Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry weterynarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry weterynarz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 stycznia 2018

Jeden przypadek, dużo zdjęć rtg. Czy to potrzebne?

Przedstawiam Państwu Korę - prawie 10-letnią bernardynkę, która przestała opierać się na przedniej łapie. Dostawała różne leki, ale efektu nie było. Przyjechała do PW THERIOS na konsultację, bo kość w okolicy nadgarstka zaczęła się podejrzanie rozrastać i lekarz prowadzący zaczął podejrzewać proces nowotworowy.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że trzeba brać pod uwagę najgorszy scenariusz: nowotwór kości, tak zwany kostniako-mięsak (osteosarcoma). Ale to tylko mocne podejrzenie, konieczne jest potwierdzenie - najlepiej histopatologiczne, a przynajmniej cytologiczne. I trzeba ustalić dalszy plan. Co dalej? Czy leczenie ma sens? Co możemy zyskać decydując się na leczenie?

Po pierwsze: zrobiliśmy zdjęcia rtg nadgarstka. Radiologicznie obraz odpowiada kostniako-mięsakowi. Decyzja o biopsji kości. Dzięki zdjęciu wiemy, że liza kości dotyczy dalszej nasady kości łokciowej - cenna wskazówka lokalizacyjna. Okolica jest mocno spuchnięta i nakłuwanie "na ślepo" może skutkować nietrafionym bioptatem. 



Materiał pobrany - kostny walec najpierw ląduje na szkiełkach, gdzie po odciśnięciu do badania cytologicznego przenoszę go do formaliny, w której powędruje do Wrocławia do patomorfologa. Cytologia potwierdza podejrzenie, można wstępnie porozmawiać z właścicielami o propozycjach leczenia. A propozycje nie są optymistyczne: Korę czeka amputacja łapy i potem chemioterapia. Od razu nasuwa się pytanie: czy 75-kilogramowy pies będzie w stanie biegać na 3 łapach? Do tego potrzebne jest kolejne zdjęcie rtg, dzięki któremu ocenimy stan stawów biodrowych naszej pacjentki. Uffff, na szczęście jest nieźle. Jak na prawie 10 letnią bernardynkę jest nawet doskonale. 




Kolejne pytanie: co zyskujemy wykonując tak okaleczający zabieg? Czy leczenie będzie skuteczne i jak wiele życia podarujemy Korze? Tą odpowiedź, przynajmniej częściowo, da nam kolejne zdjęcie - klatki piersiowej. Obecność przerzutów rokuje źle, "czyste" radiologicznie płuca dają szansę na rok, a może nawet na 2 lata szczęśliwego życia. I tutaj mamy kolejny powód do radości – płuca są czyste! 


Teraz musimy poczekać na potwierdzenie histopatologiczne i właściciele staną przed trudną decyzją o dalszym postępowaniu. Tak, czy inaczej czeka ich "burza mózgów", ale jakże będzie łatwiejsza, gdy mają pełen obraz sytuacji, niż gdyby musieli decyzje podejmować na oślep...


Kora prosi o dużo dobrych myśli, bo ważą się jej losy <3 

środa, 15 marca 2017

BILBO i jego woreczek…

Bilbo jest 10-letnim berneńczykiem, typowym przedstawicielem swojej rasy: sympatyczny, ufny i nieco opieszały. I jak każdy berneńczyk nie oszczędza swoich właścicieli pod kątem swojego zdrowia. Historia naszego pacjenta jest niezwykle ciekawa:
- 3x skręt żołądka
- gastropeksja (czyli ufiksowanie żołądka do ściany brzucha)
- krwiak i skręt śledziony zakończony usunięciem śledziony
- niewydolność wątroby.

Do nas trafił z podejrzeniem guza wątroby – do diagnostyki, a tak naprawdę po wyrok… Właściciel spodziewał się najgorszego, ale przed podjęciem ostatecznej decyzji chciał jeszcze zasięgnąć opinii onkologa.
W dniu wizyty Bilbo nie czuł się najlepiej. Błony śluzowe były bladoróżowe, a brzuch silnie napięty, bolesny i bardzo powiększony.

Usg niewiele wykazało, ponieważ w badaniu przeszkadzał dziwnie układający się gaz. Widoczny był wprawdzie guzowaty hipoechogeniczny twór, ale badanie było niejednoznaczne. Uzupełnieniem było zdjęcie rtg klatki piersiowej i brzucha. Przerzutów nie było, guz w brzuchu wielkości dużej pięści wywodzący się przypuszczalnie wątroby był wyraźnie widoczny, a do tego była… kupa. Przeładowane kałem jelita wypełniały cały brzuch.

Sposobem znanego Wojaka Szwejka zaczęliśmy od… lewatywy. Drugi krok to operacja. Bardziej diagnostyczna, ale z nastawieniem, że trzeba będzie usunąć fragment wątroby.

Po nacięciu brzucha pierwsze, co usłyszeliśmy to syk. Jak z pękniętego olbrzymiego balona. Brzuch był wypełniony… wolnym powietrzem. Z guz okazał się ogromnym, atonicznym woreczkiem żółciowym, wypełnionym zielonkawą galaretą. Bilbo musiał pożegnać się z prywatnym magazynem żółci i jednym płatem zmienionej wątroby, które do towarzystwa dostały guzek skórny z kufy. Okres pooperacyjny przebiegł bardzo dobrze.



Teraz nasz berniś prowadzi spokojne życie emeryta – dostaje od czasu do czasu garść tabletek i pewnie niebawem pokaże się na kontroli. A właściciel odetchnął z ulgą podwójnie, bo po pierwsze: jego przyjaciel żyje, a po drugie: w wątrobie nie było nowotworu, tylko masywne zapalenie, które spowodowało całą kaskadę groźnych zmian.


Życzymy Bilbo kolejnych szczęśliwych lat! 


  

piątek, 27 stycznia 2017

Pierwsze takie szkolenie w Polsce!!! Chemioterapia w praktyce.

Formuła 2+5 została wymyślona przez dr Maję Ingarden specjalnie na potrzeby praktycznych warsztatów z leczenia nowotworów u psów i kotów, zorganizowanych po raz pierwszy w styczniu 2017 w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS w Myślenicach. Dlaczego 2+5? Do tej pory szkolenia trwały albo 2 dni, albo 5 dni. Tym razem wpadliśmy na pomysł połączenia dwóch kursów: 2-dniowy kurs oparty na teorii, prezentacjach i części warsztatowej, a potem, po przyswojeniu potrzebnej wiedzy, indywidualny pięciodniowy staż praktyczny, czyli samodzielna praca z pacjentami onkologicznymi pod okiem theriosowych instruktorów.

Pierwsza część szkolenia odbyła się 13 i 14 stycznia 2017 roku. Zebrał się komplet uczestników. Grupa mała, ale ze względu na charakter pracy z pacjentami onkologicznymi i potężna dawkę wiedzy, którą należy przekazać, zadecydowaliśmy jak organizatorzy, że większej liczby uczestników nie przyjmiemy. Co ciekawe, większość osób to nasi wcześniejsi kursanci, więc grupa zebrała się sama, bez żadnych reklam i ogłoszeń.

W piątek doktor Maja Ingarden wygłosiła trzy wykłady na temat zasad chemioterapii, kwalifikacji pacjenta oraz przedstawiła podstawowe informacje o dostępnych i stosowanych w PW THERIOS lekach onkologicznych. Zaprezentowany został używany w THERIOSie sprzęt i preparaty onkologiczne. Popołudnie minęło pod znakiem praktycznej chirurgii i elektrochemioterapii. Pacjetką była Abi, goldenka z włókniako-mięsakiem. Zabiegi i prezentację przeprowadzał doktor Jacek Ingarden.

W sobotę szkolenie rozpoczęło się od wykładu doktor Mai na temat monitoringu pacjenta onkologicznego i praktycznych rad, jak poradzić sobie z występującymi objawami ubocznymi leczenia. Następnie uczestnicy wylosowali wirtualnych pacjentów z najczęściej spotykanymi nowotworami i mieli za zadanie przeprowadzenie ich kwalifikacji do leczenia, a następnie dobranie odpowiedniego schematu. Był to zarazem praktyczny sprawdzian nabytej wcześniej wiedzy. W ten też sposób poznali najpopularniejsze protokoły chemioterapeutyczne. Dodatkową atrakcją był kolejny w czasie kursu zabieg elektrochemii u kota Mentosa.
Popołudniu pracująca w THERIOSie mgr Karolina Kwaśnica przedstawiła wykład na temat roli diety u pacjentów onkologicznych, a pierwszy etap szkolenia zamknął doktor Jacek wykładem na temat podstaw chirurgii w onkologii weterynaryjnej.


Teraz czeka kursantów jeszcze drugi etap szkolenia – praktyczne zastosowanie nabytej wiedzy w trakcie 5-dniowego stażu klinicznego. Przebieg dla każdego będzie inny, bo będzie zależał od pacjentów, którzy w danym tygodniu odwiedzą naszą przychodnię. Jednak niewątpliwie będą to ciekawe doświadczenia, bo większość pacjentów PW THERIOS to przypadki trudne i bardzo trudne, a lekarze tu pracujący zawsze chętnie dzielą się swoją wiedzą ze swoimi kolegami po fachu :D   







sobota, 5 listopada 2016

Taki sobie listopadowy piątek...

Weterynarz leczy połamaną łapkę, ale trudno usiedzieć w miejscu, jak tyle się dzieje w THERIOSie. Nareszcie jest okazja przyglądnięcia się pracy innych i pogawędzenia z właścicielami pacjentów i... samymi pacjentami.

Dzień zaczęliśmy od sterylizacji 6-miesięcznej szylkretowej kotki Julietty. W międzyczasie do Przychodni przyjechał młodziutki pinczerek z podejrzeniem parwowirozy. Parwo jest groźną chorobą zakaźną, więc maluch od razu został umieszczony w osobnym pomieszczeniu. Na szczęście wynik testu był ujemny. Maluszek został nawodniony i od razu lepiej się poczuł.

Trudne przypadki hematologiczne reprezentowała 8-letnia Sari. Przyjechała do nas aż z Lublina. Od sierpnia ma bardzo podwyższone płytki krwi. Przyczyna nieznana. Skierowana przez Doktor Anię Kot z Lubelskiego Centrum MałychZwierząt (naszą dawną stażystkę!) na biopsję szpiku, z podejrzeniem białaczki. Pierwsza, wstępna ocena pobranego szpiku wykluczyła nowotwór. Szkiełka pojechały jeszcze na konsultację do patologa z laboratorium Idexx, ale Sari i jej właściciele pojechali do domu pełni optymizmu :) A przy wybudzaniu suni asystował Pedro – najlepszy wybudzacz pod słońcem. Sari leniwie podniosła jedną powiekę i zobaczyła... kota przytulającego się do ukochanej właścicielki. Działanie leków zostało zneutralizowane przez adrenalinę i pacjentka w sekundę gotowa była do polowania na futrzastego intruza ;)




Kolejną trudną pacjentką była 13-letnia yorczyca. Trudną i niestety nie tak optymistyczną jak Sari. Główną przyczyną wizyty był ogromy guz sutka. Niestety sunia nie zakwalifikowała się do zabiegu z powodu jednoczesnego ostrego zapalenia trzustki, niewydolności nerek i niewydolności wątroby. Dodatkowo badanie usg wykazało początkowe stadium ropomacicza. Podjęliśmy próbę leczenia, ale rokowanie dla tej pacjentki jest nie najlepsze...



Piątkowym pacjentem był też nasz ulubiony Ptyś – biegające szczęście. Na moje pytanie: „Gdzie jest Ptysiek?” Kasia ze śmiechem pokazała na drzwi i stwierdziła: „Już ciągnie do nas swojego pana”. I faktycznie, sekundę później zobaczyłam w drzwiach roześmiany pysk Ptysia i lekko zdyszanego właściciela, który dosłownie został wciągnięty do przychodni. Jak zawsze. Ptyś kocha nas nad życie, zresztą chyba nie ma rzeczy, której nie kocha. Objawia swoją miłość całym sobą, bez względu na to, czy ma pobieraną krew, zmieniane opatrunki, czy usuwane kolejne guzki, na podłodze i na stole operacyjnym, zawsze i wszędzie. Ptysia kochają wszyscy. Tym razem popisywał się swoimi umiejętnościami siedząc na stole w gabinecie, w miejscu, które inne psy często paraliżuje ze strach.

Filmik z Ptysiem w roli głównej oglądniesz TUTAJ >>>

O pozostałych pacjentach tylko wspomnę, bo popołudniu w THERIOSie rządziła Doktor Krysia. Na brak pracy nie narzekała. Był m.in. weimar z niedoczynnością tarczycy, labrador z ostrym zapaleniem gardła i drożdżycą uszu oraz 6-miesięczny Misiek z biegunką.

To był pracowity dzień – trudne przypadki przeplatały się ze szczepieniami i odrobaczaniem, strzyżenie ze zdjęciami rentgenowskimi i badaniem usg. Były chwile smutne i radosne, był śmiech i były łzy. Bo to nie jest łatwy zawód. Dużo w nim emocji, często skrajnych. Jako specjaliści od spraw beznadziejnych musimy często stawiać czoła tematom trudnym. Ale tym większa jest radość, jak uda się naszym pacjentom pomóc...


poniedziałek, 31 października 2016

A po godzinach... mydło!

Wet miał wypadek i znowu chodzi z zagipsowaną ręką. Ale na szczęście ma młodszą siostrę, która przybyła z odsieczą. Obie miały biegać w weekend po lublinieckich lasach szkoląc się pod okiem emerytowanych specjalsów. Niestety plany musiały ulec zmianie... Młodsza siostra pomagała starszej zmywać, strofować dzieci i przeprowadziła przyspieszony kurs marketingu narracyjnego. Starsza postanowiła się odwdzięczyć organizując krótki kurs... produkcji MYDŁA. Zestaw różnorodnych tłuszczów czekał w szafce od kilku dni, wujek internet dostarczył instrukcję, akcesoria ochronne przyjechały z THERIOSa. Przepisy zostały przystosowane do posiadanych składników – wybór padł na apetyczne mydło kastylijskie na bazie oliwy z oliwek pomace oraz aromatyczne mydło sherry z masłem kakaowym. Został też zakupiony smalec, ale jakoś żadna z sióstr nie odważyła się go wykorzystać.

Cykl produkcyjny nie okazał się trudny. Przywództwo objęła siostra – weterynarz, która wydawała polecenia i czasem ruszała zdrową ręką odważając i podgrzewając poszczególne składniki. Fizyczną stroną produkcji zajęła się siostra – dziennikarka, która z narażeniem życia i zdrowia łączyła ług sodowy z wodą, a potem z tłuszczami i dodatkami.


Na koniec pachnący budyń został rozłożony do różnokształtnych foremek i odstawiony w ciche i spokojne miejsce na 24 godziny. Teraz siostrzane mydła czeka kilkutygodniowy proces dojrzewania, po którym żrąca plastelina nabierze właściwości myjących. Poszukiwani odważni testerzy! 




wtorek, 18 października 2016

Październikowy kurs usg

Pierwszy kurs ultrasonograficzny zorganizowaliśmy w 2003 roku. Ta edycja była... 48, słownie CZTERDZIESTA ÓSMA!!! Przyszłoroczny kurs będzie jubileuszowy. Przez ponad 10 lat organizacji nasze warsztaty ewoluują. Początkowo były dwudniowe. Pierwszy z dr Siembiedą, kilka kolejnych z dr Atamaniukiem. Po kilku latach zbierania doświadczeń i intensywnych szkoleń podjęliśmy trud samodzielnego prowadzenia. Głównym instruktorem jest dr Jacek Ingarden. Pomocą służą też inni pracownicy Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Ze względu na wszechstronność kursów (tak naprawdę są to kursy kliniczne, gdzie każdy pacjent ma swoją historię zdrowotną) zadecydowaliśmy o wydłużeniu kursu do 5 dni. Uczestnicy badają po 30-40 pacjentów, do dyspozycji mają nowoczesne ultrasonografy. Mogą uczestniczyć w zabiegach, mają też wgląd do wszystkich badań dodatkowych, które były i są na bieżąco wykonywane. Dzięki klinicznemu charakterowi naszych szkoleń każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. Za każdym razem zestaw pacjentów jest niespodzianką.

Uzupełnieniem praktyki jest teoria. Praktyczna teoria. Przez te wszystkie lata stopniowo ograniczaliśmy teorię „teoretyczną”, czyli zasadę działania aparatów, czy całą masę fizyki, którą każdy weterynarz wynosi ze szkoły. Nasi kursanci uczą się praktycznej pracy ze sprzętem i z pacjentami. I jest oczywiście czas na koncert życzeń :) Ulubionym narządem kursantów są nadnercza i trzustka. Obecnie dostępny sprzęt daje możliwość szczegółowego badania nawet „trudnych” narządów... Są też biopsje cienko- i gruboigłowe. Szczęściarze uczestniczą w pobieraniu bioptatów od żywych pacjentów, a na pewno wszyscy ćwiczą na zakupionych w sklepach spożywczych narządach i owocach (ulubione oliwki widać na zdjęciu!).

Ten kurs również obfitował w rozmaite ciekawe przypadki. Wśród 38 przebadanych pacjentów znalazła się grupa pacjentów onkologicznych, m.in. pies z chłoniakiem, z nowotworem jądra, z guzem nadnerczy, czy 17-letnia kotka z rozległymi przerzutami do jamy brzusznej. Jak zwykle przyjechało też trochę pacjentów rozrodowych, u których kursanci rozpoznali w dwóch przypadkach torbiele jajników, u jednej pacjentki początkowe stadium ropomacicza oraz zapalenie kikuta macicy. Potwierdzone zostały dwie ciąże mnogie – u pekińczyka i posokowca. Szeroko pojętych pacjentów internistycznych reprezentowały m.in. zwierzaki z zapaleniem trzustki, niewydolnością wątroby, przewlekłą niewydolnością nerek, atonią pęcherza moczowego. I oczywiście grupa szczęśliwych, zdrowych pacjentów, którzy są stałymi bywalcami naszych kursów (jak trzy berneńczyki ze zdjęcia) :)

Kursantki na końcu kursu wyglądały na bardzo zadowolone, co udokumentowały w naszej ankiecie przyznając kursowi ultrasonograficznemu w THERIOSie wysoką liczbę punktów w każdej kategorii :)

Więcej informacji o kursach organizowanych w PW THERIOS znajdziesz TUTAJ >>> 







czwartek, 30 czerwca 2016

Polowanie na koguta ;)

Jak co roku wyprawiliśmy się z wizytą do profesora Andrzeja Dubiela – z zawodu lekarza weterynarii, naukowca, rozrodowca, z powołania przyrodnika. Profesor po przejściu na emeryturę zaszył się na swoich włościach w Kocmyrzowie i otoczył tym, co kocha najbardziej: półdziką przyrodą i dużą liczbą zwierzaków. Za jego szefowania w Katedrze Rozrodu Zwierząt stajnie pękały w szwach. Sama miałam okazję jeździć po Wrocławiu na fiordzkim ogierku Łosiu i kucu szetlandzkim Kajtku, uciekałam przed szarżującymi dżersejkami i kozami, oraz zaprzyjaźniałam moje gończe ze świniodzikami. Dla chłonnych wiedzy studentów weterynarii zajęcia praktyczne na rozrodzie były niezapomnianą przygodą.

Obecnie na podwórku profesorskim królują kury – dziwolągi, perliczki i czerwone indyki, na dachach urzędują ozdobne gołębie, w wolierach mieszkają pawie i kilka gatunków bażantów, a na pastwiskach niespieszny żywot toczą kuce, muflony i jelenie. W zeszłym roku profesor obdarował nas małym stadkiem perlic z zastrzeżeniem, że oczekuje od nas powiększenia stada wysiedzianego samodzielnie z jajek. Z dumą oświadczyłam, że mamy przychówek. Profesor ucieszył się i... podarował nam kolejną porcję jajek do wysiadywania. Jęknęłam, bo z jednej strony fantastyczny prezent, dobre genetycznie perlice trudno dostać. Z drugiej obiecałam mężowi, że w tym roku koniec z wysiadywaniem... No cóż, mus to mus, a inkubator jak sobie trochę popracuje, to mu nie zaszkodzi.

Jak zwykle podziwialiśmy mieszkańców profesorskich włości. Pawie - koguty pilnowały swoich wysiadujących jajka żon, a kury czubatki przez swoje czupryny usiłowały dokładnie oglądnąć gości. Poznaliśmy muflona, który od jakiegoś czasu zmienił orientację i przyłączył się do stada kucyków udając, że jest jednym z nich. Muflon okazał się urodzonym modelem i na widok obiektywu zamierał bez ruchu w różnych pozycjach. Nasza Karolina, świetny zadatek na kolejnego przyrodnika w rodzinie, zaklinała profesorski zwierzyniec. Kucyki otoczyły ją jak członka stada, a młody gołąb odbył spacer po wyciągniętej ręce. 

Od lat wielką dumą profesora jest stado kruczoczarnych kur – minorek. To wysokie, spionizowane kury rodem z Hiszpanii. Nieufne, ale piękne. U kogutów przyciągają uwagę duże czerwone grzebienie i białe zausznice. Już na pierwszy rzut oka widać, że to świetni biegacze... Taki folblut wśród drobiu... Staliśmy tak sobie zauroczeni, nieświadomi niespodzianki, którą przygotował dla nas profesor.
  • Dostaniecie ode mnie koguta! - oświadczył entuzjastycznie.
  • Kooooguuuuta? - wyjąkałam. Minorki są piękne, ale ja właśnie przeciągam w czasie mord nadmiarowych kogutów, których namnożyło się nam zbyt wiele... Nowy kogut? Gdzie go schowam?
  • Co, nie chcecie? - zapytał profesor.
  • Ależ nie, to wspaniały prezent! - pisnęłam.

Prezent był piękny, zaobrączkowany i bardzo rozkrzyczany. Zapakowaliśmy go do worka i zabraliśmy do nowego (czyli naszego) domu. Minor miał zamieszkać w ogrodzie z kurkami zielononóżkami i appencelerkami. Odkręcamy worek, wysypujemy nieco oszołomionego hiszpana. A ten... w nogi. Biegiem wzdłuż ogrodzenia, a potem HOP! przez płot i pędem drogą w stronę lasu. Ja oczywiście za nim. Sił dodawał mi dudniący w głowie głos „co ja powiem profesorowi jak zgubię w lesie tego matołka???” Osiągnęłam prędkość światła pędząc za zgubą. A zguba nagle zawraca, śmiga mi między nogami i ziuuu! w las, taki ekstremalny, ze stromym zboczem, wiatrołomem i gąszczem pokrzyw. Co miałam robić, popędziłam za kogutem. Przez rów, wertepy i koszmarny wąwóz. Biegnąc zastanawiałam się, jak poradziliby sobie ci wszyscy zwariowani biegacze z Katorżnika, Masters'Killera i Runmaggedonu w tym terenie. A może zaproponuję nową konkurencję – polowanie na koguta? Przez łąki i pola, lasy, wąwozy, rzeki... Tak sobie rozmyślając i dysząc jak lokomotywa pędziłam za moim czarnym cudem. Minor to kura wysoka, a do tego z ogromnym grzebieniem i dzięki temu moim punktem orientacyjnym był czerwony czubek ledwo widoczny w gąszczu chaszczy. W pewnym momencie czubek zniknął po górą gałęzi. Dobiegłam, padłam na kolana i zaczęłam pełznąć za zgubą. Na szczęście zguba... utknęła. Złapałam Minora za ogon i przyciągnęłam do siebie. Trzymając kleszczowym uchwytem z triumfującą miną pomaszerowałam do domu. Minor rozdarł się przeraźliwie i darł się przez następnych kilkanaście minut. Aż sąsiedzi wylegli przed dom i z zainteresowaniem obserwowali przedstawienie, które zafundował wszystkim hiszpański przystojniak...


Po podcięciu lotek Minor zaprzestał prób ucieczki i pokornie przyjął to, co mu los zgotował. Potrzebował wprawdzie kilku dni na oswojenie się z nowymi koleżankami, ale przełomowe okazało się odkrycie ławki na tarasie, na której teraz dumnie wysiaduje obserwując nowe królestwo. Dzisiaj nawet zbudził nas swoim donośnym kukurykaniem, co przyjęłam za ostateczne objęcie władzy ;)  

Na końcu można posłuchać wrzasków naszego Minora. Bo koguty to nie tylko ko-ko-ko i kukuryku, ale też przeraźliwe pokrzykiwania ;) 

 
 






poniedziałek, 6 czerwca 2016

O Szinie walecznej...

Szina swoją walkę o życie zaczęła w październiku 2014 roku. Najważniejszy problem, z którym trafiła do THERIOSa to złośliwy nowotwór łapy, kostniakomięsak. Zapadła trudna decyzja o amputacji. Czy olbrzymi dog niemiecki poradzi sobie na trzech łapach? Czy warto walczyć o niecały rok życia? Dodatkowym problemem okazała się zaawansowana kardiomiopatia i padały kolejne pytania: czy sunia przeżyje operację? Czy po amputacji łapy chore serce da radę pracować na jeszcze większych obrotach? Wspólnie z właścicielem podjęliśmy decyzję: walczymy. Widać było u naszej pacjentki wielką wolę życia i nikt nie miał serca odmówić jej pomocy...

Operacja przebiegła bardzo dobrze i już następnego dnia właściciel zadzwonił z informacją, że Szina radośnie kica na trzech łapach. Potem chemia... sześć kroplówek, brak objawów ubocznych. W styczniu na skórze pojawiły się guzki. Z duszą na ramieniu zdecydowaliśmy o kolejnym zabiegu. Kolejne powodzenie. Jeden z guzków okazał się mastocytomą, groźnym nowotworem skórnym, brzegi cięcia chirurgicznego czyste. Kolejnych kilka miesięcy minęło bez przygód, aż do sierpnia. Usg wykazało guza śledziony. Znowu burzliwe dyskusje i kolejna decyzja – operujemy. Kolejny udany zabieg i szybka rehabilitacja, guz na szczęście nie przerzutowy. Szina mimo chorego serca świetnie znosiła każde znieczulenie. Oczywiście była traktowana wyjątkowo, leki były dobierane specjalnie dla jej chorego serduszka...

Niestety, nad naszą wyjątkową pacjentką zawisło fatum – kontrolne usg wykazało... ropomacicze. Początkowo leczyliśmy zachowawczo i na kolejne miesiące odnieśliśmy sukces. Ale po kolejnej cieczce ropomacicze wróciło i już nie można było odkładać kolejnej operacji. W styczniu 2016 roku, 15 miesięcy po pierwszej operacji, Szina znowu na stole operacyjnym... Zmieniona zapalnie macica usunięta, pacjentka po raz kolejny uratowana...

Tydzień temu nasza gwiazda trafiła do THERIOSa kolejny raz. Chudnie, jest słaba, ciężko oddycha. Podejrzenie przerzutów... Robimy zdjęcia i stwierdzamy płyn w klatce piersiowej. Płuca zatopione, ale płyn szybko ściągnięty. Oddech od razu się poprawił. Jeszcze badanie - zmodyfikowany wysięk charakterystyczny dla niewydolności krążenia, brak komórek nowotworowych. Dalsze badania potwierdziły, że problemem tym razem jest serce. Tyle wytrzymało, aż w końcu zaczęło się podawać. Tyle, że Szina wcale nie ma zamiaru odchodzić. Wygrać z rakiem, a przegrać z serduchem? Do dwóch lat brakuje nam jeszcze czterech miesięcy! Czy pobijemy kolejny rekord i wygramy kolejny kwartał życia? Walka trwa, pacjentka bardzo chce żyć, bo mimo wszystkich przygód życie Sziny jest radosne i beztroskie. Szina waleczna dalej walczy :)


Płyn z klatki piersiowej Sziny: przed odwirowaniem i po odwirowaniu.