Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lecznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lecznica. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 grudnia 2015

Co słychać w THERIOSie?

U nas ciągle dzieje się dużo. Niestety, nie zawsze jest czas i możliwość dokumentacji fotograficznej. Ciekawe przypadki tradycyjnie spędzają nam sen z powiek. Chcielibyśmy pomóc wszystkim naszym pacjentom, ale niestety, choroby dręczące naszych pacjentów nie zawsze są uleczalne. Najczęściej zaawansowanie ich jest tak duże, że wprawdzie podejmujemy próbę leczenia, ale licząc się z potencjalną porażką. Całe szczęście, że czasami pacjenci wykorzystują tą niewielką szansę którą od nas dostają i odpowiadają na tę "ostatnią deskę ratunku".
Jedną z takich pacjentek jest Sangria, 12-letnia bokserka. Przyjechała do THERIOSa z ogromną liczbą leukocytów (ponad 100 000 w mikrolitrze!). Większość z nich to były małe limfocyty, ale było też sporo paskudnie wyglądających "blastów", czyli nowotworowo zmienionych komórek limfoidalnych. Rozpoznanie: przewlekła białaczka limfocytarna, ale z ryzykiem białaczki pośredniej, przechodzącej w ostrą limfoblastyczną. Leczenie u starszego psiaka nie może być zbyt agresywne. zaryzykowaliśmy i potraktowaliśmy ten złośliwy nowotwór jako stan przewlekły. Efekt: zobaczcie sami. Kontrolne badania z piątku są niezwykle optymistyczne, a sunia czuje się fantastycznie :)

Na sali operacyjnej też praca wre. Codziennie wykonywanych jest po kilka zabiegów, w większości dużych operacji onkologicznych. Przykładem jest 12-letni wilczak z guzem na łokciu i guzem gruczołów okołoodbytowych, czy starszy bokser z odrastającym włókniakomięsakiem.


Na deser kilka słów o kursie hematologicznym dla średniozaawansowanych, który odbył się 4 i 5 grudnia 2015 roku w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. To już kolejna edycja kursu z certyfikatem kuratoryjnym. Uczestnicy oprócz wysłuchania wykładów, przygotowywania preparatów krwi i oglądaniem stosu szkiełek archiwalnych doktor Mai Ingarden, na końcu muszą się wykazać nabytymi umiejętnościami i samodzielnie "zaliczają" opisy rozmazów. Bohaterką sprawdzianu tej edycji kursu była Białaska - 2-letnia kotka z wirusową białaczką kotów (FeLV) i niedokrwistością immunohemolityczną. Kursanci poradzili sobie doskonale i wszyscy z powodzeniem zaliczyli szkolenie. Wśród ciekawych pacjentów hematologicznych pojawiła się Kicia - 10-letnia kotka z silną anemią, w której w erytrocytach widoczne były niezwykle rzadko występujące u zwierząt pierścienie Cabota, czyli pozostałości wrzeciona podziałowego. Stan kotki był bardzo zły, ale jak wielu naszych pacjentów, ona też dostała swoją szansę. Liczymy, że i u Kici uda się przełamać chorobę i kotka przeżyje szczęśliwie kolejne miesiące, a może lata...  





poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jest kogut! A nawet dwa...

Za kilka dni minie pierwsza rocznica powiększenia naszego stadka. Z 16 kur ostało się 14. Dwie kury umarły śmiercią tragiczną w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach. Jestem w temacie kur trochę mądrzejsza niż rok temu, chociaż głupota tego gatunku ciągle mnie zadziwia. Nauczyłam się też, że jak kuny kradną jajka, to najlepiej powiesić łańcuch na furtce i od razu drapieżniki przestają odwiedzać kurnik. Zwiększyłam też pożyteczne wykorzystanie różnego rodzaju odpadków - skorupki z jajek, obierki, nawet fusy z herbaty lądują w kurzych żołądkach. Nasze głupiutkie kury na początku pociesznie brzydziły się dżdżownic. Próbowały dziobać, ale z obrzydzeniem wypluwały. Teraz wiaderko dżdżownic w zestawie z końskimi bobkami to ulubiony deser. Odwdzięcza się nam kurze towarzystwo doskonałymi jajkami. Teraz kupno jajek w sklepie to istna profanacja. Raz byłam zmuszona kupić fermowe plastikowe produkty jajko-podobne (przerwa zimowa...) i było to przeżycie bardzo niekorzystne.
Na koguta się nie zdecydowałam. Nie lubię kogutów, a moje kurki niosły jajka i bez widoku samca. Dzielnie odpierałam ataki rodziny, znajomych i sąsiadów. Nie i nie. Boję się, nie chcę, nie potrzebuję. I kropka. Sąsiad odgrażał się, że kogut ma być i sam kupi, jeżeli się nie zdecyduję. Zabroniłam kategorycznie.
I nadszedł dzisiejszy kwietniowy poranek. Po rehabilitacji wracałam sobie spacerkiem do THERIOSa. Niestety, po drodze miałam targ. Zawsze chodzę dookoła, ale dzisiaj coś mnie podkusiło i poszłam skrótem... Na trasie napotkałam ciężarówkę wypełnioną klatkami z kurami. Planowałam powiększenie stadka o 2-3 białe kurki. Białych kurek nie było. Ale były smutne czarne... Okazało się, że to krzyżówki zielononóżek. Tak patrzyłam i żal mi się zrobiło. A obok, w małej klatce, dwa upakowane czerwone koguty z głowami w bliznach... Też mi się żal zrobiło. Dobrze, że nie miałam więcej pieniędzy, bo wykupiłabym wszystkie. Wystarczyło na pięć smutnych zielononóżek i jednego smutnego koguta (na koguta zabrakło mi pieniędzy, ale dostałam w promocji, bo za chwilę kończył się handel na targu). Zadowolona zapłaciłam i... złapałam się za głowę, bo jak z połamaną ręką przetransportować pudło z kurami i worek z kogutem? Z trudem, pomagając sobie zębami i kolanami, dopchałam swoje zakupy do przychodni...
Z pomocą męża przetransportowaliśmy kurki i koguta do domu. A tu na wejściu już słyszymy: u naszych kur jest piękny kogut! Kie licho? - pomyślałam. Przecież mój kogut jest w jutowym worku po moją pachą! Pokręciłam z niedowierzaniem głową i poszliśmy do kurnika.
Kogut faktycznie był. Piękny, kolorowy, z błyskiem w oku. Jak malowany. Wysypałam mojego koguta z worka. Przy tamtym eleganciku wyglądał jak lump spod budki. Pocięty grzebień, wydrapane pióra, a to tego mętny wzrok i słaniający się krok. Rozbójnik. Chłopaki jak tylko się zobaczyły, to nastroszyły pióra i po chwili jak nie zaczną się tłuc! Krew się lała, kawałki grzebieni latały w powietrzu. Zbiegli się sąsiedzi, zaczęły się dyskusje. Na moje nerwowe pytania co robić, czy rozdzielać i jak im wytłumaczyć, że powinny się dogadać, odpowiedzią były tylko pogardliwe parsknięcia. "Jeden z nich padnie" - twierdził jeden sąsiad. "Nie, jeden wygra, a drugi się podda" - twierdził drugi. "Zobaczysz, że padnie". "A jak oba padną?" - zaniepokoiłam się. "Nie, padnie tylko jeden" "A co z drugim?" "No, urżnie się go i na rosół będzie" Wolałam założyć, że jakoś się dogadają i pobiegłam po aparat. Bo bitka, co by nie mówić, była piękna. Aż trudno było oczy oderwać. Jako przeciwniczce walk kogutów było mi wstyd za moje odczucia, ale co zrobić? Czasem rozum i serce wymykają się spod kontroli.
W końcu mój kogut wygrał pierwsze starcie. Elegancik został zapędzony w kąt i musiał się zadowolić jedną kurą - pocieszycielką, która postanowiła wesprzeć przegranego...
Ale sądząc z jurnego pogdakiwania i nerwowego przebierania nogami to jeszcze nie koniec rozgrywek...
c.d.n....







środa, 4 marca 2015

O niewielu zaletach połamanej ręki

Podobno sport to zdrowie... ale niestety nie zawsze. U mnie okazał się zupełnie niezdrowy. Jedne niewinne łyżwy i ręka (oczywiście prawa) została połamana na drobne kawałki. I to w najgorszym do łamania stawie, czyli w łokciu. Widowiskowe złamanie wieloodłamowe. Stałam się bogatsza (i cięższa) o kupę złomu: tytanowe płyty, garść śrub, gwoździe i drut. Teraz zajmuję się głównie analizowaniem różnych odmian bólu, który mnie męczy, nadrabianiem zaległości publikacyjnych i rozstawianiem po kątach dzieci i męża. Trzy razy w tygodniu pastwi się nade mną sympatyczna rehabilitantka, pani Paulina, zadaje mi listę ćwiczeń i nie ma litości dla mojej obolałej ręki... Jest o co powalczyć, bo albo zostanę kaleką, albo odzyskam pełną sprawność ręki...
W zasadzie, to należało by się załamać i biadolić bez końca. Ale połamana ręka ma swoje dobre (nieliczne) strony. Na pewno rzuca nieco inne od przedstawianego w mediach światło na polską służbę zdrowia. Nie dotyczy to złodziejskiej polityki ZUS, tylko moich wrażeń z kontaktu z myślenickimi lekarzami. Otóż opieka, którą zostałam otoczona od samego początku w naszym szpitalu powiatowym, była co najmniej bardzo dobra. Kompetencja i kontakt z lekarzami, opieka pielęgniarek, nawet "panie od zupy" - wszyscy mili i dyspozycyjni. Jakby nie okoliczności, które mnie do szpitala rzuciły, to byłoby tam nawet bardzo przyjemnie ;)
Po drugie - rehabilitacja. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, jak wielką odgrywa rolę po operacjach. I na pewno znacznie przyspieszy nasze inwestycje w sprzęt rehabilitacyjny dla psów. Dobrego fachowca z certyfikatami mamy, brakowało tylko sprzętu. Teraz jest dodatkowa motywacja.
Po trzecie - książki. Nareszcie mogę czytać do woli. Po cichu, dla siebie, i na głos, dla rodziny. Rodzinnie rządzi Małgorzata Musierowicz, Jeżycjada podoba się wszystkim. Po cichu wszystko, co wpadnie w ręce. Finiszuję z Lordem Jimem (niezawodny do usypiania...), czeka biografia Jacka Londona i Baron drzewołaz...
Ostatnią, czwartą zaletą połamanej ręki jest usamodzielnienie się moich dzieci i męża. Przed wypadkiem to ja musiałam im dogadzać kulinarnie. Teraz oni dogadzają mnie. A wymagania mam wcale niemałe. Julka do perfekcji opanowała robienie pizzy, Karola została specjalistką od drożdżowych rogali. Obiady są urozmaicone, domowe i zdrowe. Sałatki, surówki, dania mięsne i bezmięsne, koktajle, ciasta i ciasteczka... Wspomaga moje dziewczyny internet i ulubione blogi kulinarne: Ósmy Kolor Tęczy i Bajkorada. A ja wreszcie mogę powybrzydzać ;)









piątek, 9 stycznia 2015

Bywa i tak... czyli przygoda kota Leona.

Kot Leon jest 9-miesięcznym rudzielcem, który lubi wędrówki po najbliższej okolicy. Pewnego dnia, jakieś 2 tygodnie temu, również wybrał się na wycieczkę w poszukiwaniu przygód. Nie wiadomo, na czym polegała przygoda, która go spotkała. Najważniejsze, że wrócił kulejąc na przednią łapkę. Ale kulawizna powoli zaczęła ustępować, więc wizytę u weterynarza właściciele odłożyli na później. Niestety, na drugiej łapce pojawiła się ropna przetoka. Tym razem w trybie pilnym koci podrostek został zabrany do THERIOSa. Rana została opatrzona, ale utykanie na łapkę nie dawało doktorowi Jackowi spokoju i namówił właścicieli na zdjęcie rtg. Przyczyną okazało się złamanie jednej z kości przedramienia, kości promieniowej. Kość zaczęła się już zrastać, więc zabieg nie był potrzebny. Ale zdziwienie właścicieli było ogromne, bo przecież Leon całkiem dobrze sobie na złamanej łapce radził!

piątek, 28 listopada 2014

Nie zawsze guz oznacza nowotwór...


W naszej pracy spotykamy się z różnymi reakcjami właścicieli na zauważone zmiany. Od ignorowania i bagatelizowania, po skrajną histerię. Największa liczba właścicieli na szczęście mieści się pośrodku statystyk, czyli podchodzą z umiarkowanym stresem i rozsądnie. Zbierają swojego zwierzaka do weterynarza i pokornie przyjmują wszelkie sugestie. Niektórzy po otrzymaniu wstępnego "wyroku" idą do sąsiadki, która w naszym społeczeństwie ma często głos ostateczny. Czasami sąsiadka zaakceptuje decyzje, czasami skrytykuje, a czasem zaproponuje wizytę u specjalisty. Rolę sąsiadki coraz częściej odgrywa internet. Doktor Google zasypuje nas całą górą porad. Od rozsądku czytającego zależy, co z tych porad wyniesie. Niedawno u jednego z pacjentów postawiliśmy podejrzenie dziedzicznej choroby mózgu. "Ale pani doktor" - mówił właściciel - "tutaj tylko część objawów pasuje, niemożliwe, żeby to było to, psy na jutubie dużo gorzej wyglądają i wszystkie mają mniejsze głowy...". Może i tak, ale przy decyzji, czy robić niepotrzebny (ryzykowny) zabieg, czy wcześniej zrobić dodatkowe badanie, które da nam jasny obraz, trzeba postępować rozważnie.

Pacjentką dnia była 2-letnia kocica. Podobno niegrzeczna i niepewna, u nas była wzorem dobrego zachowania. Kotka została jakiś czas temu adoptowana. Pewnego dnia właścicielka zauważyła duży guz na szyi. Guz był niebolesny, w okolicy węzłów chłonnych, kotka czuła się fantastycznie. Jako, że pańcia kocicy jest naszą klientką od wielu lat nie zastanawiając się długo zapakowała kocicę do kontenerka i z drżącym sercem przyjechała do nas z przekonaniem, że guz to na pewno jest nowotwór, tym bardziej, że jak do nas jedzie, to nie może być nic innego. Doktora Google na szczęście pominęła, bo tam częściej roztaczane są wizje katastrofalne, a nie optymistyczne ;) A my jeszcze dołożyliśmy stresu opowiadając o testach białaczkowych, które należy zrobić, bo białaczka w szeroko pojętej okolicy zbiera potężne żniwo...

Na szczęście udało się nam nie wpaść w panikę (a przy wyjątkowych zwierzakach wyjątkowych klientów nie jest to proste...), wzięliśmy trzy głębokie oddechy i zasypaliśmy właścicielkę górą dobrych wieści. Guz okazał się ropniem ślinianki. Test białaczkowy wyszedł ujemny. "Dzisiaj jest dzień dobrych wiadomości" - stwierdziła uśmiechnięta właścicielka.

Jak widać nie zawsze guz jest nowotworem. Ale nie można czekać z decyzją wizyty u weterynarza. Podstawowa zasada to "im wcześniej tym lepiej". Wcześnie wykryte nowotwory są często całkowicie wyleczalne. Wcześnie opracowane ropnie szybciej i lepiej się goją.


wtorek, 11 listopada 2014

Rikitikitaki

Pewnego dnia, ponad miesiąc temu, spod tarasu w ogródku usłyszeliśmy rozpaczliwe miauczenie. Okazało się, że źródłem płaczu była maleńka czarno-biała kotka. Jak się tam dostała? Podejrzewam, że ktoś widzą dwa szczekające, szalejące przy płocie psy postanowił zrobić sobie widowisko... W końcu kilkutygodniowe kociaki same nie pchają się na ogrodzoną, strzeżoną przez psy posesję... Na szczęście nasze psy nie są mordercami (chociaż Hajduk czasami na takiego wygląda...) i maluchowi nie zrobiły krzywdy. I tak nasza rodzina powiększyła się o kolejnego zwierzaka. Imię wymyśliła Julka, wprawdzie dla żartu, ale wszystkim się spodobało. I została Rikitikitaki, w skrócie Rikitiki, przez Mikołaja uproszczona do Tiki.

Rikitiki okazała się prawdziwą wojowniczką. Całymi godzinami poluje na włóczki, rajstopy, kulki, ścierki i chusteczki... I na Rubina. Nasz Rubin w ciągu ostatnich dwóch lat stal się statecznym kocurem. Riki wywróciła jego ustabilizowany świat do góry łapami. Początkowo warczał, fuczał i unikał małej zołzy ze wszystkich sił. W końcu zrezygnował z wrogości i zamienił się w cierpliwego wujaszaka. Oczywiście nie pokazuje sympatii, ale roztoczył nad Rikitiki swego rodzaju opiekę. Uwielbia obserwować małą i udaje, że nie zauważa, że został upolowany :)

Kilka dni temu Rikitiki została w końcu zaszczepiona przeciwko chorobom zakaźnym. Zrobiliśmy jej też badania krwi, m. innymi test w kierunku kociej białaczki, który wyszedł negatywny :) Wyprawa do THERIOSa była dla niej sporym przeżyciem, ale taki już jest koci i psi los, że od czasu do czasu trzeba odstraszyć choroby wizytą u weterynarza ;)

niedziela, 12 października 2014

O psie Świętego Mikołaja...

Jak myślicie, jakiej rasy psa ma Święty Mikołaj? Oczywiście... gończego polskiego ;) Wspomniany Święty jest naszą rodziną przez psy, a do tego Chrzestnym Ojcem naszej córki Julki. Od wielu lat przyjeżdża 6 grudnia do myślenickiego Przedszkola nr 5  i przy wtórze góralskich przyśpiewek rozdaje przedszkolakom prezenty.

A jak to z wieloma Świętymi bywa, ten też miewa "pod górkę", czyli prawa Murphy'ego obowiązują go w pierwszej kolejności. Nasz Święty jest znawcą i miłośnikiem pięknej polskiej rasy psów myśliwskich, gończego polskiego. Wiele lat czekał na swoje wymarzone szczenięta. I zawsze było... pod górkę. W tym roku postanowił, że Słonka dostaje ostatnia szansę. Szczeniaki muszą się urodzić nawet, jakby świat miał się zawalić. Najpierw zaginęły papiery hodowlane. Potem okres płodny zbiegł się z urlopem. Kilka dni przed porodem eksplodował silnik w samochodzie. A na końcu termin porodu wypadł dokładnie w czasie Chrztu Św. najmłodszej wnuczki Świętego. Ale Święty uparł się, że skoro tak wiele kłód przeskoczył, to co tam, z tą też sobie poradzi. Za szczeniaki współwinę ponoszą Ingardenowie, to teraz niech też się wykażą.

Liczymy szczeniaki...
I tak zaczęła się kolejna nasza "gończa" przygoda. Niby gończe zdradziłam, ale jakoś uwolnić się od nich nie mogę ;) Słonka urodziła w sobotę trzy dorodne szczeniaki, dwa pieski i suczkę. Wiedzieliśmy, że na swoją kolej czeka jeszcze jeden maluch. Ale jak w drogach rodnych pojawiła się zielona wydzielina, trzeba było podjąć szybką decyzję o cesarskim cięciu. W sobotę wieczorem trudno było zorganizować zespół operacyjny. Do operacji doktor Jacek i doktor Maja, ale kto do szczeniaków i "brudnej roboty"? Wykorzystaliśmy młode łapki naszych córek. Obie już nie raz pomagały przy porodach, więc doświadczenie mają. Ostatni szczeniak wyglądał nieszczególnie dobrze: cały zatopiony w zielonej mazi, siny, bez żadnych oznak życia, płuca wręcz zalane śluzem. Ale walkę zawsze należy podjąć. Już po kilku minutach nasz "wymoczek" zaczął piszczeć i domagać się pierwszego jedzenia.

Poród zakończył się pełnym sukcesem: wszystkie szczenięta żywe, dwie dziewczynki i dwóch chłopaków. Już prawie 24 godziny są z nami. Żywotne, wiecznie głodne, a d tego pod opieką troskliwej mamy - Słonki.
A Święty Mikołaj już nie może się doczekać kiedy zobaczy te swoje wymarzone maluchy :)


dr Maja bada Słonke.

Masowanie brzuszka.

Cesarskie cięcie.

Młoda akuszerka :) 

Już po wszystkim... Mama z czwórką szczeniąt odpoczywa.

Ostatnia, uratowana suczka :)


wtorek, 2 września 2014

Jesienne porządki, czyli zdrowy uśmiech psa i kota :D

Zaglądnijmy do jamy ustnej zęby swojego zwierzaka. Zapalenie dziąseł, paradontoza, cuchnący oddech? U psa i kota zęby też bolą, tak jak ludzi. To, że zwierzaki lepiej radzą sobie z bólem nie zwalnia nas od dbania o uśmiech naszego pupila. Zaniedbana jama ustna jest źródłem chorobotwórczych bakterii, a stan zapalny dziąseł umożliwia wysiew tych bakterii do krwi. Z krwią bakterie wędrują po organizmie i osiedlają się w narządach: sercu, nerkach, wątrobie, trzustce, szpiku. Małe ogniska skutkują niewydolnością, masywny wysiew (na przykład przy obniżonej odporności) to znana nam wszystkim sepsa, która może doprowadzić do śmierci.

Co można zrobić, żeby ograniczyć ryzyko? Wystarczy regularnie czyścić zęby naszego pupila, stosować preparaty rozpuszczające kamień (np w postaci proszku dodawanego do wody, czy past enzymatycznych) i dezynfekujące. Jeżeli już pojawi się kamień, trzeba go usunąć przy pomocy ultradźwięków, a następnie wypolerować powierzchnię oczyszczonych zębów. Polerowanie jest niezwykle ważne, ponieważ mikrourazy szkliwa przyspieszają pojawienie się nowego kamienia. Zniszczone zęby najczęściej się usuwa, chociaż coraz popularniejsze jest ich leczenie u "psiego dentysty". Można zakładać plomby, leczyć kanałowo, nadbudowywać ubytki.

Zarówno czyszczenie, jak i leczenie wymaga znieczulenia ogólnego. W THERIOSie zalecamy wykonanie podstawowych badań przed narkozą, które pozwolą nam uniknąć powikłań. I oczywiście znieczulenie wziewne. Rurka intubacyjna nie tylko jest drogą podawania gazu znieczulającego, ale też dzięki wypełnionemu powietrzem balonikowi izoluje drogi oddechowe od milionów bakterii, które uwalniają się w trakcie czyszczenia zębów. Po zabiegu w znieczuleniu wziewnym pacjenci szybko się wybudzają i szybko dochodzą do siebie.

Zatem zaglądnijmy do jamy ustnej naszych zwierzaków i zapewnijmy im piękny uśmiech i zdrowe zęby :)

Ultradźwiękowe usuwanie kamienia nazębnego.

Polerowanie zębów przy pomocy specjalnej pasty polerującej.


niedziela, 24 sierpnia 2014

Kurs usg troszkę inaczej...

W dniach 18-22 sierpnia odbyła się kolejna, wakacyjna edycja kursu „USG jamy brzusznej psów i kotów”. Grupa uczestników reprezentowała, jak zwykle całą Polskę i nie tylko ;-) (od Częstochowy, przez Jarocin i Elbląg, aż po hrabstwo Hampshire w Wielkiej Brytanii).

Prowadzący kurs, Dr Jacek Ingarden opowiada:
"Podczas kursu mieliśmy okazję oceniać zmiany nowotworowe w jądrach i wątrobie, rozsiane ogniska w jamie brzusznej, ropomacicze zamknięte i otwarte, ciąże i in. Z ciekawych przypadków rozpoznany został gruczolakorak trzustki, potwierdzony badaniem cytologicznym i histopatologicznym. Kursanci uczestniczyli w pobieraniu biopsji pod kontrolą usg. W sumie zostało przebadanych około 40 pacjentów."
W rozmowach kuluarowych pojawił się pomysł krótkiego kursu łuczniczego, co udało się przeprowadzić, ze względów pogodowych, dopiero ostatniego dnia. Uczestnicy, poza talentem ultrasonograficznym, wykazali się również niezłymi predyspozycjami łuczniczymi. W związku z tym, że główny fotograf THERIOSa, dr Maja Ingarden, w czasie kursu przyjmowała pacjentów, sprawozdanie fotograficzne obejmuje tylko "zajęcia dodatkowe" ;) 









środa, 6 sierpnia 2014

O łakomym kocie...


Zdjęcie rtg naszego pacjenta. Widoczna igła.
Kot jest zadziwiającym stworzeniem. Z jednej strony podanie mu tabletki często graniczy z cudem. Z drugiej koty są klasycznymi przypadkami, u których w przewodzie pokarmowym można znaleźć różne ciekawe rzeczy, wydawałoby się niezjadliwe. To najczęściej koty ulegają zatruciom i poparzeniom, to koty zlizują własne włosy, którymi się zatykają i to koty mają szczególne upodobanie do połykania igieł i nici... Dzisiaj trafił do nas taki właśnie klasyczny przypadek kota - pożeracza rzeczy niezjadliwych. Nietypowy był przebieg choroby, która zaczęła się... w listopadzie zeszłego roku, czyli prawie rok temu! Właściciel podejrzewał, że kot zjadł igłę. Trafił do lecznicy, w której zostało zrobione zdjęcie rtg, które niczego nie wykazało. Na szyi otworzyła się przetoka, z której sączyła się ropa z krwią. Kolejne badania niczego nie wykazały. Po antybiotykach była chwilowa poprawa, po czym dziura się ponownie otwierała. Wykonano fiberoskopię. I znowu nic... Po wielu miesiącach bezskutecznej walki pacjent trafił do THERIOSa. Doktor Ingarden ucieszył się z ciekawego przypadku, ale zaczął standardowo od zdjęcia rtg, które wykazało... igłę. Okazało się, że igła tkwiła w korzeniu języka i dlatego trudno było ją znaleźć w standardowym badaniu klinicznym. A dlaczego nie był widoczna na pierwszym zdjęciu rtg? Czy to lekarz popełnił błąd? Nie sądzę... Jeżeli na zdjęciu igła ułożyła się w projekcji strzałkowej, to mogła być widoczna jako małe kropeczka. Jeżeli do tego obraz nałożył się na kość, to szukanie naszej igły można było porównać do szukania przysłowiowej igły w stogu siana...

Na szczęście w ostatecznym rozrachunku igła została znaleziona i wydobyta z naszego pacjenta. Po zabiegu okolicę przetoki potraktowaliśmy falami milimetrowymi. I mamy nadzieję, że na wizycie kontrolnej po problemie nie będzie śladu :)

Pacjent w trakcie wybudzania po zabiegu.

Przyczyna problemu: igła.
Fale milimetrowe stosowane w PW THERIOS przyspieszają gojenie ran.