

Miodowy jubileusz ;)


Taki prezent dostaliśmy od zaprzyjaźnionej hodowli shih tzu "Solaris Avis". Własnej produkcji, od własnych pszczół, z własnych uli. 

Uwielbiamy miód. Miód jemy z chlebem, pijemy z herbatą i kawą, dodajemy do przetworów, mięsa i białego sera, czasem też zajadamy... łyżką, bezpośrednio ze słoika. Ostatnio na naszym stole króluje ucierany miód malinowy z Krzczonowa, pyszny, ale... kupny. Takiego podarowanego, pięknie podanego i to z okazji 16 urodzin istnienia hodowli to jeszcze nie próbowaliśmy... Aż szkoda będzie otwierać i zjadać ;) Ale jak już otworzymy i zjemy, to na pewno tyle dobrych myśli poleci do psiaków z hodowli, że zdrowia i dalszych sukcesów hodowlanych im nie zabraknie. Dziękujemy <3  



niedziela, 24 maja 2015

Kurs usg dla średniozaawansowanych - edycja wiosenna 5-dniowa

W dniach 18-22 maja 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS odbył się kurs ultrasonograficzny dla lekarzy weterynarii, prowadzony przez dr Jacka Ingardena. To już 41 kurs usg (licząc echo serca 43), który zorganizowaliśmy. Szkolenia w ramach THERIOSa prowadzimy od 15 lat! Nasze "ulubione" tematy to opisywana ultrasonografia jamy brzusznej i hematologia, a ostatnio na listę cyklicznie organizowanych kursów wprowadziliśmy też cytologię. Organizujemy też szkolenia z innych dziedzin weterynarii, zapraszając różne weterynaryjne sławy. Więcej o naszych szkoleniach TUTAJ >>>

Ja na każdym z organizowanych w PW THERIOS kursów, gościliśmy lekarzy z różnych stron Polski, od Krakowa, przez Katowice, Lublin, Wrocław, Łomżę, aż po Gdańsk. Kursantom udało się przebadać 37 psów. Pierwszego dnia, oprócz teorii i przypadków prezentacyjnych, uczestnikom została zaprezentowana thorakocenteza u 6-letniego berneńczyka z mięsakiem histiocytarnym, abdominocenteza oraz zastosowanie terapii IRAP w leczeniu zwyrodnień stawów. Dzień zakończył się operacją skrętu żołądka u rocznego doga niemieckiego. 


Pobieranie materiału do IRAP
Kolejne dni minęły nieco spokojniej. Kursanci szlifowali swoje umiejętności badając psy zdrowe i chore. Rozpoznanych zostało kilka ciąż, w tym jedna ciąża - niespodzianka, mukometra, torbiel jajnika, zapalenie, osad i polip w pęcherzu moczowym. Były nowotwory: wątroby (wykonano biopsję), wznowa chłoniaka, chłoniak nerkowy i guz śledziony. Doktor Jacek zaprezentował echo serca u sznaucera olbrzyma. 

Był to kolejny intensywny kurs bogaty w ciekawe przypadki, nie tylko "ultrasonograficzne". Na tym polega urok kursów w naszej przychodni - nigdy nie jest nudno, a badania usg są wzbogacone analizą kliniczną pacjentów. 

Więcej informacji na temat 5-dniowych kursów usg dla średniozainteresowanych znajdziesz TUTAJ >>> 

Biopsja pod kontrolą usg - ćwiczenia
 


wtorek, 19 maja 2015

Dieta kury domowej jawornickiej

Decydując się na kury postanowiłam rzetelnie się do nowego zakupu przygotować. Kupiłam książki, pytałam "specjalistów" (takich okolicznych, wiejskich) i specjalistów (prawdziwych). Większość źródeł proponowała super-mieszankę dla kur niosek. Bo zdrowa, smaczna i pełnowartościowa. Tyle, że oprócz składników, których znaczenie było dla mnie zrozumiałe (cel: dużo jajek), było sporo składników, które budziły mój niepokój. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście tego oczekuję. Przecież taką karmę dostają też kury w kurnikach. A ja po to zdecydowałam się na hodowlę przydomową, żeby tego wszystkiego "pozostałego" uniknąć... Decyzja została podjęta: pal licho wydajność, stawiamy na ekologię i jakość. I tak rozpoczęła się era naturalnego żywienia kur. Przyznać muszę, że czasami to chyba przesadzam. Moje kury mają gotowane obiadki (łupiny z ziemniaków, marchewki, pietruszki), codziennie dostają skorupki z jajek, mieszankę ziaren, rozdrobniony chleb, witaminy z muszlami ostryg i suszone pokrzywy. Oprócz tego prawie codziennie wybieramy się na polowanie na dżdżownice, których całkiem sporą hodowlę mamy w oborniku koło stajni. Kalifornijskie. Kupione kilka lat temu jak prezent dla naszych dzieci, 2x po 500. Dziewczyny robiły im domki i namawiały, żeby w nich zamieszkały. Dżdżownice dały się namówić, a ich ilość zwiększyła się do... miliardów. Teraz są świetnym uzupełnieniem diety kurzej. 


Uzupełnieniem są też końskie bobki i naręcza chwastów i skoszonej trawy. Najbardziej ekskluzywnym dodatkiem jest... kwiatowy pyłek, zakupiony na jakichś targach jako cud natury i samo zdrowie. W rzeczywistości okazał się paskudny. Kury za to są zachwycone.
Mieszanka ziaren też jest niczego sobie. W jej skład wchodzi:
- śruta pszenna
- siemię lniane (suchy i okresowo w postaci meszu)
- kasza jaglana
- kasza gryczana (okresowo)
- ziarno słonecznika
- śrutowana kukurydza
- okresowo otręby pszenne.
Czy wyobrażacie sobie smak takich prawdziwych jajek? Teraz, jak już muszę kupić jajka w sklepie, to aż się krzywię z obrzydzenia. Plastikowe i niedobre. A chemia w nich zawarta aż mi się osadza na zębach. Jajka od moich kur są smaczne i zdrowe, a do tego pochodzą od szczęśliwych kur. Polecam wszystkim niezdecydowanym! 




niedziela, 17 maja 2015

If Du Reverdy

If du Reverdy
Czy to zaklęcie? Nie! If du Reverdy to imię kawalera dla naszych klaczy. Starszy już pan, bo 19-letni, ale wysportowany i utytułowany. Nie mieliśmy przyjemności osobiście go poznać, bo mieszka w Stadzie Ogierów w Gnieznie, ale słuchy chodzą, że jest piękny, grzeczny, chętny do współpracy i niesie dobre geny, jego ojciec to sam Le Tot de Semilly, utytułowany i utalentowany skoczek. Oglądałam film z zawodów - fruwa na wysokościach trudnych do ogarnięcia... 

Tak piszą o naszym wybrańcu: 
International show jumping stallion If Du Reverdy was competed by Thomas Velin at major events across Europe winning many prizes along the way. If Du Reverdy pedigree is exceptional, sired by one of the all time great selle francais stallions Le Tot de Semilly who either won or placed in 22 international grand prix`s as well as 63 national grand prix classes. He represented France in many international championships and nation cup teams. As a breeding stallion If Du Reverdy continued to excel and his offspring has earned him a big reputation as a sire of performance horses , progeny of Le Tot de Semilly include Dollar de Semilly, Ultimée du Chemin, Baccara du Tot, Dandy du Marais II, Diamant de Semilly and the list goes on. 
Żródło: http://www.highoffleystud.co.uk/horseinfo.asp?id=14891

Słynny dziadek - Le Tot de Semilly 
Nasienie przyjechało w piątek. Już 2 miesiące wcześniej zaczęliśmy przygotowania klaczy. Trzeba je było zsynchronizować. Po co? Po pierwsze, żeby unasiennić je za jednym zamachem, z jednego transportu nasienia. Po drugie, żeby ewentualne źrebaki urodziły się w jednym czasie. Udało się, chociaż nie idealnie, bo różnica między owulacjami wyniosła kilka godzin. Za to obie dziewczyny owulowały z lewego jajnika. Inna była reakcja na unasiennianie: Urania, jako pierworódka trochę się kręciła i żeby wycelować idealnie do szyjki macicy, trzeba było zastosować tak nielubianą przez nas dutkę. Daglezja na widok pipety zaczęła aż mruczeć i cichutko rżeć z radości. 

W zapładnianiu klaczy brała udział cała rodzina. W końcu to nie lada atrakcja uczestniczyć w "produkcji" tak długo wyczekiwanych źrebaczków. Podawania strzykawek, trzymanie klaczy i opowiadanie im o wspaniałym If du Reverdy, a na deser oglądanie nasienia pod mikroskopem. Oczywiście nie obyło się bez małego wykładu na temat iksów i igreków... W takiej rodzinie nie dało się tego uniknąć. Iksy i igreki tak się spodobały, że jednogłośnie wybrane zostały imiona dla maluchów: Iks i Igrek. 


Teraz przed nami dłuuugie 2 tygodnie oczekiwania na badanie usg... Z niecierpliwością czekamy na pozytywne badanie i na źrebaczki...  






poniedziałek, 11 maja 2015

W poszukiwaniu salamandry...

Maj to miesiąc kwiatów i... salamander. W jawornickim lesie jest ich zatrzęsienie. Wystarczy trochę deszczu, a już trzeba patrzeć pod nogi, żeby jakiejś nie rozdeptać. Co roku wybieramy się na spotkanie z jaszczurami ognistymi. W 2013 roku też poświęciłam im trochę uwagi na blogu. W tym roku też wybraliśmy się na spacer. Niestety, po spotkaniu pierwszej salamandry najmłodszy Ingarden zanurkował w leśnym strumyku i zmusił nas do powrotu do domu. Wynegocjowałam kilka minut na sesję fotograficzną i filmik z salamandrą w roli głównej...
Wygląd salamander i piękne wzory na ich grzbietach zawsze mnie zadziwiają. Są niepowtarzalne; każda salamandra jest jedyna w swoim rodzaju i ma swój prywatny wzór z żółtych plam. Ta obfotografowana może jakąś oryginalnością nie porażała, ale całkiem jest jej do twarzy z tymi żółtymi plamkami :)
Więcej szczęścia miały nasze córki, które zrezygnowały z kąpieli w strumieniu i spotkały całkiem sporo tych oryginalnie ubarwionych płazów... Pewnie Karolina pochwali się sesją fotograficzną na swoim blogu :)






sobota, 25 kwietnia 2015

Przyrodnik z Kocmyrzowa...














  Wiosenne wizyty u profesora Andrzeja Dubiela, emerytowanego kierownika Katedry Rozrodu Zwierząt wrocławskiej weterynarii, stały się już tradycją. Profesor po zakończeniu pracy naukowej całym sobą poświęcił się pracy ze swoimi ukochanymi zwierzętami - ozdobnym drobiem, jeleniami milu, muflonami i kucami szetlandzkimi. Zaprzyjaźnił się z okolicznym ptactwem śpiewającym i wiewiórkami, które licznie zasiedliły jego unikatowy starodrzew. Jedną z jego ostatnich misji jest tworzenie kolejnych oczek wodnych dla ginących żab. Mówi o sobie: "przyrodnik", bo też do tego przez cały czas swojej pracy na uczelni dążył: żeby studenci weterynarii byli przede wszystkim przyrodnikami, znającymi i mi
łującymi swoją przyrodę ojczystą, a nie przyszłymi maszynkami do zarabiania pieniędzy. W trakcie swojej pracy na uczelni walczył o zasiedlenie klinicznych pomieszczeń jak największą liczbą zwierząt, z którymi mogliby pracować studenci. Na strychu Kliniki Rozrodu zorganizował imponujący gołębnik, pełen egzotycznych gołębi ozdobnych. Jako studentka miałam wielokrotnie przyjemność rozmawiać z Profesorem Dubielem na tematy przyrodnicze. Jego ulubionym tematem była i nadal jest Czerwona Księga zagrożonych gatunków zwierząt.


   Tegoroczna wizyta tradycyjnie pełna była ciekawych gawęd o ptakach, drzewach i zwierzakach. Groźne przygody kucyków, problemy techniczne związane ze stadem jeleni, walki kogutów, wystawy ptaków ozdobnych, relacja z upowszechniania polskiej kury zielononóżki, a to wszystko w oprawie pełnej pasji gestykulacji, jest zawsze niezapomnianym wrażeniem. Oczywiście nie obyło się bez edukacyjnego spaceru po włościach. Dzieci nie mogły się oderwać od żądnych pieszczot kucyków, a potem próbowały swoich sił w rozpoznawaniu po śpiewie gatunków ptaków. Tym razem bez zająknięcia odpowiedziały na pytanie o polskie drzewo (modrzew...). Podziwialiśmy też kolorowe bażanty, małe przepiórki, hiszpańskie kury minorki i wielkiego czerwonego indora, który swoim groźnym gulgotem przypominał stale o swojej obecności.

  W czasie, gdy dorośli wspominali przy herbatce czasy wrocławskie i rozprawiali o polityce, dzieci biegały z aparatem fotograficznym po profesorskich włościach dokumentując kolorowy zwierzyniec i pięknie kwitnące magnolie. Szczególnie ich uwagę przykuwał nowy nabytek Profesora - biały paw, który nawet zaprezentował nam swój imponujący ogon. "Tak muszą wyglądać anioły" - stwierdził Profesor.

  Wspominając więzienie, jakim było dla nim duże miasto mówi: "z piekła trafiłem do nieba". Bo też stworzył na swojej działce swoje własne Niebo - pełne z jednej strony żywej, dzikiej przyrody, a z drugiej dziwacznych ras ptactwa hodowlanego... W tym roku planujemy trochę zmienić tradycję i nie poprzestaniemy na jednej wizycie na profesorskim ranczu, ale wybierzemy się tam niebawem ponownie :)


 


  O innych wyprawach rodziny weterynaryjnej, w temacie harcersko-historycznym poczytasz TUTAJ >>> 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Misia - pacjentka bez kawałka szczęki...

Misia ma 9 lat. Jest żywiołową zwariowaną terierką. Pewnego dnia właścicielka zauważyła na dziąśle Misi guzowatą zmianę, sunia zaczęła mieć problemy z oddychaniem. Badanie histopatologiczne wykazało włókniakomięsaka (fibrosarcoma), złośliwy nowotwór łącznotkankowy. Zdjęcia rtg i badanie kliniczne nie wypadły optymistyczne - zajęta kość i okoliczne tkanki. Na szczęście rtg klatki piersiowej i usg brzucha nie wykazały zmian przerzutowych. Pacjentka zakwalifikowała się do dalszego leczenia.
Do wyboru były dwie opcje operacyjne: okaleczający zabieg usunięcia całej szczęki lub paliatywna częściowa maxillektomia i potem chemioterapia. Właścicielka wybrała druga opcję. Misia została zoperowana przez dr Jacka Ingardena. Pierwsze trzy dni były ciężkie, sunia nie chciała jeść i mimo mocnych leków przeciwbólowych widać było, że cierpi. Czwartego dnia nastąpił przełom i na wizytę kontrolną pacjentka przyjechała w doskonałej formie :)
Tego typu nowotwory mają tendencje do rozrastania się. Leczenie chirurgiczne rzadko prowadzi do całkowitego wyleczenia. Naszym celem w przypadku Misi było usunięcie głównej masy guza. Chemioterapia ma zniszczyć i zahamować pozostałe komórki nowotworowe. Na jak długo? Nie wiemy. Liczymy na długie miesiące... Rokowanie jak w każdym przypadku złośliwego nowotworu jest ostrożne. Ale widok uśmiechniętej od ucha do ucha pacjentki utwierdza nas w słuszności postępowania.





Misia po operacji

Misia na wizycie kontrolnej :)