Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry weterynarz w krakowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobry weterynarz w krakowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 kwietnia 2018

Sok z brzozy – dobry na wszystko


Podobno na dobrego męża i złą żonę również ;)

A tak na serio – do soku z brzozy przymierzałam się od kilku lat. To jeden z tych ambitnych planów, o których najlepiej pamięta się wtedy, kiedy nie ma możliwości ich realizacji. W przypadku soku z brzozy to zima, lato lub jesień. Czasu na pozyskanie soku z brzozy dużo nie ma, a do tego brzoza lubi robić psikusy i dostosowaywać się do pogody na swoim terenie. Z moich tegorocznych obserwacji nawet na terenie o średnicy max 100 metrów brzozy moga oddawać różną ilość soku. Z jednej gałązki sok leci niemalże ciurkiem, a z innej kapie jak krew z nosa, albo i jeszcze rzadziej.

Tegoroczne postanowienie zostało znacznie wzmocnione wizytą na Wołyniu, w czasie której ksiądz Kwiczala z Maniewicz raczył nas sokiem z brzozy w ilościach hurtowych. Kolejne 5-litrowe butle wyjeżdżały na gościnny stół parafialnego domu, a my opróżnialiśmy je do ostatniej kropli.

Nadeszła wiosna. Pierwszy alarm podniósł kolega – Abrat. "Sok już płynie!" - napisał mi na fb. No to ja podbijając się piętami pogoniłam do pobliskiego lasku. Niestety – sok płynął, ale nie u nas. Potem jeszcze kilka razy wizytowałam okoliczne brzozy. W końcu nadszedł niezbyt ciepły, ale luźniejszy okres świąteczny. Tym razem na rekonesans wysłałam córki. Przybiegły rozentuzjazmowane: PŁYNIE!!! I tym sposobem przez całe Święta Wielkanocne zarówno my, jak i nasi goście, mieli okazję raczyć się tym cudownym eliksirem dobrym na wszelkie przypadłości ciała i duszy. Z dodatkiem soku z cytryny i miodu smakował wybornie i tylko nasze dwie brzozy ledwo nadążały z napełnianiem 5-litrowych butli. Ze względu na spore zapotrzebowanie tegoroczny plan na przygotowanie kilku butelek soku na zimę musze odłożyć... na kolejną wiosnę. Ale już wiem, że sok z brzozy to kolejny stały punkt na liście zdrowych projektów rodzinnych.

Napisałam już, że sok z brzozy to eliksir dobry na wszystko. A na co konkretnie? Poniżej garść zebranych z internetu cudownych działań:
  • źródło wielu witamin, składników odżywczych i mikroelementów: wit. C, wit. B, potesu, żelaza, wapnia, magnezu, fosforu, miedzi oraz kwasu jabłkowego i cytrynowego.
  • sok z brzozy to fantastyczny płyn izotoniczny, lepszy od wielu kupowanych w sklepach kolorowych wynalazków dla biegaczy
  • podnosi odporność
  • jest polecany osobom z dolegliwościami układu moczowego – wspomaga pracę nerek, pomaga usuwać złogi w moczowodach, zapobiega powstawaniu kamieni w nerkach
  • wspiera usuwanie z organizmu szkodliwych substancji
  • pozytywnie wpływa na układ krążenia – zapobiega powstawaniu zatorów i zakrzepów w naczyniach krwionośnych
  • pomaga w walce z niedokrwistością
  • jest wskazany przy chorobach tarczycy i wszelkich problemach pulmonologicznych
  • stosowany zewnętrznie wspomaga walkę z trądzikiem i zaskórnikami, zmniejsza przetłuszczanie się włosów, zapobiega też ich wypadaniu i działa przeciwłupieżowo.

Właściwości lecznicze ma również sok z pączków brzozy, który stosowany bywa jako lek przeciwgorączkowy i przeciwzapalny. Z kolei sok z młodych listków łagodzi bóle reumatyczne.

W przypadku naszego soku najlepiej sprawdziła się metoda obcięcia kawałka gałązki i umocowanie do niej plastikowej butelki. Niestety, gałęzie brzozy mają tę właściwość, że rosną do góry, a grawitacja potrzebna do pozyskania soku działa w dół. Na szczęście weterynarz ma córki – harcerki, które pobiegły do domu po śledzie do namioty i zrobiły piękne i skuteczne odciągi. Teraz dwa razy dziennie wystarczy zlać zebrany sok i w postaci lemoniady podawać rodzinie :) 



wtorek, 13 lutego 2018

Weterynarz sadzi... lasy w słoiku

Weterynarz lubi nowe wyzwania. Wydawałoby się, że trudno znaleźć dziedziny, w których nie maczałam palców. Ale muszę przyznać, że mam od lat poważną piętę achillesową – kwiatki. Regularnie podejmuję próby założenia ogródka i hodowania roślin. Najlepiej mi poszło z cebulą w doniczce – na jej szczęście została zjedzona, zanim zdążyła zwiędnąć. Chęci są, a ręki do zielonego niestety brak. 

Pomna mojej słabości postanowiłam, że czas na kolejne podejście do zielonego. Na stronie myślenickiego MOKiSu znalazłam informację o warsztatach hodowania... lasu w słoiku. Miało być łatwo, efektownie i bezproblemowo. Do tego wizja pięknego słoja z kolorową zawartością, który podbije serca klientów Przychodni Weterynaryjnej THERIOS. Hmmm... kuszący pomysł. Zapisałam się na warsztaty razem z córkami. Córki początkowo protestowały, bo w tym wieku myśli się o chłopakach, imprezach, strzelaniu i wspinaczce, a nie o grzebaniu w ziemi, ale wydawszy z siebie kilka głębokich westchnień łaskawie się zgodziły na towarzyszenie nawiedzonej matce.

Warsztaty prowadził sympatyczny pan Piotr Szewczyk. Na sali czekały na nas rzędy pięciolitrowych słoików, worki z kamykami i ziemią oraz niezliczona ilość zielono-kolorowych roślin. Nasza trójeczka pilnie wykonywała kolejne etapy leśnych prac w miniaturze podsypując, sadząc i upychając. Na końcu z radością usłyszałam instrukcję dalszej pielęgnacji mojego lasu: raz w miesiącu wlać dwie łyżki wody. I od czasu do czasu pogadać ze słoikiem.


Podsumowując: polecam lasy w słoikach! Na razie, po 24 godzinach, nasze rośliny żyją i nadal pięknie się prezentują. Efektowne, nadają się na prezent i ozdobę, a przy tym bardzo proste w produkcji i obsłudze. Będąc w THERIOSie zapytajcie, jak się mają nasze słoiki i może zaprzyjaźnicie się z ich mieszkańcami?  

 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Leniwa sobota... czyli psy, konie, czekolada i Jasińscy

Plan na sobotę był prosty: najpierw Jasińska (Kasia), potem Jasiński (Jacek). Kasia – wykłady w Krakowie o psychologii koni, Jacek – opowieść o podróżach. Plan wydawał się dość ciasny, ale jak najbardziej realny. Tyle, że w weterynaryjnych planach zawsze coś musi pójść pod górkę. Pierwsze sygnały pojawiły się w piątek wieczorem – umówiona na wizytę rhodezjanka z podejrzeniem chłoniaka jelitowego utknęła w korku i spóźniła się o godzinę, przez co wizyta przeciągnęła się ponad plan. Potem niewinne pytanie zaprzyjaźnionej hodowczyni: czy jakby coś na randce poszło nie tak, to mogę na was liczyć?

Sobota rano. W domu góra aktualizacji na stronie internetowej, w pracy najpierw laparotomia, a potem oczywiście randka (bo oczywiście poszło nie tak...). U suni – Setki nowotwór okazał się fragmentem kanapy, który łakoma pacjentka pożarła kilka dni wcześniej. To pierwszy nowotwór, który można wyprać i wykorzystać ponownie ;) Właścicielka szczęśliwa doniosła nam dzień później, że pacjentka wróciła do świata żywych i dziękuje za pomoc.

Setka wypoczywa po zabiegu - fot. z archiwum właścicieli. 
Sobota godzina 13.00. Błyskawiczny obiad i z całą ferajną wyjazd na wykład Kasi Jasińskiej. To pierwsza część z cyklu pięciu wykładów z praktycznej psychologii koni. Wybraliśmy się na pewniaka, bo już wcześniej mieliśmy okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez Kasię. W tą sobotę zastanawialiśmy się Jak widzą nas konie? Kolejne tematy spotkań: Jak uczą się konie? Zachowania prawo- i lewopółkulowe. Koniobowości. Partnerstwo. Dużo ciekawej i praktycznej wiedzy podanej w przystępny sposób.

Sobota godzina 16.00. Wyjęczana przez dzieci wizyta w pijalni czekolady Karmello. Niewyobrażalnie zasłodzeni pognaliśmy do samochodu i potem do domu.


Sobota godzina 17.30. Karmienie zwierzyńca i znowu w drogę! Tym razem kierunek: Zaczarowane Wzgórze. Spotkanie wigilijne i wspaniała opowieść podróżnika, Jacka Jasińskiego, o wyprawach na końskim grzbiecie. Na swojej stronie tak pisze o swoim projekcie: 

Projekt „Cztery Pory Roku w Siodle” trudno opisać jednym zdaniem – jest to po prostu swobodna opowieść o narodzinach i realizacji marzenia, które pojawiło się w dzieciństwie, przetrwało w uśpieniu przez kilkanaście lat i nagle eksplodowało. Konie i podróże intrygowały mnie od zawsze. Niestety przez wiele lat nie miałem możliwości realizowania mojej pasji – do czasu, do dnia kiedy porzuciłem wygodną pozorną stabilizację i zacząłem spełniać własne pomysły. Wędruję z końmi po Polsce, Europie, Azji, niezależnie od pory roku i pogody. Wędruję sam, z Rodziną, z Przyjaciółmi i grupami Przypadkowych Ludzi (którzy często staja się Moimi Przyjaciółmi). Jura, Pustynia Błędowska, Karpaty, Gruzja, Azerbejdżan, Iran, Azja Centralna itd… Kolejne destynacje w planach – spokojnie, wystarczy do późnej starości…
Chętnie opowiem o moich podróżach, przygodach, doświadczeniach, odwiedzonych krajach, spotkanych ludziach i o planach na przyszłość – serdecznie zapraszam.

fot. www.nomadiclife.eu
Nic dodać nic ująć. Było niezwykle, bo i miejsce niezwykłe i opowieść niezwykła. I skończyło się na postanowieniu: nie wiem kiedy, ale na pewno MUSZĘ zwiedzić gruzińskie bezdroża...

fot. www.nomadiclife.eu

Dzień zakończył się w sobotę ok. 23.00, kiedy po tak leniwie spędzonym dniu można było przytulić głowę do poduszki i zasnąć...

Dziękuję Jackowi Jasińskiemu za zgodę na wykorzystanie zdjęć z jego strony www.nomadiclife.eu
O zajęciach z Kasią Jasińską czytajcie TUTAJ >>>
Strona Zaczarowanego Wzgórza TUTAJ >>>
A relację z naturalnego szkolenia na Zaczarowanym Wzgórzu znajdziesz TUTAJ >>>



środa, 2 listopada 2016

I znowu cesarka...

Cesarskie cięcia u naszych pacjentów zawsze są dla nas, lekarzy i techników z Przychodni WeterynaryjnejTHERIOS, ogromnym przeżyciem. Z jednej strony ogromna odpowiedzialność, żeby wybrać najlepszy moment operacji. Z drugiej – powitanie nowego życia. Czasem trzeba walczyć, bo maluszki mają problem ze złapaniem pierwszego oddechu, a czasami wyzwaniem jest utrzymanie rozłażących się małych kulek w jednym miejscu. Niektóre już po 15 minutach od opuszczenia bezpiecznej macicy wybierają się na zwiedzanie okolicy!


Pacjentka sprzed kilku dni jest mopsem. To już trzeci poród tej dzielnej psiej mamy. Pierwsze dwa przebiegły bez powikłań, ale ze względu na stratę dwóch szczeniąt i niezbyt dobrą kondycję w obecnej ciąży właściciele zadecydowali cesarskim cięciu. „Proszę ciąć jak najszybciej” - naciskali. Ale doktor Jacek cierpliwie tłumaczył, że jeszcze jest czas. Bo nie chodzi tylko o to, żeby zrobić zabieg, ale żeby zapewnić maksimum bezpieczeństwa matce i szczeniaczkom. Codzienne badania hormonalne i częste kontrole usg trochę zestresowanych właścicieli irytowały, ale na szczęście dali się przekonać, że należy wziąć trzy głębokie oddechy i uzbroić się w cierpliwość. Sunia była gruba jak balon, ledwo się ruszała i odmawiała jedzenia. W końcu doktor stwierdził: „tniemy!”.

Cały personel THERIOSa włączył się w przygotowania. Bo operacja to jedno, a drugie to opieka nad noworodkami. Do pomocy od razu zgłosili się nasi praktykanci z Czech, dla których taka operacja to nie lada gratka. Każdy może się wykazać, bo też każda para rąk się przydaje do masowania maluszków. 


Operacja przebiegła bez powikłań. Niestety po zabiegu trzeba było usunąć atoniczną macicę. Przypuszczalnie zbyt silne jej wypełnienie było przyczyną złego samopoczucia suni pod koniec ciąży. Decyzja o cesarskim cięciu z wyboru była jak najbardziej słuszna.


Ale wróćmy do naszych małych mopsików. Wspólnymi siłami urodziliśmy piękną szósteczkę maluchów: trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Wszystkie bardzo żywotne, z grupy tych uciekających i awanturujących się. Po pierwszym rozmasowaniu i odśluzowaniu zostały zważone i oznaczone kolorowymi wstążeczkami. Po wybudzeniu mopsiej mamy cała rodzina przejęta pojechała do domu. Kilka dni później dostaliśmy informację, że całe towarzystwo czuje się znakomicie :) 




czwartek, 28 lipca 2016

wtorek, 14 czerwca 2016

Łucznicy na koń!

Zabawę z łucznictwem konnym rozpoczęliśmy dwa lata temu, o czym już na blogu było TUTAJ>>>... Teraz przyszedł czas na kontynuację. Okazją były warsztaty zorganizowane w Stajni Sarmacja w Pisarach koło Krakowa. W zajęciach uczestniczyły dwie Ingardenówny, a reszta występowała w charakterze „przeszkadzajek”. Na szczęście organizatorzy byli wyrozumiali i przeszkadzajek nie ustrzelili, a wręcz służyli pomocą i radą, za co im cześć i chwała :)

Zajęcia prowadzili dwaj doświadczeni łucznicy konni: znany nam Andrzej Abratowski i mniej nam znany Leszek Lewandowski. Warsztaty były wprawdzie skierowane do początkujących, ale odświeżenie wiadomości łuczniczych wszystkim nam się przydało. Mała grupa dodatkowo umożliwiała indywidualne podejście instruktorów, dzięki czemu każdy, bez względu na stopień zaawansowania łuczniczego, mógł skorzystać z zajęć.

Kolejny plus: urozmaicony program. Było strzelanie z konia i z ziemi, w stój i w ruchu. Do dyspozycji uczestników i przeszkadzajek był tor łuczniczy, liczne tarcze i drewniany koń. Były cele nieruchome i ruchome, nieożywione i... ożywione. Była nawet latająca babeczka ;) A widząc oczami wyobraźni miny czytelników na widok „celów ożywionych” spieszę zdementować, że nie chodzi o pozbawianie życia, tylko o znaną i lubianą „bitwę łuczników”, czyli łuczniczy paintball, którym zostały zakończone warsztaty.

A skoro mowa o łucznictwie konnym, trzeba kilka słów poświęcić koniom, które bardziej lub mniej cierpliwie noszą na swoich plecach ludzkie cielska uzbrojone w kłujące narzędzia. Konie warsztatowe to prawdziwi mistrzowie cierpliwości i dobrego wychowania. Wprawdzie wielkoludowi Borysowi zdarzyło się wysadzić jedną amazonkę z siodła, ale to był na szczęście tylko jeden epizod i po swoim wyczynie tak się zawstydził, że do samego końca był potulny jak baranek. Poza Borysem w warsztatach uczestniczyła jeszcze srokata Alaska, może nieco nieproporcjonalna, ale za to z wielkim sercem, oraz Barcelona – akrobatka, która nawet w pełnym galopie raczyła się co wyższymi źdźbłami trawy. Przygotowanie koni do łucznictwa konnego to nie lada wyzwanie, czego mieliśmy okazję doświadczyć na naszych rumakach. Muszą stabilnie galopować, reagować na najlżejsze sygnały ciała jeźdźca (łucznik w czasie jazdy zajęty jest łukiem, a nie koniem!) i nie reagować na świst strzał.

Moje wrażenia na koniec: warsztaty prowadzone przez pozytywnie zakręconych ludzi są skazane na sukces. W Sarmacji warunek ten został spełniony. Jak do tego doda się jeszcze dobre przygotowanie merytoryczne i świetną atmosferę, to uczestnicy (i „przeszkadzajki”) mogą wyjechać wyłącznie zadowoleni i chętni na kolejne edycje szkolenia :)



Jeżeli jeździcie konno i chcielibyście spróbować łucznictwa konnego bieżących informacji szukajcie TUTAJ>>>




 



wtorek, 9 lutego 2016

Pierwsze prześwietlenie, czyli co w jajku piszczy, wysiadywania dzień 7

Oficjalne prześwietlenie jaj ma mieć miejsce dzisiaj wieczorem. Ale już wczoraj po cichu, w tajemnicy przed rodziną, uruchomiłam owoskop i zaglądnęłam do części jajek. Głównie po to, żeby się dzisiaj nie zbłaźnić, bo w końcu robię za autorytet jajeczny. To ja wymyśliłam kury i ja podjęłam wyzwanie wysiadywania. Wyjęłam kurze usg, czyli owoskop i zaczęłam zaglądać. Najpierw duże jajo zielononóżki. Jest! Ciemna plamka i opisywana w mądrych źródłach sieć naczyń krwionośnych. Plamka nawet się trochę kręci. Hurra, żyje! Ok, teraz mała zielononóżka, czyli takie jajo "połóweczka". Niby każą takie eliminować, ale jak się z tego małego coś wykluje, to będzie większa radość. Jest, żyje! Żyły też appenzellerki i australopteki, podobnie leghorny. Sprawdziłam tylko kilka, żeby rodzina żalu nie miała. Potem z drżącym sercem sięgnęłam po nasze, zniesione w naszym kurniku przez nasze kury, zapłodnione przez naszego koguta... Emocje sięgnęły zenitu. Uwaga, uwaga.....
Klops
Puste :( Pierwsze, drugie, trzecie i czwarte...
Dostały jeszcze kilka dni szansy, bo też do inkubatora zostały włożone dzień później. Jak nie to klops, a raczej... jajecznica...
Obwiniony został nasz kogut, Tyson. Przegrał wojnę z Elegancikiem, potem dostał szansę na rehabilitację. Tak to jest z tymi nadmuchanymi, kolorowymi facetami. Dużo słów, mało treści. Kolorowa marynarka, nadmuchane mięśnie i wypachniona broda to nie wszystko. Potwierdziła się teoria profesora Dubiela, który zawsze podkreślał, że najlepszy reproduktor to nie ten cukiereczek, tylko śmierdzący, niedomyty lump... Tylko skąd ja teraz wezmę śmierdzącego, niedomytego koguta??? Na targu widziałam ostatnio same jakieś takie nie-do-końca zdrowo wyglądające, a dorodnie wyglądały tylko... króliki. Ale królik się nie nada...

W temacie kur, ale już z nieco innej beczki, to dzisiaj spotkałam sąsiadkę. Pochwaliłam się pomysłem na drobiowy przychówek i wybiegając w przyszłość podzieliłam się wątpliwościami dotyczącymi pozbawiania życia nadprodukowanych kurek. Sąsiadka uśmiechnęła się szeroko i stwierdziła, że mogę na nią liczyć. Dostarczę kurki, a odbiorę wypatroszone i pozbawione piór tuszki. Moje sumienie zawyło, ale rozsądek zneutralizował obiekcje sumienia.

Na razie wysiadujemy, potem zobaczymy...

A dla fanów koncertów drobiowych filmik ekstra ;)


środa, 3 lutego 2016

Wysiadywania dzień zerowy

Weterynarz wpadł na pomysł, że samodzielnie będzie wysiadywać jajka. Wszystko ku zgrozie jednej części rodziny i radości drugiej. Mąż, też weterynarz, załamał ręce i próbował się oprotestować, jednak bezskutecznie. Uległ jak zawsze ;)
Wysiadywanie jajek składa się z kilku etapów i wymaga pewnych przygotowań. Po pierwsze, trzeba podjąć trudną decyzję, po co chcemy wysiadywać jajka. Czy chodzi o więcej kur, więcej tuszek, więcej jajek, czy po prostu więcej frajdy. Decyzja dla miłośnika zwierząt niezwykle trudna. Ale rodzina oprócz dóbr duchowych (czyli wysiadywanie dla frajdy) krzyczy jeść, a domowa kurka i domowe jajko są dla dzieci zdecydowanie zdrowsze niż plastikowe, nafaszerowane chemią produkty dostępne w sklepach. Na razie numerem jeden jest frajda, w drugiej kolejności jajka, a potem... zobaczymy.
Przygotowania rozpoczęły się już kilka miesięcy temu. Weterynarz nafaszerował się potężną dawką wiedzy i zrobił pierwszy krok: zamówił inkubator i owoskop. Inkubator, jak nazwa głosi służy do inkubacji, czyli wysiadywania jajek. Owoskop to odpowiednik usg u ludzi: kontrola rozwoju małej istotki, która mieszka wewnątrz.
Kolejna decyzja: kiedy i jak. Serce krzyczało, żeby jak najszybciej, rozsądek kazał czekać. Zwyciężył rozsądek. Do tematu wróciliśmy w styczniu. Najlepszym miejscem do poszukiwania jajek dla takiego ignoranta w temacie wysiadywania jak autorka tekstu zostało... allegro. Klik „jajka” w dziale Dom i Ogród > Żywe zwierzęta wykazał duże bogactwo ofert. Po długich rozmyślaniach wybór padł na jajka zielononóżek z certyfikatem pochodzenia. Zielononóżka była wyborem oczywistym, bo weterynarz ma ciągoty patriotyczne, a trudno o bardziej patriotyczną kurkę niż zielononóżka. Ale... Właśnie, najgorsze jest zawsze to nieszczęsne „ale”. Ale hodowca zażądał kontaktu telefonicznego przez zakupem. No to zadzwoniłam. Pan był bardzo miły i bardzo ekspresyjnie opowiadał o swoich kurkach, jajkach i wysiadywaniu. W efekcie zamiast 10 jajek kupiłam ponad 30, w tym nie tylko patriotyczne zielononóżki, ale też jakieś inne, bardziej egzotyczne. Są też takie, które mają wyglądać jak wcielone diabły, z grzebieniami w kształcie diablich rogów i rosochatą czupryną... Rasy będę przedstawiać stopniowo w kolejnych dniach, żeby wypełnić nudne oczekiwanie na wyklucie ;)

Jajka zostały przywiezione przez kuriera i odłożone na 24 godziny w temperaturze pokojowej, w spokojnym miejscu. W tym czasie uruchomiliśmy inkubator, żeby ustabilizować temperaturę i wilgotność. Jutro kolejny etap, czyli... dzień pierwszy wysiadywania :D 


  

wtorek, 19 stycznia 2016

Światówka... z przymrużeniem oka.

W weekend 16-17 stycznia 2016 roku mieliśmy z moim mężem przyjemność uczestniczyć w Światowej Wystawie Psów Ras Polskich, która odbyła się w Opolu. Zostaliśmy zaproszeni na nią z wykładami dotyczącymi weterynarii u gończaków (-> gończych polskich), które przez wiele lat hodowaliśmy. Tyle wstępu, teraz sprawozdanie:

Wykłady jak wykłady, było krwiście, rozrodowo i onkologicznie. Niestety, organizatorzy ostatni nasz wykład zaplanowali na przerwę obiadową. Po ogłoszeniu przerwy... rozpoczęliśmy wykład o nowotworach. Na szczęście ostała się grupa zdesperowanych, odpornych na głód, żądnych wiedzy słuchaczy. Dzięki tak zaplanowanemu programowi, jak już w końcu dotarliśmy do restauracji, mieliśmy do swojej wyłącznej dyspozycji wszystkie przygotowane dla gości stoliki i krzesła. Brakowało tylko sztućców, ale w końcu znalazły się i te. Przeżuliśmy zimne resztki pozostawione przez stołowników i poszliśmy pozwiedzać stoiska rozstawione w głównej sali. Utknęliśmy na pierwszym, poświęconym Stowarzyszeniu Miłośników Gończego Polskiego. Miło było spotkać grupę prawdziwych pasjonatów rasy. Po odbyciu weterynaryjno-hodowlano-politycznych dyskusji postanowiliśmy udać się do naszego hotelu, żeby odpocząć przed kolacją organizowaną dla VIPów. Jeszcze po drodze umówiliśmy się "na seksik" z zaprzyjaźnioną hodowczynią (dla niewtajemniczonych: sztuczne unasiennianie, które w pewnych okolicznościach jest stosowane w hodowli psów), krótki spacer z Grynią i już pędziliśmy w kierunku wymarzonego pokoju, w którym wygodnie mogliśmy wyciągnąć nogi po całodniowych trudach.

I tutaj zaczyna się prawdziwa przygoda, której nie spodziewałam się nigdy przeżyć. Pensjonat, który został wybrany dla nas przez organizatorów, zaskoczył nas swoją niespotykaną atmosferą. Był to przerobiony barak, pamiętający czasy zgniłej komuny, ale wyposażony w wiele nowoczesnych akcentów. Pierwsze wrażenie to zapach sterylności. Taki ostry, kojarzący się z dawnymi szaletami. Nie pozostawiał żadnych złudzeń odnośnie obecności chorobotwórczych mikrobów. Wąskie schody i korytarze zaprowadziły nas na drugie piętro, do pokoju numer 44. Wygoda była rodem z pamiętników Alberta Speera, który zachwycał się architekturą więzienną jako doskonałą pod względem praktycznym: wszędzie blisko, wszystko na wyciągnięcie ręki. Zostaliśmy ulokowani w pobliżu łazienki i kuchenki, miejsce uprzywilejowane, szczególnie biorąc pod uwagę, że do naszego kąta przypisani byli też mieszkańcy pozostałych pokoi na piętrze. Wylanie wody do zlewu wymagało tylko otwarcia drzwi i wyciągnięcia niezbyt daleko ręki. Z czajnika nie odważyłam się skorzystać. Myślę, że wszyscy mieszkańcy piętra byli selekcjonowani pod względem obwodu, ponieważ osoba przekraczająca w pasie 100 centymetrów miałaby duży problem, żeby dostać się do toalety, nawet bokiem.

W pierwszym odruchu przyszło mi na myśl dużo niecenzuralnych określeń. Ale z mężem pocieszyliśmy się myślą, że złe wrażenie zostanie zatarte uroczystą kolacją, na którą zostały zaproszone wszystkie VIPy Wystawy. No, prawie wszystkie. Wybrane osoby, które jednocześnie były wystawcami psów, musiały być nocą izolowane. W dzień nie, ale noc jest w pewnych kręgach kojarzona z tajemnicą i nieczystym knowaniem, więc izolacja była konieczna. Na kolację przegryźliśmy rollsy w niedalekiej knajpce i wróciliśmy do naszego przybytku.

Drugie podejście już nie było tak zaskakujące jak pierwsze. Nadeszły refleksje. Przypomniały mi się opowieści mojej Mamy o hotelach robotniczych z lat 70-tych. Prosty styl, same praktyczne rozwiązania. Praktyczna była nie tylko bliskość ważnych pomieszczeń. Grubość ścian zapewniała pełną integrację z pozostałymi mieszkańcami. Wystarczyło, że jedna osoba włączyła telewizorek (takie zabawne małe monitorki przypominające obrazki), a wszyscy mieszkańcy mogli śledzić bieżące wydarzenia w Polsce i na Świecie. Jedna osoba kichnęła, a wszyscy życzyli jej sto-lat. W nocy całe piętro kibicowało lokatorowi, któremu zapewne zaszkodziła kolacja. Jak w końcu wydusił co miał do wyduszenia, to brawa nie rozległy się zapewne tylko dlatego, żeby nie krępować ofiary którejś z opolskich restauracji. W nocy typowałam płeć osób korzystających z toalety i stan prostaty u panów na podstawie odgłosów wydawanych przez strumień moczu. Nad ranem, zanim odważyłam się wytrzeć nos, zakopałam się głęboko w pościeli, żeby nie prowokować okrzyków współczucia. W końcu zasnęłam, ale nie na długo, bo Gryni, towarzyszącej nam gończej, zebrało się na pieszczoty i postanowiła... wylizać mi stopy, a potem twarz. Jak tylko poczułam zimny jęzor na moich nogach i zobaczyłam wlepione we mnie smutne ślepia, westchnęłam i powlokłam się z suką na spacer. Po drodze spotkałam jeszcze wielkie gołe brzuszysko, na końcu którego przyczepiony był jakiś mocno owłosiony facet. Łypnął na mnie groźnie, więc tylko przyspieszyłam kroku. Gwoli uzupełnienia: nie, nie było to na naszym piętrze, tylko piętro niżej, gdzie korytarz był nieco szerszy. U nas nie miałby szans...

Niedziela była pełna emocji wystawowych i sprawozdawczych. Wielu znajomych pozazdrościło nam tej pełnej przygód nocy, choć znaleźli się tacy, którzy przebili nasz "pensjonat" domkiem z dziurą w ścianie, przez którą można było stukać się kieliszkami przy wznoszeniu toastów.

Na ringu udało się nam nie wygrać, dzięki czemu mogliśmy nie czekając na koniec Wystawy ruszyć w stronę domu. Po drodze zajechaliśmy do starego przyjaciela Stasia, który uraczył nas wspaniałym domowym obiadem. Hitem była sałatka z czarnej rzepy, warzywa nieco zapomnianego, ale jednego z ulubionych z czasów mojego dzieciństwa.

W drodze powrotnej przeglądając katalog wystawowy wspominaliśmy weekendowe atrakcje.
Na pewno Światowa Wystawa Psów Ras Polskich w Opolu 2016 na długo pozostanie w naszych sercach ;) 




czwartek, 10 grudnia 2015

Jesienne kongresy...

Najważniejsze jesienne imprezy weterynaryjne za nami: Kongres Rozrodu oraz Kongres Polskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt. PrzychodnięWeterynaryjną THERIOS na obu reprezentował doktor Jacek Ingarden. Pierwsza z imprez odbyła się w październiku we Wrocławiu i był to XI Kongres „Problemy Rozrodu Małych Zwierząt”. Wśród wykładowców znaleźli się wybitni specjaliści europejscy, a w tym gronie oczywiście też Polacy. Poza wykładami odbyła się sesja plakatowa. Dr Jacek Ingarden, wraz z panią prof. dr hab. Anną Chełmońską i prof. dr hab. Adamem Okólskim stanowili komisję, która oceniła najlepsze postery. Wysoki poziom merytoryczny i sympatyczna atmosfera była zasługą organizatora, Katedry Rozrodu Zwierząt Wydziału Medycyny Weterynaryjnej UP we Wrocławiu, a głównie kierownika prof. dr hab. Wojciecha Niżańskiego.

Kolejną duża imprezą weterynaryjną był odbywający się w połowie listopada XXIII Kongres PSLWMZ. W tym roku zmieniono hotel kongresowy, podnosząc prestiż imprezy. Blok chirurgiczny, który wybrał z racji swoich zainteresowań klinicznych dr Jacek Ingarden, był niezwykle ciekawy ze względu na zaproszenie chirurgów ukraińskich. Dr Pavlo Pulniashenko zaproponował wagotomię z plastyką odźwiernika w profilaktyce skrętu żołądka u psów oraz kapsulektomię w kompresyjnych chorobach nerek. Doktor Pavlo wprowadził do współczesnej chirurgii weterynaryjnej odrobinę „świeżego oddechu”, co zostało „przypieczętowane” przez zawsze doskonałe wykłady prof. Ross'a Palmera (USA). Utrwaliło to bardzo pozytywną ocenę merytoryczną kongresu. Kongres był również okazją do spotkania Sekcji Rozrodu PSLWMZ.

Po raz kolejny przewodniczącym Sekcji Rozrodu został dr Jacek Ingarden z THERIOSa, a wiceprzewodniczącym prof. dr hab. Wojciech Niżański. Sekcja zaproponowała cykl szkoleniowy na 2016 rok, co zaowocuje certyfikacjami rozrodu małych zwierząt dla członków sekcji.
Więcej o cyklu szkoleń "Rozród łatwy i przyjemny" TUTAJ>>>