To już druga sesja okładkowa! Opowiadam o diagnostyce laboratoryjnej, moich zawodowych pasjach i tym, na co ciągle brakuje mi czasu... Zapraszam do lektury.
Artykuł udostępniony za zgodą redakcji "Weterynarii".
Zdjęcia: Maciej Ochman z Bad Company.
...czyli rzecz o codziennym życiu lekarza weterynarii. Trochę o pracy, trochę o pasjach, trochę o rodzinie...
W
związku z licznymi pytaniami właścicieli naszych pacjentów o
bezpieczeństwo znieczulenia przedstawię pokrótce procedury, które
obowiązują w Przychodni Weterynaryjnej THERIOS.![]() |
| Fot. Maciej Ochman - "Weterynaria" |
Jak co roku wyprawiliśmy się z wizytą
do profesora Andrzeja Dubiela – z zawodu lekarza weterynarii,
naukowca, rozrodowca, z powołania przyrodnika. Profesor po przejściu
na emeryturę zaszył się na swoich włościach w Kocmyrzowie i
otoczył tym, co kocha najbardziej: półdziką przyrodą i dużą
liczbą zwierzaków. Za jego szefowania w Katedrze Rozrodu Zwierząt
stajnie pękały w szwach. Sama miałam okazję jeździć po
Wrocławiu na fiordzkim ogierku Łosiu i kucu szetlandzkim Kajtku,
uciekałam przed szarżującymi dżersejkami i kozami, oraz
zaprzyjaźniałam moje gończe ze świniodzikami. Dla chłonnych
wiedzy studentów weterynarii zajęcia praktyczne na rozrodzie były
niezapomnianą przygodą.
Jak zwykle podziwialiśmy mieszkańców
profesorskich włości. Pawie - koguty pilnowały swoich
wysiadujących jajka żon, a kury czubatki przez swoje czupryny
usiłowały dokładnie oglądnąć gości. Poznaliśmy muflona, który
od jakiegoś czasu zmienił orientację i przyłączył się do stada
kucyków udając, że jest jednym z nich. Muflon okazał się
urodzonym modelem i na widok obiektywu zamierał bez ruchu w różnych
pozycjach. Nasza Karolina, świetny zadatek na kolejnego przyrodnika w rodzinie, zaklinała profesorski zwierzyniec. Kucyki otoczyły ją jak członka stada, a młody gołąb odbył spacer po wyciągniętej ręce.
Prezent był piękny,
zaobrączkowany i bardzo rozkrzyczany. Zapakowaliśmy go do worka i
zabraliśmy do nowego (czyli naszego) domu. Minor miał zamieszkać w
ogrodzie z kurkami zielononóżkami i appencelerkami. Odkręcamy
worek, wysypujemy nieco oszołomionego hiszpana. A ten... w nogi.
Biegiem wzdłuż ogrodzenia, a potem HOP! przez płot i pędem drogą
w stronę lasu. Ja oczywiście za nim. Sił dodawał mi dudniący w
głowie głos „co ja powiem profesorowi jak zgubię w lesie tego
matołka???” Osiągnęłam prędkość światła pędząc za zgubą.
A zguba nagle zawraca, śmiga mi między nogami i ziuuu! w las, taki
ekstremalny, ze stromym zboczem, wiatrołomem i gąszczem pokrzyw. Co
miałam robić, popędziłam za kogutem. Przez rów, wertepy i
koszmarny wąwóz. Biegnąc zastanawiałam się, jak poradziliby
sobie ci wszyscy zwariowani biegacze z Katorżnika, Masters'Killera i
Runmaggedonu w tym terenie. A może zaproponuję nową konkurencję –
polowanie na koguta? Przez łąki i pola, lasy, wąwozy, rzeki... Tak
sobie rozmyślając i dysząc jak lokomotywa pędziłam za moim
czarnym cudem. Minor to kura wysoka, a do tego z ogromnym grzebieniem
i dzięki temu moim punktem orientacyjnym był czerwony czubek ledwo
widoczny w gąszczu chaszczy. W pewnym momencie czubek zniknął po
górą gałęzi. Dobiegłam, padłam na kolana i zaczęłam pełznąć
za zgubą. Na szczęście zguba... utknęła. Złapałam Minora za
ogon i przyciągnęłam do siebie. Trzymając kleszczowym uchwytem z
triumfującą miną pomaszerowałam do domu. Minor rozdarł się
przeraźliwie i darł się przez następnych kilkanaście minut. Aż
sąsiedzi wylegli przed dom i z zainteresowaniem obserwowali
przedstawienie, które zafundował wszystkim hiszpański
przystojniak...
Zabawę z łucznictwem konnym
rozpoczęliśmy dwa lata temu, o czym już na blogu było TUTAJ>>>...
Teraz przyszedł czas na kontynuację. Okazją były warsztaty
zorganizowane w Stajni Sarmacja w Pisarach koło Krakowa. W zajęciach
uczestniczyły dwie Ingardenówny, a reszta występowała w
charakterze „przeszkadzajek”. Na szczęście organizatorzy byli
wyrozumiali i przeszkadzajek nie ustrzelili, a wręcz służyli
pomocą i radą, za co im cześć i chwała :)
Zajęcia prowadzili dwaj doświadczeni
łucznicy konni: znany nam Andrzej Abratowski i mniej nam znany
Leszek Lewandowski. Warsztaty były wprawdzie skierowane do
początkujących, ale odświeżenie wiadomości łuczniczych
wszystkim nam się przydało. Mała grupa dodatkowo umożliwiała
indywidualne podejście instruktorów, dzięki czemu każdy, bez
względu na stopień zaawansowania łuczniczego, mógł skorzystać z
zajęć.
A skoro mowa o łucznictwie konnym,
trzeba kilka słów poświęcić koniom, które bardziej lub mniej
cierpliwie noszą na swoich plecach ludzkie cielska uzbrojone w
kłujące narzędzia. Konie warsztatowe to prawdziwi mistrzowie
cierpliwości i dobrego wychowania. Wprawdzie wielkoludowi Borysowi
zdarzyło się wysadzić jedną amazonkę z siodła, ale to był na
szczęście tylko jeden epizod i po swoim wyczynie tak się
zawstydził, że do samego końca był potulny jak baranek. Poza
Borysem w warsztatach uczestniczyła jeszcze srokata Alaska, może
nieco nieproporcjonalna, ale za to z wielkim sercem, oraz Barcelona –
akrobatka, która nawet w pełnym galopie raczyła się co wyższymi
źdźbłami trawy. Przygotowanie koni do łucznictwa konnego to nie
lada wyzwanie, czego mieliśmy okazję doświadczyć na naszych
rumakach. Muszą stabilnie galopować, reagować na najlżejsze
sygnały ciała jeźdźca (łucznik w czasie jazdy zajęty jest
łukiem, a nie koniem!) i nie reagować na świst strzał.
Szina swoją walkę o życie zaczęła
w październiku 2014 roku. Najważniejszy problem, z którym trafiła
do THERIOSa to złośliwy nowotwór łapy, kostniakomięsak. Zapadła
trudna decyzja o amputacji. Czy olbrzymi dog niemiecki poradzi sobie
na trzech łapach? Czy warto walczyć o niecały rok życia?
Dodatkowym problemem okazała się zaawansowana kardiomiopatia i
padały kolejne pytania: czy sunia przeżyje operację? Czy po
amputacji łapy chore serce da radę pracować na jeszcze większych
obrotach? Wspólnie z właścicielem podjęliśmy decyzję: walczymy.
Widać było u naszej pacjentki wielką wolę życia i nikt nie miał
serca odmówić jej pomocy...
Niestety, nad naszą wyjątkową
pacjentką zawisło fatum – kontrolne usg wykazało... ropomacicze.
Początkowo leczyliśmy zachowawczo i na kolejne miesiące
odnieśliśmy sukces. Ale po kolejnej cieczce ropomacicze wróciło i
już nie można było odkładać kolejnej operacji. W styczniu 2016
roku, 15 miesięcy po pierwszej operacji, Szina znowu na stole
operacyjnym... Zmieniona zapalnie macica usunięta, pacjentka po raz
kolejny uratowana...
![]() |
| Płyn z klatki piersiowej Sziny: przed odwirowaniem i po odwirowaniu. |