
Tyle wstępu. Teraz czas na konkret. W
dniach 27.09. - 1.10.2017 miałam przyjemność uczestniczyć w
zorganizowanym przez Fundację Byłych Żołnierzy i FunkcjonariuszySił Specjalnych SZTURMAN szkoleniu z kwalifikowanej pierwszej
pomocy. Dzięki współpracy z firmą REMEX Michała van der Coghena
szkolenie prowadzone było w najwyższych standardach – nie tylko
merytorycznych, ale też dydaktycznych. Uczestnikami była głównie
młodzież z organizacji proobronnych. Osoby z wyższym numerem PESEL
mogły się szkolić jako opiekunowie grup. I w takim charakterze
autorka tekstu występowała.
Dzień pierwszy.
Teoria. Góra wiedzy podana z
prędkością karabinu maszynowego. Pierwsze wrażenie: olaboga! Toż
to nie do opanowania! Te wszystkie zagrożenia, objawy, procedury
postępowania przyprawiły nas o zawrót głowy. Spać poszłam pełna
obaw, czy jestem w stanie ten kurs zaliczyć...
Dzień drugi.
Praktyka. Podbierak, nosze, pozycje
bezpieczne, opatrunki podciśnieniowe, udrażnianie dróg
oddechowych, tlenoterapia, zakładanie kołnierza usztywniającego. A
na deser psycholog. Spotkanie z panią psycholog było z pozoru
niepotrzebną stratą czasu. W praktyce przyniosło sporą dawkę
refleksji. Tam zaliczyłam pierwszą dużą porażkę. Miałam zająć
się dziewczyną ze złamaną nogą. Przeciwko sobie miałam grupę
gapiów, których zadaniem było zachowywanie się jak na gapiów
przystało, czyli przeszkadzanie, dobre rady, zdjęcia z połamańcem
i zero pomocy. Mimo tego, że była to zabawa, nie byłam w stanie
zebrać myśli, żeby zaproponować mojej poszkodowanej coś
logicznego. To był ważny i niezwykle cenny element szkolenia
ratowniczego.
Praktyka. Transport rannego, wyciąganie
rannego z samochodu, resuscytacja w różnych konfiguracjach, m.in.
resuscytacja pod kontrola komputera: ocena prawidłowości ucisku na
klatkę piersiową (łącznie z ustawieniem dłoni!) i sztucznego
oddychania (częstotliwość, głębokość wdechów i drożność
dróg oddechowych), badanie podstawowe poszkodowanego z urazem i
nieurazowego, „szybka piątka”, wywiad SAMPLE, resuscytacja
dzieci i niemowląt, sprzętowe udrażnianie dróg oddechowych,
kwalifikacja i obsługa defibrylatora oraz kolejne elementy
bezpiecznego transportu. Niewątpliwą atrakcją były zadławienia –
dzięki sprzętowi dydaktycznemu uczestnicy nie tylko ćwiczyli, ale
też dobrze się bawili ;) Popołudniu triage i próbne testy.
Kolejna porażka – 22 punkty na 30 możliwych. Jakbym pisała test
tego dnia, to egzamin byłby w plecy...
Zerknijcie na film na końcu - jedna ze scenek ze szkolenia :)
Stopniowe zbieranie nabytych
umiejętności w całość. Przygotowane przez instruktorów scenki
(z udziałem samych uczestników) wprawiły mnie w sporą depresję.
To, co wydawało się początkowo proste, w pośpiechu i stresie
okazało się niewykonalne. Tym sposobem nie dość, że zaliczyłam
jedną swoją śmierć, to jeszcze umarła dwójka moich fikcyjnych
dzieci. Przykre było to, że i tak należało mnie na śmierć
skazać, ale przynajmniej moje geny w postaci potomstwa by ocalały...
A tak ocalał tylko mój mąż, który w zasadzie nie wymagał
jakiejś szczególnej pomocy. Sytuacja pokazała, że wiedza to nie
wszystko, ważne jest również korzystanie z własnego mózgu.
Kolejne akcje zakończyły się większym sukcesem i ofiar
śmiertelnych udało się uniknąć.
Po obiedzie wałkowaliśmy zakładanie
opatruków i hipotermię.
Nocka co poniektórym minęła na
powtórce materiału przed niedzielnymi egzaminami.
Dzień piąty.
Przed
obiadem szkolenie, szkolenie, szkolenie... Postępowanie z
poszkodowanym na motorze (jako fantom, któremu zdejmowano kask po
wypadku zrozumiałam określenie „przeszczep” dotyczący wariatów
na motorach szalejących po naszych drogach), tamowanie krwotoków i
zawsze na czasie resyscytacja z AED.
Popołudnie minęło pod znakiem
egzaminów. Osobiście była tak wyczerpana, że stres uleciał i już
mi było wszystko jedno, czy zdam, czy nie. Ciężar wiedzy i
doświadczeń był potężny i jedno, czego byłam świadoma to fakt,
że ten kurs to dopiero początek. Trzeba to wszystko jeszcze raz
przemyśleć, przećwiczyć i używać ile się da. Oby nie było
potrzebne, ale z drugiej strony, jak coś gdzieś się wydarzy, to
wiem co robić.
Egzamin zaliczylam w tempie
ekspresowym. To był mój najszybszy w życiu egzamin, bo też
ratownik musi działać szybko. Pytania o udar mózgu, wstrząs i
resuscytację kobiety w ciąży, potem stanowisko z fantomem, który
dostał zawału, szybka segregacja poszkodowanych w wypadku masowym i
założenie opaski uciskowej na kwawiącą nogę. Zanim się
zorientowałam, już byłam po egzaminie. Ufff...

A w tle... Piękne jezioro Posmyk, świniodziki, jelenie, kaczki, gęsi, śpiące na drzewach pawie i kot Kebab... To był dobry czas :D