Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ingarden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ingarden. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 kwietnia 2018

Sok z brzozy – dobry na wszystko


Podobno na dobrego męża i złą żonę również ;)

A tak na serio – do soku z brzozy przymierzałam się od kilku lat. To jeden z tych ambitnych planów, o których najlepiej pamięta się wtedy, kiedy nie ma możliwości ich realizacji. W przypadku soku z brzozy to zima, lato lub jesień. Czasu na pozyskanie soku z brzozy dużo nie ma, a do tego brzoza lubi robić psikusy i dostosowaywać się do pogody na swoim terenie. Z moich tegorocznych obserwacji nawet na terenie o średnicy max 100 metrów brzozy moga oddawać różną ilość soku. Z jednej gałązki sok leci niemalże ciurkiem, a z innej kapie jak krew z nosa, albo i jeszcze rzadziej.

Tegoroczne postanowienie zostało znacznie wzmocnione wizytą na Wołyniu, w czasie której ksiądz Kwiczala z Maniewicz raczył nas sokiem z brzozy w ilościach hurtowych. Kolejne 5-litrowe butle wyjeżdżały na gościnny stół parafialnego domu, a my opróżnialiśmy je do ostatniej kropli.

Nadeszła wiosna. Pierwszy alarm podniósł kolega – Abrat. "Sok już płynie!" - napisał mi na fb. No to ja podbijając się piętami pogoniłam do pobliskiego lasku. Niestety – sok płynął, ale nie u nas. Potem jeszcze kilka razy wizytowałam okoliczne brzozy. W końcu nadszedł niezbyt ciepły, ale luźniejszy okres świąteczny. Tym razem na rekonesans wysłałam córki. Przybiegły rozentuzjazmowane: PŁYNIE!!! I tym sposobem przez całe Święta Wielkanocne zarówno my, jak i nasi goście, mieli okazję raczyć się tym cudownym eliksirem dobrym na wszelkie przypadłości ciała i duszy. Z dodatkiem soku z cytryny i miodu smakował wybornie i tylko nasze dwie brzozy ledwo nadążały z napełnianiem 5-litrowych butli. Ze względu na spore zapotrzebowanie tegoroczny plan na przygotowanie kilku butelek soku na zimę musze odłożyć... na kolejną wiosnę. Ale już wiem, że sok z brzozy to kolejny stały punkt na liście zdrowych projektów rodzinnych.

Napisałam już, że sok z brzozy to eliksir dobry na wszystko. A na co konkretnie? Poniżej garść zebranych z internetu cudownych działań:
  • źródło wielu witamin, składników odżywczych i mikroelementów: wit. C, wit. B, potesu, żelaza, wapnia, magnezu, fosforu, miedzi oraz kwasu jabłkowego i cytrynowego.
  • sok z brzozy to fantastyczny płyn izotoniczny, lepszy od wielu kupowanych w sklepach kolorowych wynalazków dla biegaczy
  • podnosi odporność
  • jest polecany osobom z dolegliwościami układu moczowego – wspomaga pracę nerek, pomaga usuwać złogi w moczowodach, zapobiega powstawaniu kamieni w nerkach
  • wspiera usuwanie z organizmu szkodliwych substancji
  • pozytywnie wpływa na układ krążenia – zapobiega powstawaniu zatorów i zakrzepów w naczyniach krwionośnych
  • pomaga w walce z niedokrwistością
  • jest wskazany przy chorobach tarczycy i wszelkich problemach pulmonologicznych
  • stosowany zewnętrznie wspomaga walkę z trądzikiem i zaskórnikami, zmniejsza przetłuszczanie się włosów, zapobiega też ich wypadaniu i działa przeciwłupieżowo.

Właściwości lecznicze ma również sok z pączków brzozy, który stosowany bywa jako lek przeciwgorączkowy i przeciwzapalny. Z kolei sok z młodych listków łagodzi bóle reumatyczne.

W przypadku naszego soku najlepiej sprawdziła się metoda obcięcia kawałka gałązki i umocowanie do niej plastikowej butelki. Niestety, gałęzie brzozy mają tę właściwość, że rosną do góry, a grawitacja potrzebna do pozyskania soku działa w dół. Na szczęście weterynarz ma córki – harcerki, które pobiegły do domu po śledzie do namioty i zrobiły piękne i skuteczne odciągi. Teraz dwa razy dziennie wystarczy zlać zebrany sok i w postaci lemoniady podawać rodzinie :) 



wtorek, 13 lutego 2018

Weterynarz sadzi... lasy w słoiku

Weterynarz lubi nowe wyzwania. Wydawałoby się, że trudno znaleźć dziedziny, w których nie maczałam palców. Ale muszę przyznać, że mam od lat poważną piętę achillesową – kwiatki. Regularnie podejmuję próby założenia ogródka i hodowania roślin. Najlepiej mi poszło z cebulą w doniczce – na jej szczęście została zjedzona, zanim zdążyła zwiędnąć. Chęci są, a ręki do zielonego niestety brak. 

Pomna mojej słabości postanowiłam, że czas na kolejne podejście do zielonego. Na stronie myślenickiego MOKiSu znalazłam informację o warsztatach hodowania... lasu w słoiku. Miało być łatwo, efektownie i bezproblemowo. Do tego wizja pięknego słoja z kolorową zawartością, który podbije serca klientów Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Hmmm... kuszący pomysł. Zapisałam się na warsztaty razem z córkami. Córki początkowo protestowały, bo w tym wieku myśli się o chłopakach, imprezach, strzelaniu i wspinaczce, a nie o grzebaniu w ziemi, ale wydawszy z siebie kilka głębokich westchnień łaskawie się zgodziły na towarzyszenie nawiedzonej matce.

Warsztaty prowadził sympatyczny pan Piotr Szewczyk. Na sali czekały na nas rzędy pięciolitrowych słoików, worki z kamykami i ziemią oraz niezliczona ilość zielono-kolorowych roślin. Nasza trójeczka pilnie wykonywała kolejne etapy leśnych prac w miniaturze podsypując, sadząc i upychając. Na końcu z radością usłyszałam instrukcję dalszej pielęgnacji mojego lasu: raz w miesiącu wlać dwie łyżki wody. I od czasu do czasu pogadać ze słoikiem.


Podsumowując: polecam lasy w słoikach! Na razie, po 24 godzinach, nasze rośliny żyją i nadal pięknie się prezentują. Efektowne, nadają się na prezent i ozdobę, a przy tym bardzo proste w produkcji i obsłudze. Będąc w THERIOSie zapytajcie, jak się mają nasze słoiki i może zaprzyjaźnicie się z ich mieszkańcami?  

 

piątek, 15 września 2017

Czy pies może chorować na celiakię i jak to jest z tym glutenem?

Didi trafiła do Przychodni THERIOS na początku maja tego roku. Jest uroczą 11-letnia sunią rasy pekińczyk. W marcu straciła wzrok. Konsultacje u okulisty i neurologa nie wykazały nieprawidłowości. A pacjentka nadal nie widziała… Do tego doszły kolejne objawy: osłabienie i dziwne ataki, w czasie których sunia traciła przytomność i leżała nienaturalnie wygięta. Wykonano szereg badań, które właścicielom i lekarzom podniosły włosy na głowie: skrajna niedoczynność tarczycy, niewydolność wątroby, silna niedokrwistość. Wszyscy rozłożyli ręce i stwierdzili, że pozostaje tylko jedno: wyjazd do Myślenic. W THERIOSie usg wykazało rzadki problem – hiposplenizm, czyli zmniejszoną śledzionę, lekkie zapalenie trzustki, niedobór żelaza i kwasu foliowego i kamicę pęcherza moczowego. Lekarze Przychodni Weterynaryjnej THERIOS stanęli przed trudnym zadaniem: jak połączyć te wszystkie objawy? Przeczucie mówiło, że musi być jakiś wspólny mianownik. To była prawdziwa burza mózgów, zupełnie jak w serialu Dr House – wykluczanie, analizowanie, dopasowywanie. W końcu ostał się jeden potencjalny winowajca: gluten. Doktor Maja jako główne leczenie zaleciła dietę bezglutenową. Dodatkowo stopniowo ograniczona została dawka sterydu.

Po 5 miesiącach od pierwszej wizyty Didi czuje się bardzo dobrze. Ataki ustały, czerwone krwinki ustabilizowały się. Niestety wzroku nie odzyskała, ale przyzwyczaiła się do swojej ślepoty i przy każdej wizycie aktywnie wizytuje wszystkie kąty w THERIOSie. Przyzwyczaiła się też do nowej diety, chociaż czasami zdarza się jej jakieś małe „przestępstwo” w postaci niedozwolonej przegryzki. I wtedy choroba przypomina o sobie, ale już nie w takiej formie jak na początku.

Nietolerancja glutenu jest rzadką przypadłością u dorosłych psów, częściej natomiast spotyka się ją u psów młodych, szczególnie wybranych ras (np. seter irlandzki, samojed, irlandzki terier pszeniczny). U ludzi mówi się o celiakii, która jest szeroko opisywana. Są nawet specjalne sklepy z żywnością bezglutenową. 


Czym jest zatem gluten? Jest to białko, które występuje w pszenicy, jęczmieniu, życie i owsie. Powoduje różnego rodzaju rekcje alergiczne, problemy żołądkowo-jelitowe i zaburza wchłanianie innych składników z pokarmu. Niestety nie ma żadnego specyficznego testu, który może potwierdzić lub wykluczyć nietolerancję glutenu. Diagnostyka polega na dokładnym wywiadzie oraz badaniach dodatkowych, które mają na celu wykluczenie innych potencjalnych przyczyn. Najlepszym potwierdzeniem trafnej diagnozy jest poprawa po wprowadzeniu diety bezglutenowej, jednak na efekt trzeba poczekać nawet kilka tygodni.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Bo psy są wszędzie...

 Weterynaryjna córka ostatnio stwierdziła: Mamo, czy ty, jak widzisz na ulicy psa, to musisz do niego gadać? Zastanowiłam się przez chwilę. No tak... to nie jest normalne. Zaczepianie psów i ich właścicieli znacznie ograniczyłam, ale nadal mi się to zdarza. A w związku z ostatnią pasją strzelecką widuję zdziwione spojrzenia ludzi, jak widzą starszą panią ubraną w mundur, która w przerwie między elementami musztry, czy jakiegoś szkolenia zagaduje: Ooo, jaki fajny foksik, w jakim jest wieku? Czy zachowuje się jak PRAWDZIWY foks? Bo ja mam takiego pacjenta, też foksterietr, ma 14 lat i do tej pory nie wydoroślał... Taki mniej-więcej dialog prowadziłam ostatnio pod Pomnikiem Cichociemnych w Warszawie, przed postawieniem posterunku honorowego przez Strzelców Rzeczypospolitej i złożeniem znicza. Córka wywróciła oczami i skomentowała moje zaczepki.

Będąc z kolei z dzieciakami na wakacyjnym obozie wojskowym w garnizonie w Bolesławcu przez moje życie przewinęły się dwa psy: jedna owczarzyca (niestety nie pamiętam imienia...) należąca do Komendanta Jednostki Poszukiwawczo-Ratowniczej „Baryt”, która zawojowała serca wielu uczestników szkolenia strzeleckiego. 


Druga to sunia o militarnym imieniu Beryl, mała sznaucerka, która przeszła ze Strzelcami całe szkolenie, niejednokrotnie dając się wszystkim we znaki. Beryl, jak to mały psiak, miała zwyczaj straszenia swoimi zębiskami, więc dużej sympatii nie zdobyła, jednak na pewno pozostanie na długo w pamięci obozowiczów. Została nawet uwieczniona w jednej z piosenek, którymi młodzież umilała sobie sobie codzienną poranną 3-kilometrową zaprawę. Niestety, ze względu na niezbyt cenzuralne słownictwo nie przytoczę słów piosenki...  





wtorek, 7 marca 2017

Sezon jajeczny rozpoczęty!


Wiosna tuż, więc tradycyjnie już nadszedł czas na wysiadywanie. Na pierwszy ogień poszły jajka brojlerów – kurek typowo mięsnych. Opis był nieco przerażający:
Stado lęgowe wg wzorca przemysłowego. Kurczęta rosną szybko i już w wieku 2 miesięcy mogą osiągnąć masę 4 kg. 
Wyobraziłam sobie monstrualnego kurczaka napakowanego mięśniami jak sterydożerca, który łypie na mnie groźnie spod otłuszczonych powiek. Brrrr... A na dodatek nieopatrznie pochwaliłam się Romkowi – znajomemu z Wąwolnicy, że podjęłam nowe wyzwanie. O tak, widziałem takie kury - powiedział. Na początku to jeszcze trochę chodzą, ale potem to nawet na krok nie ruszają się od karmidła. I tylko jedzą i... [sami wiecie co...].
Po 3 tygodniach inkubacji nadszedł czas klucia. Ale białe potwory nie spieszyły się z przyjściem na świat. Nawet jajka nie podskakiwały nerwowo jak przy zielononóżkach, a dzióbki przebiły się przez skorupę i zamarły na kilkanaście godzin. Pomagać, czy nie pomagać? Rozmyślałam. Zdecydowałam, że dam moim brojlerkom szansę na samodzielne powitanie świata. Dobra decyzja! Klucie trwało prawie 2 dni, ale cała 20-tka przyszła na świat „drogami natury”. Skorupki pękały niespiesznie i nie było łatwe uwiecznienie obiektywem narodzin. W końcu udało się uwiecznić kilka kluczowych (lub może lepiej kluciowych) momentów, sami zobaczcie :)

Po kilku dniach prognozy Romka i sprzedawcy jajek zaczęły się sprawdzać. Pisklaki co kilka godzin stają się większe! Stadko w odchowalniku okupuje okolice karmnika, ignorując zakamarki. Niektóre nawet ze złością atakują nasze ręce, jak próbujemy zmusić je do większej aktywności. Tym najbardziej zadziornym opowiadam o ruszcie, który je w niedalekiej przyszłości czeka...

Brojlery jak wiecie hodowane są dla smacznego mięsa. Niektórzy znajomi kręcą z niedowierzaniem głowami: jak to, zjadać coś, co się samodzielnie wyhodowało??? Toż to barbarzyństwo! Spieszę z wyjaśnieniem. Otóż większość z nas je mięso. Niestety, nie wszyscy mają świadomość, w jakich warunkach są chowane zwierzaki na dużych fermach. Do tego dochodzi nafaszerowane chemią jedzenie. Przy stadku dzieci, które tak jak i my są mięsożerne, stanęłam przed wyborem: hodować i zabijać, czy kupować gotowe piersi, udka i wątróbki? Wybrałam naturę. Przez całe swoje niedługie życie moje kury i perliczki żyją sobie szczęśliwie. W pewnym momencie przychodzi moment krytyczny. Decyzja o wydaniu wyroku na pierwsze kogutki była bardzo trudna. Ale jak nabuzowane hormonami chłopaki zaczęły atakować moje osobiste dzieci, to wyrok zapadł w ciągu jednego dnia. I w ten sposób już od roku delektujemy się regularnie pozyskiwanym z własnej hodowli ekologicznym mięsem drobiowym. Za 2-3 miesiące podzielę się wrażeniami z moich doświadczeń z brojlerami. Krwistych opisów nie będzie, ale przetestuję najwyborniejsze przepisy i podzielę się z czytelnikami bloga! 

O różnicy między chowem naturalnym i przemysłowym czytaj TUTAJ>>> 




poniedziałek, 30 stycznia 2017

Weterynarz po godzinach przed kamerą ;)

Wolne weekendy rodziny weterynaryjnej są zazwyczaj bardzo pracowite i urozmaicone. Tym razem sobotę zaczęliśmy od nart, potem szybkie przebieranie się w domu i kolejna część „Psychologii koni” z Kasią Jasińską. Na deser cała sześcioosobowa rodzina wybrała się na ściankę wspinaczkową opróżniając do zera konto 500+.

Niedziela upłynęła pod znakiem „Dobrej zmiany” - filmu Konrada Szołajskiego. Reżyser postanowił opowiedzieć o zmianach, które zaszły w Polsce po objęciu w 2015 roku władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Wypowiadać mają się zwolennicy wprowadzanych reform i ich przeciwnicy. Nasza rodzina ma być przykładem typowej (hmmm) inteligenckiej rodziny wielodzietnej. Pan Konrad poprosił o normalny dzień. Intensywny, ale bez udawania i przygotowań. Ekipa filmowców towarzyszyła nam od rana do wieczora. Krzątanina poranna, karmienie koni i kur, śniadanie, Msza Św., głośne czytanie, konie, obiad, strzelnica. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się oczywiście nasze ptaszyska, chociaż wrzaski perliczek szybko się znudziły, szczególnie Bartoszowi – specjaliście od dźwięku. Najbardziej widowiskowe były galopady po naszych malowniczych myślenickich pagórkach. A największym wyzwaniem okazały się celne strzały z broni krótkiej i długiej. Świadomość, że z każdej strony patrzą na nas kamery dekoncentrowała niemal wszystkich... oprócz Karoliny, która pobijała swoje strzeleckie rekordy. 



Teraz pozostaje nam czekać na efekty pracy zespołu ZK Studio. 




środa, 10 lutego 2016

Wysiadywania dzień 8

Ekspresowe podsumowanie pierwszego etapu wysiadywania: 


Leghorn: 4 jajka zalężone na 6 inkubowanych
Zielononóżka: 13 jaj zalężonych na 15 inkubowanych
Appenzeller: 6 jaj zalężonych na 6 inkubowanych
Australorp: 5 jaj zalężonych na 6 inkubowanych
I uwaga, nasze czarnule, czyli towarowa krzyżówka zielononóżki: 2 jaja zalężone na 5 inkubowanych.

Tylko dwie czarnule to niby fatalnie, ale po pierwszej kontroli wydawało się, że będzie 0 na 5, a teraz to niewielka rehabilitacja naszego Tysona. Braw Tyson!

środa, 30 września 2015

Europejska dermatologia w Krakowie!

W tym roku Kraków stał się dermatologicznym centrum Europy. To duże wyróżnienie. Największa weterynaryjna impreza dermatologiczna zagościła w nowo wybudowanym ICE - CentrumKongresowym, zaprojektowanym z rozmachem przez Krzysztofa Ingardena i jego zespół. Wnętrza obiektu robią niesamowite wrażenie i wydają się być stworzone do tego typu imprez. Poprzednia nasza wizyta w ICE miała miejsce prawie rok temu, na uroczystym otwarciu. I z tym większą przyjemnością odwiedziliśmy ten obiekt ponownie, tym razem przy okazji odbywającego się 24-25-26 września 2015 roku 28 Europejskiego Kongresu Stowarzyszenia Dermatologów Weterynaryjnych (ESVD i ECVD).

Wykłady były podzielone na dwa bloki: łatwiejszy, w przystępny sposób zbierający aktualną wiedzę dermatologiczną, oraz specjalistyczny, mniej praktyczny, ale zapewne z perspektywami przyszłościowymi. Ja (Maja Ingarden z Przychodni Weterynaryjnej THERIOS) wybrałam wersję łatwiejszą, skierowaną do praktyków. Początkowo byłam trochę zawiedziona, bo było zdecydowanie za łatwo. Ale to tylko na początku. W miarę pojawiania się nowych tematów poprzeczka była podnoszona coraz wyżej i wyżej... I do samego końca wykładowcy trzymali słuchaczy w dermatologicznym napięciu. A wykładowcy byli nie-byle-jacy, prawdziwa światowa śmietanka. Był Doug DeBoer z USA, Nina Glos i Ralf Mueller z Niemiec, Marcel Kovalik ze Słowacji, Jan Rybnicek z Czech, David Shearer z UK i Chiara Noli z Włoch. Były też inne sławy, ale wymienionych wyżej osobiście wysłuchałam delektując się ładnym angielskim, którym się posługiwali. Jakie tematy zostały poruszone? Całe mnóstwo, począwszy od prostego drapania, poprzez wyłysienia, alergie, strupy, pasożyty, grzyby, bakterie, immunologię i farmakologię. Wszystkie wykłady wspaniale ilustrowane. Była też moja ukochana cytologia i trochę histopatologii. Merytorycznie mój głód wiedzy został w pełni zaspokojony :)

W czasie przerw był czas na spotkania towarzyskie i zapoznanie się z najnowszymi trendami dermatologicznymi. Miło było spotkać wśród uczestników wiele znajomych twarz. Mało licznie reprezentowana była Małopolska, za to przyjechało wielu lekarzy ze Śląska, Warszawy i Lublina. W sumie do Krakowa przyjechało prawie 1000 lekarzy weterynarii z całego świata, w tym 200 przedstawicieli naszego zawodu z Polski!

A co nowego pojawi się w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS po wędrówce po stoiskach? Wszystkiego nie zdradzę, ale na pewno w najbliższym czasie wzbogacimy naszą ofertę o wykonywane na miejscu testy alergiczne (do tej pory korzystaliśmy z dużo droższych laboratoriów zewnętrznych), rozpoczęliśmy współpracę z nowym laboratorium, pojawi się sporo nowych preparatów dermatologicznych. Mam nadzieję, że dermatologia w THERIOSie będzie jeszcze lepsza i nasi pacjenci będą mogli być leczeni jeszcze skuteczniej :)


 


Fot: internet 

środa, 23 września 2015

Osteopatia przerostowa u pacjenta onkologicznego

Pacjentka ma, a raczej miała 9 lat i była niegdyś wesołym i szczęśliwym owczarkiem niemieckim. Około 2 miesięcy temu właściciele zauważyli puchnięcie łap. W zaprzyjaźnionej lecznicy stwierdzona została anaplazmoza. Niestety, leczenie nie przyniosło oczekiwanego efektu. Sunia przyjechała do nas na konsultację.

Już na podstawie wywiadu oporna anaplazmoza od razu wydała nam się podejrzana. Jakiś czas temu sunia miała usuniętego guza gruczołu sutkowego. Chirurg zostawił małe guzki, z jednego sutka stale wydostawała się ropa z krwią. Nie zostało zrobione badanie histopatologiczne. Sunia czuła się bardzo dobrze, aż do wakacji... To wtedy pojawiły się dziwne obrzęki. Sunia nie była w stanie funkcjonować bez silnych leków przeciwbólowych, które niestety też nie były obojętne. Do problemów z chodzeniem dołączyły się wymioty i złe samopoczucie...

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłam pacjentkę. Już po jej spojrzeniu widać było, jak bardzo cierpi. Już się nauczyłam rozpoznawać wzrok psa, który prosi, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Bo dla naszych zwierzaków priorytetem nie jest długie życie, ale życie bez cierpienia. One nauczyły się radzić z bólem, ale do pewnej granicy. Po jej przekroczeniu liczy się tylko brak bólu...



Badania rentgenowskie potwierdziły pierwsze podejrzenie. To nie anaplazma jest przyczyną cierpienia suni, tylko nowotwór. Guzy w płucach, które utrudniały oddychanie i liczne guzy w brzuchu. Do tego sztywne, bolesne wszystkie cztery łapy, na których okostnej pojawiły się paskudne rozrosty, zespół paranowotworowy, osteopatia przerostowa (ang. hypertrophic osteopathy). To była patowa sytuacja. Brak możliwości pomocy. Właściciele usłyszeli to, co w takiej sytuacji mówię: "jedyne, co możemy zrobić, to pozwolić jej odejść"... Sunia odeszła spokojnie, wyglądała, jakby z ulgą zasnęła...




Więcej o osteopatii przerostowej na stronie Przychodni Weterynaryjnej THERIOS >>>  



sobota, 4 lipca 2015

Weterynarz na ludowo ;)


Co robi weterynarz po godzinach w upalną sobotę? Uczestniczy w II Międzynarodowych Spotkaniach z Folklorem. Grupy artystów ludowych zjechały do Myślenic z całego świata. Sobota to trzeci dzień imprezy i nie ostatni. Od czwartku do niedzieli nasze miasteczko stało się międzynarodową stolicą folkloru. Kulminacyjnym punktem dnia był kolorowy korowód, który przeszedł ulicami miasta. Mimo upału było barwnie, wesoło i jeszcze goręcej niż w rzeczywistości. Największe owacje zebrali Dzicy z Afryki i Meksykanie, ale każda z grup zasłużyła na wielkie brawa. Nasze najmłodsze dzieci płci męskiej obserwowały z zapartym tchem piękne tancerki, chociaż zabrakło im odwagi, żeby przyłączyć się do tańczących. Za to aktywnie uczestniczyły w warsztatach artystycznych ozdabiając drewniane ptaszki i koniki. 
Dla fanów rękodzieła rozstawione były liczne stragany, na których można było podziwiać i kupić piękne ozdoby, zabawki, czy... pędzle. Narobiliśmy sobie smaka na dalsze tego typu imprezy. 

Kolejny przystanek festiwalowy: ETNOmania w skansenie w Wygiełzowie :)


 








poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jest kogut! A nawet dwa...

Za kilka dni minie pierwsza rocznica powiększenia naszego stadka. Z 16 kur ostało się 14. Dwie kury umarły śmiercią tragiczną w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach. Jestem w temacie kur trochę mądrzejsza niż rok temu, chociaż głupota tego gatunku ciągle mnie zadziwia. Nauczyłam się też, że jak kuny kradną jajka, to najlepiej powiesić łańcuch na furtce i od razu drapieżniki przestają odwiedzać kurnik. Zwiększyłam też pożyteczne wykorzystanie różnego rodzaju odpadków - skorupki z jajek, obierki, nawet fusy z herbaty lądują w kurzych żołądkach. Nasze głupiutkie kury na początku pociesznie brzydziły się dżdżownic. Próbowały dziobać, ale z obrzydzeniem wypluwały. Teraz wiaderko dżdżownic w zestawie z końskimi bobkami to ulubiony deser. Odwdzięcza się nam kurze towarzystwo doskonałymi jajkami. Teraz kupno jajek w sklepie to istna profanacja. Raz byłam zmuszona kupić fermowe plastikowe produkty jajko-podobne (przerwa zimowa...) i było to przeżycie bardzo niekorzystne.
Na koguta się nie zdecydowałam. Nie lubię kogutów, a moje kurki niosły jajka i bez widoku samca. Dzielnie odpierałam ataki rodziny, znajomych i sąsiadów. Nie i nie. Boję się, nie chcę, nie potrzebuję. I kropka. Sąsiad odgrażał się, że kogut ma być i sam kupi, jeżeli się nie zdecyduję. Zabroniłam kategorycznie.
I nadszedł dzisiejszy kwietniowy poranek. Po rehabilitacji wracałam sobie spacerkiem do THERIOSa. Niestety, po drodze miałam targ. Zawsze chodzę dookoła, ale dzisiaj coś mnie podkusiło i poszłam skrótem... Na trasie napotkałam ciężarówkę wypełnioną klatkami z kurami. Planowałam powiększenie stadka o 2-3 białe kurki. Białych kurek nie było. Ale były smutne czarne... Okazało się, że to krzyżówki zielononóżek. Tak patrzyłam i żal mi się zrobiło. A obok, w małej klatce, dwa upakowane czerwone koguty z głowami w bliznach... Też mi się żal zrobiło. Dobrze, że nie miałam więcej pieniędzy, bo wykupiłabym wszystkie. Wystarczyło na pięć smutnych zielononóżek i jednego smutnego koguta (na koguta zabrakło mi pieniędzy, ale dostałam w promocji, bo za chwilę kończył się handel na targu). Zadowolona zapłaciłam i... złapałam się za głowę, bo jak z połamaną ręką przetransportować pudło z kurami i worek z kogutem? Z trudem, pomagając sobie zębami i kolanami, dopchałam swoje zakupy do przychodni...
Z pomocą męża przetransportowaliśmy kurki i koguta do domu. A tu na wejściu już słyszymy: u naszych kur jest piękny kogut! Kie licho? - pomyślałam. Przecież mój kogut jest w jutowym worku po moją pachą! Pokręciłam z niedowierzaniem głową i poszliśmy do kurnika.
Kogut faktycznie był. Piękny, kolorowy, z błyskiem w oku. Jak malowany. Wysypałam mojego koguta z worka. Przy tamtym eleganciku wyglądał jak lump spod budki. Pocięty grzebień, wydrapane pióra, a to tego mętny wzrok i słaniający się krok. Rozbójnik. Chłopaki jak tylko się zobaczyły, to nastroszyły pióra i po chwili jak nie zaczną się tłuc! Krew się lała, kawałki grzebieni latały w powietrzu. Zbiegli się sąsiedzi, zaczęły się dyskusje. Na moje nerwowe pytania co robić, czy rozdzielać i jak im wytłumaczyć, że powinny się dogadać, odpowiedzią były tylko pogardliwe parsknięcia. "Jeden z nich padnie" - twierdził jeden sąsiad. "Nie, jeden wygra, a drugi się podda" - twierdził drugi. "Zobaczysz, że padnie". "A jak oba padną?" - zaniepokoiłam się. "Nie, padnie tylko jeden" "A co z drugim?" "No, urżnie się go i na rosół będzie" Wolałam założyć, że jakoś się dogadają i pobiegłam po aparat. Bo bitka, co by nie mówić, była piękna. Aż trudno było oczy oderwać. Jako przeciwniczce walk kogutów było mi wstyd za moje odczucia, ale co zrobić? Czasem rozum i serce wymykają się spod kontroli.
W końcu mój kogut wygrał pierwsze starcie. Elegancik został zapędzony w kąt i musiał się zadowolić jedną kurą - pocieszycielką, która postanowiła wesprzeć przegranego...
Ale sądząc z jurnego pogdakiwania i nerwowego przebierania nogami to jeszcze nie koniec rozgrywek...
c.d.n....