czwartek, 5 października 2017

Uzależnieni od szkoleń... Kwalifikowany kurs pierwszej pomocy.

Są ludzie, którzy ciągle muszą się szkolić i nabywać nowe umiejętności. Lubią to, ale też ciągle czują niedosyt wiedzy. Jestem jedną z takich osób. Człowiek uczy się przez całe życie. Najgorzej, jak powie: wiem wszystko, mogę się zatrzymać, sięgnąłem szczytu. Moim zdaniem to najgłupsza rzecz, jaką można powiedzieć. Nawet w okrojonym zakresie: jestem dobry w jeździe konnej, umiem już gotować, znam się dobrze na onkologii / nauczaniu / motoryzacji, wiem wszystko o dzieciach. Jak słyszę takie stwierdzenie, to więcej słyszeć nie muszę, kończę rozmowę. Chyba, że mam zły dzień i mam ochotę dać takiemu komuś prztyczka w nos. Wtedy drżyjcie zarozumialcy! W najlepszym wypadku będzie to krótki docinek, którego być może nawet nie zauważycie. W najgorszym przydługawy monolog z elementami moralno-filozoficznymi.

Tyle wstępu. Teraz czas na konkret. W dniach 27.09. - 1.10.2017 miałam przyjemność uczestniczyć w zorganizowanym przez Fundację Byłych Żołnierzy i FunkcjonariuszySił Specjalnych SZTURMAN szkoleniu z kwalifikowanej pierwszej pomocy. Dzięki współpracy z firmą REMEX Michała van der Coghena szkolenie prowadzone było w najwyższych standardach – nie tylko merytorycznych, ale też dydaktycznych. Uczestnikami była głównie młodzież z organizacji proobronnych. Osoby z wyższym numerem PESEL mogły się szkolić jako opiekunowie grup. I w takim charakterze autorka tekstu występowała.

Dzień pierwszy.
Teoria. Góra wiedzy podana z prędkością karabinu maszynowego. Pierwsze wrażenie: olaboga! Toż to nie do opanowania! Te wszystkie zagrożenia, objawy, procedury postępowania przyprawiły nas o zawrót głowy. Spać poszłam pełna obaw, czy jestem w stanie ten kurs zaliczyć...

Dzień drugi.
Praktyka. Podbierak, nosze, pozycje bezpieczne, opatrunki podciśnieniowe, udrażnianie dróg oddechowych, tlenoterapia, zakładanie kołnierza usztywniającego. A na deser psycholog. Spotkanie z panią psycholog było z pozoru niepotrzebną stratą czasu. W praktyce przyniosło sporą dawkę refleksji. Tam zaliczyłam pierwszą dużą porażkę. Miałam zająć się dziewczyną ze złamaną nogą. Przeciwko sobie miałam grupę gapiów, których zadaniem było zachowywanie się jak na gapiów przystało, czyli przeszkadzanie, dobre rady, zdjęcia z połamańcem i zero pomocy. Mimo tego, że była to zabawa, nie byłam w stanie zebrać myśli, żeby zaproponować mojej poszkodowanej coś logicznego. To był ważny i niezwykle cenny element szkolenia ratowniczego.

Dzień trzeci.
Praktyka. Transport rannego, wyciąganie rannego z samochodu, resuscytacja w różnych konfiguracjach, m.in. resuscytacja pod kontrola komputera: ocena prawidłowości ucisku na klatkę piersiową (łącznie z ustawieniem dłoni!) i sztucznego oddychania (częstotliwość, głębokość wdechów i drożność dróg oddechowych), badanie podstawowe poszkodowanego z urazem i nieurazowego, „szybka piątka”, wywiad SAMPLE, resuscytacja dzieci i niemowląt, sprzętowe udrażnianie dróg oddechowych, kwalifikacja i obsługa defibrylatora oraz kolejne elementy bezpiecznego transportu. Niewątpliwą atrakcją były zadławienia – dzięki sprzętowi dydaktycznemu uczestnicy nie tylko ćwiczyli, ale też dobrze się bawili ;) Popołudniu triage i próbne testy. Kolejna porażka – 22 punkty na 30 możliwych. Jakbym pisała test tego dnia, to egzamin byłby w plecy... 

Zerknijcie na film na końcu - jedna ze scenek ze szkolenia :) 

Dzień czwarty.
Stopniowe zbieranie nabytych umiejętności w całość. Przygotowane przez instruktorów scenki (z udziałem samych uczestników) wprawiły mnie w sporą depresję. To, co wydawało się początkowo proste, w pośpiechu i stresie okazało się niewykonalne. Tym sposobem nie dość, że zaliczyłam jedną swoją śmierć, to jeszcze umarła dwójka moich fikcyjnych dzieci. Przykre było to, że i tak należało mnie na śmierć skazać, ale przynajmniej moje geny w postaci potomstwa by ocalały... A tak ocalał tylko mój mąż, który w zasadzie nie wymagał jakiejś szczególnej pomocy. Sytuacja pokazała, że wiedza to nie wszystko, ważne jest również korzystanie z własnego mózgu. Kolejne akcje zakończyły się większym sukcesem i ofiar śmiertelnych udało się uniknąć.
Po obiedzie wałkowaliśmy zakładanie opatruków i hipotermię.
Nocka co poniektórym minęła na powtórce materiału przed niedzielnymi egzaminami.


Dzień piąty.
Przed obiadem szkolenie, szkolenie, szkolenie... Postępowanie z poszkodowanym na motorze (jako fantom, któremu zdejmowano kask po wypadku zrozumiałam określenie „przeszczep” dotyczący wariatów na motorach szalejących po naszych drogach), tamowanie krwotoków i zawsze na czasie resyscytacja z AED.
Popołudnie minęło pod znakiem egzaminów. Osobiście była tak wyczerpana, że stres uleciał i już mi było wszystko jedno, czy zdam, czy nie. Ciężar wiedzy i doświadczeń był potężny i jedno, czego byłam świadoma to fakt, że ten kurs to dopiero początek. Trzeba to wszystko jeszcze raz przemyśleć, przećwiczyć i używać ile się da. Oby nie było potrzebne, ale z drugiej strony, jak coś gdzieś się wydarzy, to wiem co robić.
Egzamin zaliczylam w tempie ekspresowym. To był mój najszybszy w życiu egzamin, bo też ratownik musi działać szybko. Pytania o udar mózgu, wstrząs i resuscytację kobiety w ciąży, potem stanowisko z fantomem, który dostał zawału, szybka segregacja poszkodowanych w wypadku masowym i założenie opaski uciskowej na kwawiącą nogę. Zanim się zorientowałam, już byłam po egzaminie. Ufff...


Jak widać szkolenie było bardzo intensywne i wręcz naszpikowane sytuacjami, w którymi każdy z nas może się na co dzień spotkać. Ile razy przejeżdżaliśmy koło wypadku i z obawy przed swoją niewiedzą nie zatrzymaliśmy się, żeby pomóc poszkodowanym? Ile razy z daleka zarejestrowaliśmy gdzieś na horyzoncie nieprzytomną osobę, wokół której gromadzili się gapie? Moi koledzy kiedyś zaaranżowali udawaną akcję kradzieży torebki starszej pani. Ciekawi byli reakcji ludzi. Niestety... reakcji nie było. Cudza torebka, cudzy problem. Złamane ręce i nogi, zasłabnięcia, pogryzienia przez psy, upadki z roweru, podtopienia, stłuczki samochodowe, obite głowy, czy popularne krwawienie z nosa. Nie ma osoby, która nie miała z jakimś mniejszym lub większym wypadkiem do czynienia. Czy wiesz, co w takich sytuacjach robić? W mojej pracy jako lekarza weterynarii dość regularnie zdarzają się omdlenia, czy pogryzienia. Kurs uświadomił mi, jak mało na temat pierwszej pomocy wiedziałam. Moje roczniki nie miały okazji uczyć się podstaw ratownictwa w szkole. Ale z moich obserwacji młodzież, która brała udział w szkoleniu też w niektórych sytuacjach była bezsilna. Moim zdaniem taki kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy powinien być obowiązkowy (łącznie z egzaminem państwowym!) dla każdego pełnoletniego Polaka. Zakres wiedzy nie jest aż tak duży, a potencjalne korzyści – dla nas, dla naszych najbliższych i dla każdego, kto w pobliżu nas ulegnie kontuzji bezcenne.  

A w tle... Piękne jezioro Posmyk, świniodziki, jelenie, kaczki, gęsi, śpiące na drzewach pawie i kot Kebab... To był dobry czas :D 
  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz