Pokazywanie postów oznaczonych etykietą onkolog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą onkolog. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień zerowy

Weterynarz wpadł na pomysł, że samodzielnie będzie wysiadywać jajka. Wszystko ku zgrozie jednej części rodziny i radości drugiej. Mąż, też weterynarz, załamał ręce i próbował się oprotestować, jednak bezskutecznie. Uległ jak zawsze ;)
Wysiadywanie jajek składa się z kilku etapów i wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze, trzeba podjąć trudną decyzję, po co chcemy wysiadywać jajka. Czy chodzi o więcej kur, więcej tuszek, więcej jajek, czy po prostu więcej frajdy. Decyzja dla miłośnika zwierząt niezwykle trudna. Ale rodzina oprócz dóbr duchowych (czyli wysiadywanie dla frajdy) krzyczy jeść, a domowa kurka i domowe jajko są dla dzieci zdecydowanie zdrowsze niż plastikowe, nafaszerowane chemią produkty dostępne w sklepach. Na razie numerem jeden jest frajda, w drugiej kolejności jajka, a potem... zobaczymy.
Przygotowania rozpoczęły się już kilka miesięcy temu. Weterynarz nafaszerował się potężną dawką wiedzy i zrobił pierwszy krok: zamówił inkubator i owoskop. Inkubator, jak nazwa głosi służy do inkubacji, czyli wysiadywania jajek. Owoskop to odpowiednik usg u ludzi: kontrola rozwoju małej istotki, która mieszka wewnątrz.
Kolejna decyzja: kiedy i jak. Serce krzyczało, żeby jak najszybciej, rozsądek kazał czekać. Zwyciężył rozsądek. Do tematu wróciliśmy w styczniu. Najlepszym miejscem do poszukiwania jajek dla takiego ignoranta w temacie wysiadywania jak autorka tekstu zostało... allegro. Klik „jajka” w dziale Dom i Ogród > Żywe zwierzęta wykazał duże bogactwo ofert. Po długich rozmyślaniach wybór padł na jajka zielononóżek z certyfikatem pochodzenia. Zielononóżka była wyborem oczywistym, bo weterynarz ma ciągoty patriotyczne, a trudno o bardziej patriotyczną kurkę niż zielononóżka. Ale... Właśnie, najgorsze jest zawsze to nieszczęsne „ale”. Ale hodowca zażądał kontaktu telefonicznego przez zakupem. No to zadzwoniłam. Pan był bardzo miły i bardzo ekspresyjnie opowiadał o swoich kurkach, jajkach i wysiadywaniu. W efekcie zamiast 10 jajek kupiłam ponad 30, w tym nie tylko patriotyczne zielononóżki, ale też jakieś inne, bardziej egzotyczne. Są też takie, które mają wyglądać jak wcielone diabły, z grzebieniami w kształcie diablich rogów i rosochatą czupryną... Rasy będę przedstawiać stopniowo w kolejnych dniach, żeby wypełnić nudne oczekiwanie na wyklucie ;)

Jajka zostały przywiezione przez kuriera i odłożone na 24 godziny w temperaturze pokojowej, w spokojnym miejscu. W tym czasie uruchomiliśmy inkubator, żeby ustabilizować temperaturę i wilgotność. Jutro kolejny etap, czyli... dzień pierwszy wysiadywania :D 


  

środa, 25 listopada 2015

Nowe dziwadełko - przypadkowiak

Przypadkowiak, czyli incydentaloma. Czy to jakiś szalony wymysł lekarzy z THERIOSa? Brzmi: 
- dziwnie 
- niepokojąco 
- śmiesznie 
- strasznie 
- prawdziwie 
- nieprawdziwie. 


Tak naprawdę to nie jest żaden wytwór fantazji. Wikipedia mówi: "Incydentaloma (przypadkowiakłac. incydentalomaang. incidentaloma) – guz znaleziony w badaniu obrazowym przypadkowo, któremu nie towarzyszą objawy kliniczne. Najczęstszymi bezobjawowymi guzami tej grupy są gruczolaki przysadki i nadnerczy. " 

Dlaczego przypadkowiak został głównym bohaterem dzisiejszego artykułu? Bo został również bohaterem listopadowego kursu ultrasonograficznego zorganizowanego w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Guz nadnercza został stwierdzony u 9-letniego gończego polskiego, Hajduka. Po raz pierwszy "wybadany został" pół roku temu i od tej pory jest poddawany wnikliwej obserwacji. Jest to jeden z tych rodzajów nowotworów, które nie wymagają interwencji lekarskiej. Najczęściej guzy te są łagodne i nie powodują żadnych objawów klinicznych, a usunięcie bywa znacznie bardziej niebezpieczne niż pozostawienie. Dla nas jako onkologów chirurgia powinna być podstawą, w innych sytuacjach lepsza jest chemioterapia, a nie-robienie-niczego jest czymś trudnym do wyobrażenia. A jednak czasami należy słuchać zdrowego rozsądku. "Najważniejsze nie szkodzić"


Dla uczestników kursu była to duża niespodzianka. Nie dość, że mieli okazję oglądnąć wiele ciekawych obrazów (guzy śledziony, wodobrzusze, wodopiersie, kamica pęcherza moczowego, torbielowatość jajników, limfadenopatia u psa i u kota), to jeszcze rzadko spotykany przypadkowiak... Więcej o naszych kursach TUTAJ >>>



Cielęce spojrzenie "ciekawego" pacjenta :)

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Okiem Praktyka 2015

18 kwietnia 2015 studenci wrocławskiej weterynarii zorganizowali drugą edycję Konferencji "Okiem Praktyka". Wyzwanie było nie lada, ponieważ zaplanowanie i realizacja wykładów dla kilkuset osób wymaga naprawdę dużego nakładu pracy i talentu organizatorskiego. W tym roku mieliśmy przyjemność poprowadzić wykłady z zapalenia trzustki i chorób nowotworowych u berneńskich psów pasterskich. Oprócz nas posłuchać można było prof. Niżańskiego, dr Hildebranda, dr Mederskiego, dr Wąsiatycza i dr Niedzielskiego. Było trochę rozrodowo, trochę ortopedycznie i trochę neurologicznie. Urazy u kotów, kulawizny i porażenia od wielu lat spędzają sen z oczu lekarzy weterynarii. Podobnie zapalenie trzustki: choroba - widmo, o której wszyscy słyszeli, ale mało kto potrafi prawidłowo diagnozować i leczyć. Tym bardziej, że objawy mogą być niespecyficzne, a i leczenie jest byle-jakie. O trzustce mówił dr Jacek Ingarden. Autorka bloga, Maja Ingarden, zajęła się berneńczykami, strasząc wszystkich potencjalnych właścicieli i przyszłych lekarzy listą problemów nowotworowych, z którymi mogą się w przyszłości spotkać.

Organizacja Konferencji, mimo pewnych problemów technicznych, zrobiła na nas duże wrażenie. I trzymamy kciuki za kolejne edycje, bo inicjatywa jest warta kontynuacji :)

W trakcie konferencji mieliśmy przyjemność poznać przyszłego weterynarza - Paulinę Jasińską, która dodatkowo jest studentką... filozofii. Wydawałoby się, że to dziwne połączenie zainteresowań, ale poczytajcie sami, co z takiej krzyżówki wynika na blogu Pauliny.

Maja i Jacek Ingarden z Pauliną Jasińską. 

sobota, 28 marca 2015

Radiologicznie...

 Weterynarz po godzinach się rehabilituje, w związku z tym pacjentów ogląda głównie wirtualnie. A jak już drogi moje i pacjentów się skrzyżują, to połamana ręka uniemożliwia robienie zdjęć... Na szczęście nasz rentgen nie próżnuje i dzięki temu dzisiaj zarzucę czytelników bloga zdjęciami... rentgenowskimi. Zdjęcia w większości pochodzą z piątku 27 marca. Tylko jedno jest wcześniejsze, ale ściśle z piątkiem związane.

  Pacjent nr 1: 3-letni owczarek niemiecki z zerwanym więzadłem kolanowym. Uraz był stary, kilkutygodniowy. U psiaka w dniu wizyty w THERIOSie widoczne były potężne zaniki mięśni w chorej kończynie. Doktor Jacek Ingarden zadecydował o konieczności operacyjnego leczenia, TPLO. Zaprosił do Myślenic naszego zaprzyjaźnionego chirurga, doktora Darka Niedzielskiego z Wrocławia, specjalistę, z którym współpracujemy od ponad 10 lat. Operacja miała miejsce w niedzielę, potem tydzień zabiegów rehabilitacyjnych pod okiem mgr Agnieszki Wojnickiej i w piątek powrót do domu. W dniu wypisania ze szpitala pacjent już zaczynał się na chorej łapce opierać :)

  Pacjent nr 2: 11-letni labrador z przewlekłym kaszlem i odkrztuszaniem krwistej ropy. Podejrzewamy nowotwór płuc... Ale mimo złego rokowania psiak po pierwszej dawce leków czuje się lepiej...

  Pacjent nr 3: 11-letnia kotka. Objawy: nijakie. Osłabienie, apatia, spadek masy ciała, zaburzenia równowagi i zaparcia. Trzy miesiące wcześniej zaparcia. O czym mogą świadczyć zaparcia? Tłumaczenie może było dziwne. Właścicielka słuchała z zainteresowaniem, ale co sobie myślała? Nie wiem. Liczę na wyrozumiałość ;) Tłumaczyłam, że z naszych obserwacji zaparcie świadczy, że kot jest... chory. Chore mogą być jelita, wątroba, serce, pęcherz moczowy, gardło, trzustka... W zasadzie to niewiele nam ten objaw mówi poza tym, że kot jest... chory. I naszym zadaniem jest znalezienie przyczyny. Jakaś przyczyna jest, to pewne. Ale niekoniecznie trzeba jej szukać w okolicach jelit grubych. Diagnostyka nawet nas zaskoczyła; przyczyną zaparć i spadku masy ciała okazał się... kręgosłup. Potężne zmiany zwyrodnieniowe i nadwichnięcie. Kotka chudła, bo musiało ją boleć. A zaparcie? No cóż, kolejny raz potwierdziła się nasza teoria...


  Pacjent nr 4 to zdrowa klinicznie sunia w typie amstafa. Kolejny sympatyczny i grzeczny amstaf wśród naszych pacjentów :) Przyjechała na konsultację guzków sutka i badania przed ewentualnym zabiegiem. Rutynowo wykonaliśmy zdjęcie klatki piersiowej. Zmian przerzutowych nie znaleźliśmy, ale idealnie nie jest. Poza zmianami poinfekcyjnymi (sunia została 3 miesiące temu adoptowana ze schroniska) mamy na zdjęciu spondylozę i powiększone serce. Przed zabiegiem konieczne będzie zrobienie dodatkowych badań kardiologicznych i bezwzględnie wskazana jest bezpieczniejsza narkoza wziewna.  




czwartek, 19 marca 2015

Rak pęcherza moczowego - czy to wyrok?

 Rośnie świadomość właścicieli, a wraz z nią rośnie skuteczność leczenia onkologicznego. Podobnie u ludzi: rak to już nie jest wyrok. Jest to jedna z chorób, które można leczyć; albo w celu wyleczenia, albo przedłużenia życia. Oczywiście są też ofiary, bo to choroba poważna. Ale nie mniejsze żniwo zbierają choroby serca, nerek, czy trzustki. Też można je leczyć, a nieleczone prowadzą do śmierci. Do niedawna najliczniejszą grupą pacjentów onkologicznych były w THERIOSie psy z chłoniakiem i guzami sutka. Od kilku lat grupa pacjentów zaczęła się powiększać o psy i koty z czerniakami, włókniakomięsakami, czy mięsakami kości. Coraz więcej zwierzaków trafia do nas na leczenie paliatywne - ograniczenie bólu i przedłużenie życia w dobrym komforcie. A w razie potrzeby pomoc w decyzji o eutanazji i godne pożegnanie...
Coraz większą grupę naszych pacjentów stanowią psy z rakiem pęcherzamoczowego, czyli rakiem przejściowokomórkowym, z angielskiego zwanym TCC. Jest to nowotwór dość częsty, ale późno rozpoznawany. Zaczyna się od objawów przypominających zapalenie, czasami pojawia się w moczu krew. Objawy na chwilę wycofują się po antybiotykach i różnych suplementach. Potem jest nawrót i znowu pewnego stopnia poprawa. I znowu, i znowu. Pies ma problem z oddaniem moczu i widoczny jest coraz większy dyskomfort. Badania moczu sugerują poważniejszy problem, ale podejmowane są kolejne próby leczenia. W końcu pacjent trafia do nas na konsultację onkologiczną. W większości przypadków już na podstawie badania moczu i usg stawiane jest rozpoznanie: rak pęcherza...
Co dalej? Z naszych doświadczeń w dniu konsultacji zaawansowanie choroby jest na tyle duże, że zmiany są nieoperacyjne. Zostaje chemioterapia. Na szczęście leczenie TCC nie jest bardzo absorbujące i kosztowne, a efekty leczenia zachowawczego bardzo dobre lub przynajmniej zadowalające. Objawy uboczne też są minimalne. Co można wygrać? Cudów nie będzie. Nowotwór zostaje osłabiony, część zmian się wycofuje, pacjenci zaczynają znowu cieszyć się życiem. Sielanka trwa do kilkunastu miesięcy, czasem krócej. Potem rośnie ryzyko zarośnięcia nowotworem moczowodów i wodonercza. Na tym etapie należy odpuścić walkę i pozwolić naszemu pacjentowi odejść...
Nasz pacjent sprzed kilku dni to 7-letni owczarek niemiecki. Pierwsze objawy pojawiły się w lutym - utrudnione oddawanie moczu. Usg wykazało pogrubiałą błonę śluzową pęcherza moczowego, badanie moczu - zapalenie. Zalecono manualne opróżnianie pęcherza i leki: antybiotyki, przeciwbólowe i rozkurczowe. Właściciele chcąc poznać przyczynę problemów z oddawaniem moczu trafili do kolejnego weterynarza. Suczce złożono na tydzień cewnik i zalecono dalszą diagnostykę. Mocz pobrano przez nakłucie, co pacjentka zniosła bardzo źle. Wykonano tomografię komputerową, która wykazała zmiany rozrostowe w trójkącie pęcherza moczowego. Na tym etapie pacjentka trafiła do THERIOSa. Badanie cytologiczne moczu potwierdziło bez żadnych wątpliwości TCC - raka pęcherzamoczowego z komórek przejściowych.

Sunia jest już po pierwszej chemii. Obecnie samodzielnie oddaje mocz i czuje się bardzo dobrze. Wkrótce kolejna kroplówka... Pozytywny efekt już jest, a czas pokaże, na jak długo uda się rozwój nowotworu zatrzymać. Niestety, jest to kolejny przypadek zaawansowanego nowotworu. Rozpoznanie 2-3 miesiące wcześniej, które było możliwe tylko dzięki badaniom "profilaktycznym" (usg, badania moczu), na pewno poprawiłoby efekt leczenia, a może nawet umożliwiłoby leczenie operacyjne... 

Więcej o raku przejściowokomórkowym czytaj na stronie Przychodni Weterynaryjnej THERIOS 
Opis przypadku raka pęcherza moczowego u beagla TUTAJ >>> 

czwartek, 12 marca 2015

Opinia właściciela - o leczeniu chłoniaka :)

Wirtualnie też pomagamy :) Oto mail od właścicielki Gucia, który żyje i ma się dobrze. Na odległość też da się leczyć... Dziękuję za miłe słowa :) 

"Witam Pani Maju! Już dużo minęło od czasu naszej ostatniej korespondencji, ale ja ciągle pamiętam, ze to Pani była osobą na drodze leczenia mojego Gucia, dzięki której on jeszcze z nami jest. Wszyscy weterynarze mówili, że leczenie chemioterapią to uśmiercanie psa... I już mieliśmy się poddać i nagle trafiłam na Pani stronę. Pani swoją działalnością i dobrymi radami pchnęła nas w dobrym kierunku. Gucio ciągle jest leczony pod czujnym okiem dr Gugały i ma się świetnie. Czuje się wręcz wyśmienicie, a muszę podkreślić, że przed kuracją chemioterapią był w bardzo złym stanie. Dla mnie to duży sukces, że jest z nami w tak dobrej kondycji, bo nic nie zapowiadało takiego obrotu zdarzeń dlatego uważam, że należą się Pani jeszcze raz podziękowania - więc DZIĘKUJEMY.   

PS w załączniku przesyłam zdjęcia rozpieszczanego przez nas stale Gucia. 
PS 2 gdyby ktoś zapytał mnie czy leczyć chemioterapią moja odpowiedź byłaby TAK ! ZDECYDOWANIE! 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego Pani i zwierzakom, które mają szczęście się z Panią spotkać.
Sarah" 



Mail i zdjęcia opublikowane za zgodą właścicielki. 
Fot. z archiwum właścicieli Gucia. 

sobota, 14 lutego 2015

Działo się, działo... na kursie "Cytologia kliniczna"


  
   W dniach 6 i 7 lutego 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS odbył się pierwszy kurs pt. "Cytologia kliniczna". Podejść do kursu było wiele. Był pomysł, żeby zrobić go z jakimś patologiem, miał to być kurs 1-dniowy, był też pomysł kursu 5-dniowego. Termin był kilka razy odkładany z powodu... chronicznego braku czasu na przygotowania. Przy stadku dzieci każdy pomysł odłożenia dużego przedsięwzięcia na później był dobry... Choroby, zebrania i imprezy szkolno-przedszkolne mnożyły się jak króliki. W końcu sami kursanci przycisnęli mnie, że kurs ma się odbyć i kropka. Tyle, że przygotowania do kursu 2-dniowego trwają zazwyczaj wiele miesięcy. Trzeba ustalić program, przygotować prezentacje, posegregować i powybierać preparaty, porobić zdjęcia, zorganizować zajęcia praktyczne i wypożyczyć mikroskopy... Do tego jeszcze materiały drukowane, dyplomy, punkty edukacyjne i stos faktur. Niby niewiele, ale pracy co niemiara...
  W końcu nadszedł termin kursu. Zaczęłam realizować misternie przygotowywany plan. Grupa była w większości początkująca, ale było kilka osób, które przyjechały, żeby usystematyzować i poszerzyć swoją wiedzę. Kursantki zjechały do THERIOSa z całej Polski, zaglądnijcie na mapkę obok. Pierwszy wykład: podstawy cytologii, drugi: obraz zapalenia. Przerwa. Wpada mój mąż i pyta: chcecie zobaczyć biopsję wątroby? No ba, kto by nie chciał zobaczyć. Materiał pobrany, kursantki samodzielnie przygotowywały preparaty. Hmmm... Ostro jak na początek. Ale poszło im doskonale. Preparaty, których nie powstydziłby się profesjonalny patolog. Czas wrócić do podstaw. Ale pojawia się kolejny pacjent: berneńczyk z chłoniakiem. Kolejna biopsja i kolejny ciekawy przypadek. Szczególnie, że psiak zdążył dostać steryd (dzięki niemu psisko mniej cierpiało, ale w diagnostyce to nie pomogło...). Na szczęście (lub jak kto woli: nieszczęście) rozpoznanie nie pozostawiało wątpliwości: chłoniak. Początek ambitny, ale z drugiej strony kursantki nie są początkującymi klinicystami, więc chłonęły ciekawe przypadki z entuzjazmem...
   Po obiedzie zeszliśmy trochę na ziemię i zajęliśmy się... kupą i moczem. Do tego pogrzebaliśmy w uszach, worku napletkowym i skórze. Na zakończenie dnia jeszcze dwie prezentacje i caaała noc na odpoczynek i przetrawienie wiadomości.
   W sobotę przeszliśmy do kolejnego etapu szkolenia: nadszedł czas na cytologię nowotworów i płyny z jam ciała. I na kulminacyjny punkt dnia: test... Zobligował nas to tego obowiązek narzucony nam przez kuratorium. Jest certyfikat, musi być sprawdzian. Mus to mus. Wcześniej zapewniłam, że to nie szkoła i nie będę pilnować i sprawdzać, czy nie ma ściąg. Kursantki grzecznie porozsiadały się po klinice i SAMODZIELNIE (podglądałam!) odpowiadały na pytania. Wszyscy dostali zaliczenie ;) 
   Zajęcia praktyczne polegały na pobieraniu materiału do badania cytologicznego, przygotowaniu preparatów (rozmazy, odciski), barwieniu i ocenie mikroskopowej. Drugiego dnia uczyliśmy się wykonywać biopsje cienkoigłowe z narządów. Do nakłucia można było wybrać sobie jądra, śledzionę i guz żołądka.  
   W czasie szkolenia oprócz oceny preparatów pobranych od pacjentów oglądaliśmy preparaty archiwalne. Szkiełka były podzielone na kilka grup tematycznych. Były rozmazy ze skóry i kanałów słuchowych, z moczu, z kału, było sporo szkiełek "nowotworowych". Pod koniec na pytanie: "komu jeszcze mastocytomę?" słyszałam "nieeee, znowu mastocytoma??? Ja poproszę czerniaka... "
   Dziewczyny pracowały na mikroskopach firm Delta Optical i Motic. Firma Delta Optical przygotowała miłą niespodziankę: wszyscy uczestnicy naszego kursu, którzy do końca marca zdecydują się na zakup u nich mikroskopu dostaną 10% zniżki. Zaprezentowany też został analizator hematologiczny LaserCyte amerykańskiej firmy Idexx, który ma wbudowaną funkcję badania płynów z jam ciała.
   Na zakończenie kursantki otrzymały certyfikaty i pojechały do domu sprawdzać zastosowanie nowo zdobytej wiedzy w praktyce.

Na kolejną edycję kursu zapraszamy w jesieni. Informacji proszę szukać na stronie www.therios.eu


Powrót do strony Przychodni Weterynaryjnej THERIOS >>>  










 








sobota, 24 stycznia 2015

Pożegnania, czyli rozważania o eutanazji naszych pacjentów...

Czas na trudny temat. Eutanazja. Temat trudny i dla właściciela, który musi podjąć decyzję o pożegnaniu i dla weterynarza, który często nie potrafi zachować dystansu do pacjenta, którego przez wiele miesięcy, czy lat leczył, walczył o jego życie, a teraz musi mu to życie odebrać... Przed podjęciem decyzji o studiach weterynaryjnych ta jedna myśl nie dawała mi spokoju: czy będę w stanie uśpić psa, kota, czy konia? Stwierdziłam, że nie. Niech robią to inni, Ja będę tylko leczyć, i to skutecznie.
Życie jednak szybko sprowadziło mnie na ziemię. Usłyszałam kilka opowieści klientów, którzy przeżyli traumatyczne uśpienie swoich zwierząt, było też kilku znajomych wetów, którzy "szkolili" mnie, co należy zrobić, żeby oszczędzić na lekach. Szczegóły pominę... W końcu stwierdziłam, że jak tak ma wyglądać ostatnie pożegnanie, to jednak będę to robić sama. Bez stresu dla ciężko chorego zwierzaka, bez bólu. Bo po to jest eutanazja - żeby znieść cierpienie u pacjenta, któremu nie da się już w inny sposób pomóc. W onkologii weterynaryjnej pożegnań jest więcej, niż w innych dziedzinach. Wielu pacjentów przyjeżdża do nas nie po wyleczenie, ale na leczenie paliatywne. Mają przeżyć ostatnie tygodnie życia szczęśliwie, bez bólu. Przychodzi jednak moment, gdy nie jesteśmy już w stanie poprawić komfortu naszemu pacjentowi. I wtedy sami mówimy, że przyszedł czas pożegnania. Pacjent cierpi, często jego spojrzenie mówi, że to koniec, życie przestało go cieszyć i chce odejść...
W Przychodni Weterynaryjnej THERIOS staramy się szczególną opieką otoczyć najbardziej cierpiące zwierzaki i ich właścicieli. Każdy z nas, lekarzy i asystentów PW THERIOS, też jest właścicielem zwierzaków i też wiele razy musieliśmy podejmować te trudne decyzje.
Jak wygląda eutanazja psa / kota? Najpierw ustalamy, czy rzeczywiście pacjentowi już nie da się pomóc. Zwierząt zdrowych, czy nadających się do leczenia nie usypiamy! Rozmawiamy z właścicielami na temat przebiegu całego procesu, ustalamy, czy właściciele chcą być ze swoim psem / kotem do samego końca, proponujemy odpowiedni dla pacjenta zestaw leków. Zakładamy wenflon i podajemy leki uspokajające i wyciszające, które wprowadzają zwierzaka w spokojny sen. Następnie dożylnie podajemy przeznaczony do eutanazji zwierząt barbituran, który wprowadza pacjenta w głęboką narkozę. Lek ten się przedawkowuje, doprowadzając do łagodnej, nieświadomej śmierci.
Wielu właścicieli od lat decyduje się na pozostawienie swoich zwierząt do kremacji. Jednak była to kremacja zbiorowa. Od niedawna możliwa jest w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS kremacja indywidualna. Podjęliśmy współpracę z lubelskim Parkiem Pamięci. Po eutanazji można zostawić pacjenta w naszej chłodni, a w ciągu kilku dni zostanie on przewieziony do Lublina i poddany kremacji. Prochy mogą być dostarczone właścicielom w specjalnym pojemniku lub, za dodatkową opłatą, w wybranej przez siebie urnie. Dzięki temu pożegnanie z ukochanym zwierzakiem staje się godne i pomaga wielu właścicielom łagodniej przejść przez ten trudny okres.





poniedziałek, 29 grudnia 2014

Poświąteczny zawrót głowy z pacjentami...


Poniedziałki po świętach zawsze są pracowite. Nasze zwierzaki jak na złość najgorsze choroby wymyślają akurat w czasie świąt. A do tego wielu właścicieli z wizytą czeka na okres międzyświąteczny, ponieważ mogą wziąć wolne z pracy i zaopiekować się swoim zwierzakiem po planowanym zabiegu. Są też tacy, którzy wybierają się do nas przy okazji świątecznego przyjazdu do rodziny z dalekich miast, czy nawet krajów. Taki też poniedziałek dzisiaj nastał.

Zabiegi były dwa, jeden u naszej stałej pacjentki Fugi, która na szczęście niczego ciekawego nie wymyśliła, tylko niewielkie guzki skórne.

Druga była sunia z pokastracyjnym nietrzymaniem moczu. Wcześniej była konsultowana w Wielkiej Brytanii, ale leczenie nie przyniosło oczekiwanych efektów. Przyjechała do nas na specjalistyczny zabieg podwieszenia pochwy. Problem jest spowodowany zaburzeniem anatomicznym w obrębie jamy brzusznej, do którego czasami dochodzi po zabiegach sterylizacji. Szczególnie narażone są rasy molosowate oraz wyżły weimarskie. Inne rasy rzadko, ale też mogą mieć problemy. Szczególnie rzadko nietrzymanie moczu występuje u kastrowanych samców. Niedawno na kontrole przyjechał Fred, u którego trzeba było operacyjnie podwiesić prostatę. Efekt jest rewelacyjny. Problemy z niekontrolowanym oddawaniem moczu skończyły się jak ręką odjął. Mamy nadzieję, że dzisiejsza operacja też będzie równie skuteczna i poprawi naszej pacjentce komfort życia.


Odwiedzili nas też dzisiaj licznie pacjenci onkologiczni. Była suczka z gruczolako-rakiem ślinianki, był golden z chłoniakiem i zapaleniem trzustki (leczony od sierpnia). Ostatnim moim pacjentem był berneńczyk, również chłoniakowy. Przyjechał na diagnostykę kwalifikującą do chemioterapii. Standardowe badania nie wykazały niczego szczególnego. Ale w trakcie badania usg nie spodobał mi się układ gazów w brzuchu. Występowały jakby punktowo. Zazwyczaj jelita są zgazowane całe i badanie jest utrudnione. Tutaj było inaczej. I jakieś dziwne odbicia i zakłócenia... "Zróbmy jeszcze zdjęcie rtg" zadecydowałam. Nie byłam pewna, czy decyzja jest dobra, czy nie generuję niepotrzebnych kosztów. Ale jak na ekranie monitora pojawiło się zdjęcie już wiadomo było, że hmmm... mamy problem w postaci... zobaczcie sami. 4,5 centymetra metalowej śruby w żołądku. Przypuszczalnie została zjedzona ze śniegiem. Ze względu na stopień zaawansowania chłoniaka nie mogliśmy pozwolić sobie na operacyjne usuwanie ciała obcego. Zostawić też nie za bardzo. Nasz pacjent pojechał "na sygnale" na endoskopię do Wrocławia, do dr Dariusza Niedzielskiego. Jak się uda wyciągnąć śrubę endoskopowo, to za kilka dni będziemy podawać pierwszą chemię... Jak widać badania dodatkowe są potrzebne i jeżeli niczego się nie znajdzie, to tylko trzeba się cieszyć...

Ciało obce (śruba) w żołądku berneńczyka z chłoniakiem.

Operacja podwieszenia pochwy przy pokastracyjnym nietrzymaniu moczu.

Pacjentka po zabiegu już prawie wybudzona.


środa, 17 grudnia 2014

Publikacje jesienno - zimowe

Miałam nie zanudzać czytelników publikacjami. Dlatego z 4 zrobiłam dwa małe kolaże. Dwa artykuły to tradycyjnie, opisane dla "Weterynarii" przypadki spod mikroskopu. wznowa chłoniaka i rak pęcherza moczowego. Kolejne to ubrane w słowa pisane wykłady dr Jacka Ingardena z tegorocznego, październikowego Kongresu PSLWMZ (czyli w formie rozciągniętej Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt). Jeden dla asystentów (chirurgiczny), drugi dla lekarzy - rozrodowców, na temat onkologii narządu rodnego. Podsumowanie tegorocznych publikacji wypadło całkiem nieźle: 17 publikacji :) Do tego jeszcze 11 kursów i seminariów, a 12, ostatni w 2014 roku, właśnie trwa. I zapowiada się ciekawie, ponieważ w ciągu dwóch dni kursanci przebadali już 14 psów i kotów, w tym wiele z ciekawymi patologiami.

Pełna lista publikacji:
Mai Ingarden >>>
Jacka Ingardena >>>



środa, 3 grudnia 2014

Fotograficznie - onkologicznie...

Dzisiaj w THERIOSie było pracowicie i pod względem klinicznym i fotograficznym. W związku z tym tekstu będzie mało, za to zdjęć sporo:
Po pierwsze: przegląd pogwarancyjny u 10-letniej suni doga kanaryjskiego.Niestety niesterylizowanej. Sunia po serii badań wylądowała na stole operacyjnym. Ogromny guz sutka był spowodowany torbielami na jajnikach. Problemy z chodzeniem: dysplazją bioder i spondylozą.






Po drugie: Cezar. Historia tego psiaka sięga niemal 6 lat wstecz. Jako młody psiak trafił do nas z połamaną miednicą i tylną łapą. Właściciele nie chcieli go leczyć, zrzekli się na rzecz fundacji, która pokryła koszty operacji i znalazła Cezarowi nowy, kochający dom. Niestety problemy naszego bohatera się nie skończyły. W okolicy odbytu pojawił się guz. Miejscowy lekarz usunął go, niestety guz zaczął odrastać. Bez rozpoznania histopatologicznego nie można było podjąć dodatkowych kroków. Dzisiaj Cezar został zoperowany. Na zdjęciach poniżej widać guza przed zabiegiem i tuż po. W związku z dużym zakresem tkanki zajętej nowotworem dr Jacek Ingarden musiał zastosować uszypułowany przeszczep skóry.


 A to jest Karma, 11-latka, u której konieczna była amputacja łapy z powodu złośliwego nowotworu kości. Nasza pacjentka czuje się fantastycznie, już przyzwyczaiła się do biegania na trzech łapach. Ale żeby uzyskany efekt trwał jak najdłużej konieczne jest zastosowanie chemioterapii. Dzisiaj podaliśmy pierwszą dawkę karboplatyny. Na samym końcu filmik dla tych niedowiarków, którzy uważają, że na trzech łapach psy nie potrafią biegać :)