Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielononóżka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielononóżka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 marca 2016

Wielkanocne kurczaki...

Na początku były jajka, potem małe urocze pisklęta, a teraz w naszym domu rządzi kolorowa banda kurczaków. Już nie są takie małe i słodkie jak na początku. Teraz bardziej przypominają stado szarańczy. Są żarłoczne i hałaśliwe. Niektóre pokazują różki i próbują atakować - siebie nawzajem i czasem też nas, czyli karmiące je ręce. Fascynująca pozostała obserwacja naszego kurzego "akwarium". Obserwują rodzice, dzieci, psy i koty. Z drugiej strony patrzą na dziwny świat kurki. 12 sztuk, bo wszystkie odratowane przeżyły. Najodważniejsze są zielononóżki, które lubią sobie od czasu do czasu pospacerować po naszych plecach i głowach. A najsympatyczniejsze czubate appenzellerki.
Od kilku dni kurki mają nowa atrakcję: wolierę. Codziennie mają okazję rozprostować nogi i skrzydła na zielonej trawce. W rozprostowywaniu skrzydeł aktywnie uczestniczy pudel Boogie, który odkrył, że każde szczeknięcie powoduje podskakiwanie i przyspieszoną bieganinę kurzego towarzystwa. Hajduk z kolei jest zafascynowany stukaniem ptasich dziobów w ściankę woliery. Stoi i wytrzeszcza oczy próbując zrozumieć, co to za dziwne dźwięki. Z tego wytrzeszczania kury niewiele sobie robią i uparcie wystukują swoje tajne wiadomości.

Dla wszystkich czytelników mojego coraz bardziej kurzego bloga
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI ŚWIĄT WIELKANOCNYCH!

ALLELUJA!!!



sobota, 27 lutego 2016

Walczyć, czy nie walczyć? O walce rozsądku z sercem...

Będzie o kurkach, chociaż temat jest zdecydowanie szerszy. Nasze kurki są doskonałym przykładem, że czasami warto wyjść poza utarte szlaki i pójść za głosem serca. Bo przyznaję, że w dziedzinie wysiadywania jajek poniosłam porażkę. Wszystko wydawało się przebiegać zgodnie z planem: temperatura, wilgotność, obracanie. Wszystko przygotowane czekało na wielki dzień klucia: odchowalnik, karma, poidełka. Niestety, nie przewidziałam jednego: śnieżycy i mokrego śniegu, który przewróci drzewo prosto na linię elektryczną... Brak prądu w nocy i potem przez prawie cały dzień był dla jajek wyrokiem. Próby utrzymania odpowiedniej temperatury i wilgotności przy pomocy słoików z gorącą wodą były rozpaczliwe i okazały się niewystarczające. Z 38 jajek JEDEN pisklak wykluł się samodzielnie. Większość pozostałych albo nie miała siły przebić skorupki, albo robiły małą dziurkę, przez którą rozpaczliwie wołały o pomoc. Poprosiłam o pomoc internet. Niestety, wszyscy doświadczeni hodowcy mówili jednoznacznie: nie pomagać, bo pisklęta i tak nie przeżyją. Jak nie da rady sam się wykluć, to jest bezpowrotnie stracony. W pierwszej chwili postanowiłam posłuchać tych słów rozsądku. Ale chwilę później znowu usłyszałam rozpaczliwe kwilenie uwięzionych maluszków. 
Machnęłam ręką na rozsądek. Skoro i tak umrą, to co mi szkodzi spróbować? Jak nie dostaną szansy, to nigdy się nie dowiem, czy wykorzystałyby ją, czy nie. Każde jajko z żywym pisklęciem w środku (podglądnięte owoskopem) zostało rozbite i maluszek wyciągnięty. Część nie przeżyła – umarły zaraz po wyjęciu z jajka. Miały niepozarastane powłoki i różne inne wady. Te, które przeżyły były nienaturalnie poskręcane, z popodwijanymi lub zupełnie wiotkimi główkami i niezbornymi łapkami. Tylko dwa lub trzy zachowywały się normalnie. Te po wyschnięciu od razu poszły do małego Kozaka - jedynaka, który już zdążył opanować swoje nowe królestwo, czyli odchowalnik. Pozostałe przez wiele godzin kwiliły leżąc w inkubatorze dziobiąc bezlitośnie moje sumienie. Skrócić cierpienie, czy jeszcze poczekać? Poczekałam. Efekt? Jedenaście uratowanych ruchliwych kurzych istotek plus Kozak z numerem jeden. Uratowane pisklęta nie wykazują obecnie ŻADNYCH objawów niepokojących, jedzą, piją i łobuzują. To była dobra decyzja. A my dzięki temu mamy najlepszy telewizor, jaki można sobie wyobrazić.


Podsumowanie: przeżyły dwie nasze „krzyżóweczki”, jeden leghorn, sześć zielononóżek i trzy appenzellery. Z punktu hodowlanego porażka. Ale po ludzku: sukces :)




niedziela, 21 lutego 2016

Wysiadywania dzień 19 - końcowe odliczanie

Ostatnie dni pełne były mrożących krew w żyłach przygód. Pisklaki zamieszkujące w naszych jajach przeżyły dwie awarie prądu i związane z tym spadki temperatury i skoki wilgotności. Przeżyły, albo nie przeżyły... Na pewno przynajmniej jedno pisklę nie przeżyło. Owoskop powiedział, że maluch przestał się rozwijać. A pozostałe? Sprawdziłam tylko kilka jajek. W pozostałych nie było widać prawie nic, czyli duża szansa, że w środku siedziały już całkiem pokaźne ptaszyska. I to "prawie nic" wyraźnie się ruszało! Niesamowite wrażenie, jak się widzi kręcącą się wewnątrz jaja małą kurkę.

Utrzymanie temperatury w okolicy 38oC było prawdziwym wyzwaniem. Zawijanie inkubatora w koc na niewiele się zdało. Słoik z gorącą wodą mógł poparzyć jajka. Z kolei niższa temperatura wody nie była w stanie utrzymać minimalnych 32oC. Dlatego trzeba było zastosować wszystko, koce, dwa słoiki osłonięte kawałkiem materiału i regularną wymianę stygnącej wody na cieplejszą. A awaria prądu została usunięta po kilkunastu godzinach...

Testowanie odchowalnika ;) 
Cała rodzina z niecierpliwością czeka na wtorek, kiedy, według planu, wykluwać się będą nasze kurki. Jak wszystko dobrze pójdzie, to pochwalę się na blogu

filmikami :) Na razie w planie mam ostatnią kontrolę, która powinna pokazać trójkątne dzioby w komorze powietrznej, czyli pisklęta przygotowane do opuszczenia skorupki. Jajek od wczoraj nie obracamy, tak każą podręczniki.


Na stadko piskląt czeka już ich pierwszy domek: piękny, duży odchowalnik z promiennikiem ciepła. Jeszcze tylko poidełko, karmidełko, pasza dla bejbi-kurek i pierwsze jajka mogą pękać.    

środa, 10 lutego 2016

Wysiadywania dzień 8

Ekspresowe podsumowanie pierwszego etapu wysiadywania: 


Leghorn: 4 jajka zalężone na 6 inkubowanych
Zielononóżka: 13 jaj zalężonych na 15 inkubowanych
Appenzeller: 6 jaj zalężonych na 6 inkubowanych
Australorp: 5 jaj zalężonych na 6 inkubowanych
I uwaga, nasze czarnule, czyli towarowa krzyżówka zielononóżki: 2 jaja zalężone na 5 inkubowanych.

Tylko dwie czarnule to niby fatalnie, ale po pierwszej kontroli wydawało się, że będzie 0 na 5, a teraz to niewielka rehabilitacja naszego Tysona. Braw Tyson!

wtorek, 19 maja 2015

Dieta kury domowej jawornickiej

Decydując się na kury postanowiłam rzetelnie się do nowego zakupu przygotować. Kupiłam książki, pytałam "specjalistów" (takich okolicznych, wiejskich) i specjalistów (prawdziwych). Większość źródeł proponowała super-mieszankę dla kur niosek. Bo zdrowa, smaczna i pełnowartościowa. Tyle, że oprócz składników, których znaczenie było dla mnie zrozumiałe (cel: dużo jajek), było sporo składników, które budziły mój niepokój. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście tego oczekuję. Przecież taką karmę dostają też kury w kurnikach. A ja po to zdecydowałam się na hodowlę przydomową, żeby tego wszystkiego "pozostałego" uniknąć... Decyzja została podjęta: pal licho wydajność, stawiamy na ekologię i jakość. I tak rozpoczęła się era naturalnego żywienia kur. Przyznać muszę, że czasami to chyba przesadzam. Moje kury mają gotowane obiadki (łupiny z ziemniaków, marchewki, pietruszki), codziennie dostają skorupki z jajek, mieszankę ziaren, rozdrobniony chleb, witaminy z muszlami ostryg i suszone pokrzywy. Oprócz tego prawie codziennie wybieramy się na polowanie na dżdżownice, których całkiem sporą hodowlę mamy w oborniku koło stajni. Kalifornijskie. Kupione kilka lat temu jak prezent dla naszych dzieci, 2x po 500. Dziewczyny robiły im domki i namawiały, żeby w nich zamieszkały. Dżdżownice dały się namówić, a ich ilość zwiększyła się do... miliardów. Teraz są świetnym uzupełnieniem diety kurzej. 


Uzupełnieniem są też końskie bobki i naręcza chwastów i skoszonej trawy. Najbardziej ekskluzywnym dodatkiem jest... kwiatowy pyłek, zakupiony na jakichś targach jako cud natury i samo zdrowie. W rzeczywistości okazał się paskudny. Kury za to są zachwycone.
Mieszanka ziaren też jest niczego sobie. W jej skład wchodzi:
- śruta pszenna
- siemię lniane (suchy i okresowo w postaci meszu)
- kasza jaglana
- kasza gryczana (okresowo)
- ziarno słonecznika
- śrutowana kukurydza
- okresowo otręby pszenne.
Czy wyobrażacie sobie smak takich prawdziwych jajek? Teraz, jak już muszę kupić jajka w sklepie, to aż się krzywię z obrzydzenia. Plastikowe i niedobre. A chemia w nich zawarta aż mi się osadza na zębach. Jajka od moich kur są smaczne i zdrowe, a do tego pochodzą od szczęśliwych kur. Polecam wszystkim niezdecydowanym! 




sobota, 25 kwietnia 2015

Przyrodnik z Kocmyrzowa...














  Wiosenne wizyty u profesora Andrzeja Dubiela, emerytowanego kierownika Katedry Rozrodu Zwierząt wrocławskiej weterynarii, stały się już tradycją. Profesor po zakończeniu pracy naukowej całym sobą poświęcił się pracy ze swoimi ukochanymi zwierzętami - ozdobnym drobiem, jeleniami milu, muflonami i kucami szetlandzkimi. Zaprzyjaźnił się z okolicznym ptactwem śpiewającym i wiewiórkami, które licznie zasiedliły jego unikatowy starodrzew. Jedną z jego ostatnich misji jest tworzenie kolejnych oczek wodnych dla ginących żab. Mówi o sobie: "przyrodnik", bo też do tego przez cały czas swojej pracy na uczelni dążył: żeby studenci weterynarii byli przede wszystkim przyrodnikami, znającymi i mi
łującymi swoją przyrodę ojczystą, a nie przyszłymi maszynkami do zarabiania pieniędzy. W trakcie swojej pracy na uczelni walczył o zasiedlenie klinicznych pomieszczeń jak największą liczbą zwierząt, z którymi mogliby pracować studenci. Na strychu Kliniki Rozrodu zorganizował imponujący gołębnik, pełen egzotycznych gołębi ozdobnych. Jako studentka miałam wielokrotnie przyjemność rozmawiać z Profesorem Dubielem na tematy przyrodnicze. Jego ulubionym tematem była i nadal jest Czerwona Księga zagrożonych gatunków zwierząt.


   Tegoroczna wizyta tradycyjnie pełna była ciekawych gawęd o ptakach, drzewach i zwierzakach. Groźne przygody kucyków, problemy techniczne związane ze stadem jeleni, walki kogutów, wystawy ptaków ozdobnych, relacja z upowszechniania polskiej kury zielononóżki, a to wszystko w oprawie pełnej pasji gestykulacji, jest zawsze niezapomnianym wrażeniem. Oczywiście nie obyło się bez edukacyjnego spaceru po włościach. Dzieci nie mogły się oderwać od żądnych pieszczot kucyków, a potem próbowały swoich sił w rozpoznawaniu po śpiewie gatunków ptaków. Tym razem bez zająknięcia odpowiedziały na pytanie o polskie drzewo (modrzew...). Podziwialiśmy też kolorowe bażanty, małe przepiórki, hiszpańskie kury minorki i wielkiego czerwonego indora, który swoim groźnym gulgotem przypominał stale o swojej obecności.

  W czasie, gdy dorośli wspominali przy herbatce czasy wrocławskie i rozprawiali o polityce, dzieci biegały z aparatem fotograficznym po profesorskich włościach dokumentując kolorowy zwierzyniec i pięknie kwitnące magnolie. Szczególnie ich uwagę przykuwał nowy nabytek Profesora - biały paw, który nawet zaprezentował nam swój imponujący ogon. "Tak muszą wyglądać anioły" - stwierdził Profesor.

  Wspominając więzienie, jakim było dla nim duże miasto mówi: "z piekła trafiłem do nieba". Bo też stworzył na swojej działce swoje własne Niebo - pełne z jednej strony żywej, dzikiej przyrody, a z drugiej dziwacznych ras ptactwa hodowlanego... W tym roku planujemy trochę zmienić tradycję i nie poprzestaniemy na jednej wizycie na profesorskim ranczu, ale wybierzemy się tam niebawem ponownie :)


 


  O innych wyprawach rodziny weterynaryjnej, w temacie harcersko-historycznym poczytasz TUTAJ >>> 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jest kogut! A nawet dwa...

Za kilka dni minie pierwsza rocznica powiększenia naszego stadka. Z 16 kur ostało się 14. Dwie kury umarły śmiercią tragiczną w niewyjaśnionych bliżej okolicznościach. Jestem w temacie kur trochę mądrzejsza niż rok temu, chociaż głupota tego gatunku ciągle mnie zadziwia. Nauczyłam się też, że jak kuny kradną jajka, to najlepiej powiesić łańcuch na furtce i od razu drapieżniki przestają odwiedzać kurnik. Zwiększyłam też pożyteczne wykorzystanie różnego rodzaju odpadków - skorupki z jajek, obierki, nawet fusy z herbaty lądują w kurzych żołądkach. Nasze głupiutkie kury na początku pociesznie brzydziły się dżdżownic. Próbowały dziobać, ale z obrzydzeniem wypluwały. Teraz wiaderko dżdżownic w zestawie z końskimi bobkami to ulubiony deser. Odwdzięcza się nam kurze towarzystwo doskonałymi jajkami. Teraz kupno jajek w sklepie to istna profanacja. Raz byłam zmuszona kupić fermowe plastikowe produkty jajko-podobne (przerwa zimowa...) i było to przeżycie bardzo niekorzystne.
Na koguta się nie zdecydowałam. Nie lubię kogutów, a moje kurki niosły jajka i bez widoku samca. Dzielnie odpierałam ataki rodziny, znajomych i sąsiadów. Nie i nie. Boję się, nie chcę, nie potrzebuję. I kropka. Sąsiad odgrażał się, że kogut ma być i sam kupi, jeżeli się nie zdecyduję. Zabroniłam kategorycznie.
I nadszedł dzisiejszy kwietniowy poranek. Po rehabilitacji wracałam sobie spacerkiem do THERIOSa. Niestety, po drodze miałam targ. Zawsze chodzę dookoła, ale dzisiaj coś mnie podkusiło i poszłam skrótem... Na trasie napotkałam ciężarówkę wypełnioną klatkami z kurami. Planowałam powiększenie stadka o 2-3 białe kurki. Białych kurek nie było. Ale były smutne czarne... Okazało się, że to krzyżówki zielononóżek. Tak patrzyłam i żal mi się zrobiło. A obok, w małej klatce, dwa upakowane czerwone koguty z głowami w bliznach... Też mi się żal zrobiło. Dobrze, że nie miałam więcej pieniędzy, bo wykupiłabym wszystkie. Wystarczyło na pięć smutnych zielononóżek i jednego smutnego koguta (na koguta zabrakło mi pieniędzy, ale dostałam w promocji, bo za chwilę kończył się handel na targu). Zadowolona zapłaciłam i... złapałam się za głowę, bo jak z połamaną ręką przetransportować pudło z kurami i worek z kogutem? Z trudem, pomagając sobie zębami i kolanami, dopchałam swoje zakupy do przychodni...
Z pomocą męża przetransportowaliśmy kurki i koguta do domu. A tu na wejściu już słyszymy: u naszych kur jest piękny kogut! Kie licho? - pomyślałam. Przecież mój kogut jest w jutowym worku po moją pachą! Pokręciłam z niedowierzaniem głową i poszliśmy do kurnika.
Kogut faktycznie był. Piękny, kolorowy, z błyskiem w oku. Jak malowany. Wysypałam mojego koguta z worka. Przy tamtym eleganciku wyglądał jak lump spod budki. Pocięty grzebień, wydrapane pióra, a to tego mętny wzrok i słaniający się krok. Rozbójnik. Chłopaki jak tylko się zobaczyły, to nastroszyły pióra i po chwili jak nie zaczną się tłuc! Krew się lała, kawałki grzebieni latały w powietrzu. Zbiegli się sąsiedzi, zaczęły się dyskusje. Na moje nerwowe pytania co robić, czy rozdzielać i jak im wytłumaczyć, że powinny się dogadać, odpowiedzią były tylko pogardliwe parsknięcia. "Jeden z nich padnie" - twierdził jeden sąsiad. "Nie, jeden wygra, a drugi się podda" - twierdził drugi. "Zobaczysz, że padnie". "A jak oba padną?" - zaniepokoiłam się. "Nie, padnie tylko jeden" "A co z drugim?" "No, urżnie się go i na rosół będzie" Wolałam założyć, że jakoś się dogadają i pobiegłam po aparat. Bo bitka, co by nie mówić, była piękna. Aż trudno było oczy oderwać. Jako przeciwniczce walk kogutów było mi wstyd za moje odczucia, ale co zrobić? Czasem rozum i serce wymykają się spod kontroli.
W końcu mój kogut wygrał pierwsze starcie. Elegancik został zapędzony w kąt i musiał się zadowolić jedną kurą - pocieszycielką, która postanowiła wesprzeć przegranego...
Ale sądząc z jurnego pogdakiwania i nerwowego przebierania nogami to jeszcze nie koniec rozgrywek...
c.d.n....