W ramach robótek ręcznych postanowiłam upiększyć strzały. Dylemat, czy decoupage, czy malowanie na szczęście łatwo dał się rozplątać, ponieważ drewnianych strzał było 10, więc mogłam sprawiedliwie podzielić kolory w wzory. A do tego jakość fatalna (kupione w dobrej cenie na Allegro...), więc w razie zniszczenia szkoda żadna...
Tym sposobem powstała strzała Kiwi, strzała Amora (w serduszka) i strzała jadowicie wiosenna (w kwiatki). A jak mi się znudziły serwetki, to zabrałam się za paski i kropki ;) Potem tylko lakierowanie i szlifowanie i kolorowy zestaw był gotów.
Testowaniem strzał zajęła się moja rodzina. Julka skrytykowała, że za lekkie i nie wystarczająco gładkie, mąż narzekał na beznadziejną jakość i mało praktyczną konstrukcję. Ale zostały umieszczone przy pomocą łuku w tarczy, więc widać aż tak źle nie było ;)
...czyli rzecz o codziennym życiu lekarza weterynarii. Trochę o pracy, trochę o pasjach, trochę o rodzinie...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łuki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łuki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 lipca 2014
Latające rękodzieło ;)
Etykiety:
decoupage,
ingarden,
jacek,
Julia,
klinika,
Kraków,
łucznictwo,
łuk wschodni,
łuki,
maja,
Myślenice,
przychodnia,
strzały,
Therios,
weterynaryjna,
weterynarz,
windfighter
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
piątek, 18 kwietnia 2014
Wielkoczwartkowe warsztaty łucznicze :)
Miało być łucznictwo konne, ale zalało nas błoto, więc poprzestaliśmy na szlifowaniu strzelania z ziemi. Pieczę nad naszymi wyczynami objął Abrat - krakowski "Tatar", pasjonat tej dziedziny. Gościły też u nas dwie koleżanki naszych córek, Asia i Maja. Dzień "łuczniczy" zaczął się od małego wypadku, dzięki któremu dziewczyny miały okazję zobaczyć jak wygląda udzielanie pierwszej pomocy u rannego konia. Rana u elfa nie była duża, ale wymagała założenia kilku szwów. Dzielny kucyk tylko założył nogę na nogę, zacisnął zęby i... wytrzymał. Obyło się bez narkozy, wystarczyło tylko znieczulenie miejscowe.
Potem było strzelanie, strzelanie i strzelanie. Potem mała przerwa na spacerek na końskim grzbiecie... Jak zwykle moje nerwy były narażone na ciężką próbę, bo dzikie galopy po błotnistej pełnej kolein drodze na kucyku, który jest dzielny, ale nogi ma o połowę krótsze od dużego konia, to ciągle jest dla mnie wyczyn. I do tego unikanie grud błota lecących na moją głowę (i nie tylko) spod kopyt dwóch dużych koni... Mieliśmy się przyjrzeć możliwościom terenowym dla łucznictwa, ale nie wiem, czy Abrat zdążył przeanalizować szczegóły terenu ;)
A potem znowu było strzelanie... i na zakończenie placki ze śliwkami kalifornijskimi ;)
Dzień pracowity, ale baaaardzo udany. Dziewczyny zadowolone, my dorośli oczywiście też. Już z niecierpliwością czekamy na kolejne szkolenie!
p.s. A na zakończenie dnia niezbyt miła niespodzianka: u Faro, naszego wieloletniego pacjenta, doszło do skrętu żołądka i śledziony...Mój mąż nie zastanawiając się wsiadł w samochód i pojechał operować... Tutaj liczy się czas. Szybki zabieg daje szanse na uratowanie pacjenta, zbyt długie czekanie to dla zwierzaka wyrok...
Etykiety:
abrat,
andrzej abratowski,
Elf,
Ingarden Maja Jacek,
konie,
Kraków,
łucznictwo,
łuki,
Myslenice,
Myślenice,
Przychodnia Weterynaryjna,
strzelanie,
Therios,
warsztaty łucznictwa konnego,
weterynarz,
wschodnie
Lokalizacja:
Myślenice, Polska
wtorek, 25 marca 2014
XXIII Warsztaty Łucznictwa Konnego " Tatarzy pod Krakowem".
W ramach oderwania się od pracy i domu Weterynarz po godzinach pojechał wyżyć się ruchowo na warsztatach łucznictwa konnego. Warsztaty zorganizowane zostały w stajni w Podskalanach przez Łuczników Konnych z Supraśla i Krakowa. Nasi instruktorzy męczyli nas okropnie. uparli się, że nauczą nas wszystkiego w trzy dni. Były jednostki zdolne i jednostki oporne... Oporne (czyli ja...) po zajęciach ledwo trafiały do domu i tylko stękały i jęczały... Kilka godzin nocnej regeneracji i znowu do roboty... Do tej pory jak tylko kwęknęłam na jeździeckim treningu: "zmęczyłam się...", to było "ok, odsapnij, złap oddech, powiedz, jak już będziesz gotowa popracować dalej..." W Podskalanach to nie działało! Tylko "wyżej ręka!", "niżej ręka!", "więcej agresji", "utrzymaj!", "czekaj!", "nie czekaj!". Moje biedne mięśnie nikogo nie obchodziły ;) Nie mówiąc już o siniaku na łokciu... Oprawców było czterech: Anka, dwóch Michałów i jeden Abrat... I wyraźną przyjemność sprawiało im pastwienie się nad biednymi kursantami. Robili to profesjonalnie, według ustalonego programu. Jak już cieszyłyśmy się, że coś nam zaczynało wychodzić, to podnosili poprzeczkę, żeby nasza radość nie trwała zbyt długo... Tym sposobem dotrwałyśmy do momentu, gdy z łukami w dłoniach galopowałyśmy w kółko po prawdziwej arenie cyrkowej i usiłowałyśmy po pierwsze: nie zastrzelić instruktorów, a po drugie: trafić w tarczę. Jak już się wydawało, że jesteśmy na dobrej drodze, to nasi "dobroczyńcy" zaczęli przestawiać tarczę do przodu i do tyłu, a potem dołożyli jeszcze kolejny cel... Cała męczarnia skończyła się w poniedziałek... A my zamiast z radością uciec z tego okropnego miejsca zaczęłyśmy snuć plany, jak zorganizować sobie czas, żeby kontynuować nasza przygodę z łucznictwem konnym i kiedy w końcu pojedziemy do "źródła", czyli do Supraśla...
Etykiety:
Abratowski Andrzej,
Anna Sokólska,
Choczaj,
Ingarden Maja Jacek,
Julia,
Karolina,
Kraków,
łucznicy,
łuki,
Michał,
Podskalany,
Sanczenko,
Supraśl,
tatarzy,
Therios,
warsztaty łucznictwa konnego
Lokalizacja:
Kraków, Polska
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















